sobota, 13 grudnia 2014

Kiedy schudniesz...

Zbliżają się moje urodziny. Poszłam z tym faktem do trenera zapytać o menu.

Ł. okazał się nad wyraz łaskawy i powiedział: "A jedz co chcesz". Od razu oczy mi się zaświeciły od wizji przeróżnych smakołyków i bym tak tkwiła w rozmarzeniu, gdyby nie to, że byłam na treningu.


Nie o tym jednak chciałam. Ł. zapytał o moje urodzinowe plany i tak od słowa do słowa wyszło, że spędzam je z koleżankami, a nie z ukochanym, którego rzecz jasna nie mam. Od tamtej pory Ł. chyba niechcący chce mi podrzucić kolejną motywację do odchudzania, czyli: jak schudniesz to znajdziesz sobie faceta. Chcąc nie chcąc - temat powrócił jak bumerang, do tego trafiając mnie prosto w twarz.

Najpierw śmiałam się razem z Ł. i słuchałam złakniona jego komplementów, że wyglądam super, opad szczęki, męskie wzroki i podziw jak podnoszę sztangi coraz większe i większe. No nie powiem, jest mi miło i lubię swoją dwa-razy-tygodniowo dawkę komplementów, ale gdzieś tam z tyłu głowy czuję bunt.


Wiadomo, mężczyźni są wzrokowcami i dla nich bardzo ważne jest czuć pożądanie do kobiety, ale nie wiem czy jestem w stanie uczestniczyć w tym tańcu godowym (zwłaszcza, że jestem niepewna swojej kobiecości). Ostatnio zresztą weszłam w polemikę z koleżanką, która jako kontrargument zapytała czy chciałabym faceta, który jest obleśny i gruby.

Co to za argument i jak on ma się do sugestii psychola, że każdy ma prawo do miłości i nie jest to zależne od wagi?

Z jednej strony rozumiem, że w związkach damsko-męskich ważny jest wygląd, ale jeżeli z jego powodu (tzn. zaniedbania jednej ze stron) ludzie się rozchodzą, to...ja podziękuję za taką relację.


Ps. Na urodziny postanowiłam, że zrobię menu oparte na zdrowych, naturalnych produktach, już szukam fajnych przepisów bez mącznych itp :) 

niedziela, 7 grudnia 2014

Norymberga

Wczoraj pojechałam zorganizowaną wycieczką na jarmark świąteczny do Norymbergi. 1 w nocy wyjazd, 9 rano zwiedzanie, 19 powrót. W międzyczasie ból dupy od twardych siedzeń w autokarze.

Pojechałam z dwoma koleżankami - K.- głośną, pewną siebie i mającą odjechane pomysły ekscentryczką i - E. - osobą ze złamanym sercem i będącą bardziej zrównoważona, dbająca o dobre maniery, wygląd itd. Taki miks mógł zakończyć się wojną, albo co najmniej niezłą mieszanką wybuchową.


Samej 8-godzinnej jazdy autokarem wole nawet nie wspominać, bo do tej pory czuję ból lędźwi. Na szczęście znalazłam podwójne wolne siedzenie, więc mogłam rozkładać się do woli na tych twardych siedziskach. E. w między czasie obraziła się, że nie zapytałyśmy jej, czy nie chce iść z nami podczas przerwy na siku, K. ogłosiła, że E. to księżniczka, E. z kolei przypomniała sobie o swoim bólu w sercu i oczy jej zaszkliły się od wspomnień swojego byłego, generalnie czułam się jak między młotem a kowadłem. Na szczęście wszystkie doszłyśmy do wniosku, że dobry humor jest najważniejszy i zakopałyśmy topór wojenny.

Po dojechaniu na miejsce, wstaniu i po minięciu pierwszej fali szczęścia obolałego tyłka, Norymberga...nie powaliła. Nawet czułam lekkie zawiedzenie swoimi punktami docelowymi (katedra i zamek), bo w nich krótko zabawiłyśmy. Cóż, mogłam jechać z entuzjastami sztuki. Po kilku metrach z przewodnikiem czułam, że potrzebuję jakichś wrażeń. Przewodnik z grupką ludzi gdzieś poszedł, a my...zgubiłyśmy ich.

(taka sówka na jarmarku :))

Niektórzy wyznają zasadę, że najważniejsze są w życiu emocje i jeśli ich nie przeżywasz, to tak jakbyś nie żył. Myślę, że blisko mi do tej filozofii, dlatego pomysł K. wyjścia poza turystyczny teren i przejścia się po jakieś dzielnicy został przyjęty z mojej strony pomyślnie. E. lekko protestowała, ale ostatecznie poszła z nami.

Weszłyśmy do nieznanej nam dzielnicy, bez map i wiedzy co tam zastaniemy, za to z kilkoma godzinami w zapasie do odjazdu naszego autokaru. Zapaliła nam się czerwona lampka jak zobaczyłyśmy, że w większości mijają nas patrzący spod byka Turcy. Żeby nie wracać tą samą drogą zawyrokowałam, że przejdziemy na drugą stronę ulicy i na kolejnym skrzyżowaniu zawrócimy. I to był błąd, bo zobaczyłyśmy wiadukt i nie było jak zawrócić.

Szłyśmy jakiś czas rozglądając się niespokojnie na boki, potem wyszłyśmy z tej dzielnicy, skręciłyśmy tak, że wydawało mi się, że wracamy, ale po dłuższym marszu stwierdziłam, że nie ma co, pytamy ludzi i nieważne, że żadna z nas nie mówi najlepiej po niemiecku ;).

(po drodze znalazłam to...)

Podeszłam do starszego pana i łamaną niemczyzną pytam jak dojść do dworca. Pan zaczął opowiadać i pokazywać rękoma, że prosto prosto, a potem zuruck. Ucieszyłam się z tego "prosto", ale nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi z tym zuruck... Idziemy tak dalej, wszystkie zastanawiamy się po co mamy zawracać, więc zapytałam przechodzącą obok panią z dzieckiem. Pani zrobiła bezradną minę i mówi znowu, że prosto i zuruck. Widząc nasze zdziwione miny powiedziała, że nam pokaże. I pokazała...metro. Okazało się, że zaszłyśmy tak daleko, że piechotą byśmy wracały ponad godzinę do dworca.

W metrze K. była zachwycona, bo to był jej pierwszy raz U-Bahnem, E. starała się nie wkurwić za wydane bez sensu 1,75 euro, a ja łamaną niemczyzną rozmawiałam z babką, która została poproszona przez miłą panią z dzieckiem żeby nam pokazała na którym przystanku wysiąść. 

Kiedy dojechałyśmy do dworca, postanowiłyśmy, że coś zjemy, usiądziemy i odpoczniemy. Odpoczynek nasz jednak nie trwał długo, bo chwile potem podszedł tajemniczy jegomość o mało tajemniczym zapachu, który wręczył K. prezent - czekoladowego mikołaja, a po jakimś czasie dał prezent E. - jakieś czekoladki.


Rozmawiałyśmy lekko zdenerwowane, co tu robić, jegomość zachowywał się coraz dziwniej, podchodził do innych stolików i po prostu patrzył, aż nagle stanął przede mną i zaczął coś pytać po niemiecku. E. powiedziała, że zapytał chyba jak się mam, więc powiedziałam zdenerwowana, że gut. Ten nagle wyraźnie poruszony pyta już po polsku czy jestem Polką, na co skamieniałam, a potem zawyrokowałam: dziewczyny, zwijamy się.

Wstałyśmy jak jeden mąż i zaczęłyśmy iść, ale jegomość nie odpuszczał i pytał gdzie idziemy i czemu tak szybko. Byłam trochę zła na dziewczyny, że mu odpowiedziały, ale trudno. Szłyśmy po różnych miejscach mając nadzieję, że znudzi mu się mało rozmowne towarzystwo, jednak ten nie odpuszczał. Zaczęłam zastanawiać się jak tu zagadać niemieckiego policjanta i czy mówi po angielsku, aż wpadłam na pewien pomysł.,,

Jegomość szedł chwile przodem, ja zobaczyłam schody na dół, więc powiedziałam szybko: dziewczyny! zgubimy go! Wiejemy na schody!


Zanim jegomość się spostrzegł, nas już dawno nie było, wtopiłyśmy się w wolno idący, niczego nieświadomy tłum przechodniów...

niedziela, 30 listopada 2014

Chłopka ze mnie

Tak myślałam, ojciec nie zaprzeczał, babcia potwierdziła dodając co rusz nowe anegdotki. Pochodzę z rodziny chłopskiej.

I od strony mojej matki i od ojca mam we krwi same chamy i prostaki. Prababka coś tam przebąkiwała o szlacheckim bękarcie, ale nie ma co się oszukiwać, żadna ze mnie szlachcianka.

A co to ma wspólnego ze sportem i tym blogiem? Mój trener Ł. po pięciu wspólnych treningach stwierdził, że jestem silna jak chłop i mało która baba by mi sprostała (chyba, że inna chłopka ;)). Generalnie jak nie do pługa to do siłki się nadaję.


Oczywiście to, że budową ciała bliżej mi do krasnoludki niż eterycznego elfa wiedziałam już wcześniej, ale teraz jestem na 100 proc. pewna, że mam mocno rozbudowaną masę mięśniową, która idzie w parze z siłą. Tura.

Teraz zastanawiam się gdzie i jak wykorzystać swoje predyspozycje, bo raczej nie do figurowej jazdy na łyżwach ;).

sobota, 22 listopada 2014

O szit! Nowa jakość!

Cóż. Regularnie chodzę na ćwiczenia, jaram się zmęczeniem i lubię spocić się, ale...wbrew pozorom nie przemęczam się. Przynajmniej do tej pory.

Są pewne ćwiczenia których nie lubię. Nie znoszę zbyt wymagających na brzuch (nożyce itp.), nie cierpię wykroków, a burpees uważam za wymysł samego rogatego. 

Na treningach grupowych nożyce zamieniałam na zwykłe brzuszki, ciężar sztang delikatnie zwiększałam, ale bez szaleństw, wykroki robiłam niedokładnie, a burpees mniej więcej tak:


Generalnie zawsze wychodziłam z założenia, że ćwiczenia mają mi sprawić tylko i wyłącznie radość, więc po co się przemęczać? ;) 

Przyszła pora na pierwszy trening personalny. Ł. nie słuchając żadnych protestów i pytań z serii: "ju siur, że dam radę?" dobrał odpowiedni ciężar kettlów, sztang i hantli, a potem tylko kazał robić i nie ma, że boli, Ciamka biedna nie miała jak oszukiwać, bo Ł. wszystko liczył i sprawdzał.

Pierwszy trening przeżyłam...w szoku. Powiedziałam zasapana, że nie wiedziałam, że jestem w stanie tyle zrobić i że moje serce może tyle wytrzymać. Potem tylko zastanawiałam się czy rano wstanę z łóżka, ale okazało się, że po tym wszystkim nie miałam w ogóle zakwasów!

Wczoraj miałam trzeci trening. Ł. zgryźliwie zapytał: i co, pewnie wolałabyś teraz leżeć na kanapie i oglądać serial? Ja na to - w życiu! Jest moc!


To niesamowite, ale Ł. już widzi pierwsze efekty wspólnej pracy. Wiecie jak ja fruwałam na bieżni kiedy spojrzał na mnie i stwierdził, że chyba schudłam? :D

wtorek, 11 listopada 2014

Wydam na dupę więcej niż na kawalerkę...

To po mnie. Ł. zważył mnie, zmierzył, sprawdził moją "dietę" i skomentował nie przebierając w słowach.

Razem doszliśmy do wniosku, że przydałby mi się trener osobisty, bo zapału mi wystarcza na jakiś czas, a potem...jakoś wszystko się rozmydla. Cóż, po awansie i braku wydatków w postaci mieszkania pomyślałam: a pal to licho, stać mnie. Na bilet do Kanady już mam odłożone.


Jeszcze niczego konkretnego nie mogę powiedzieć, w czwartek widzimy się na pierwszym treningu i wtedy Ł. przedstawi mi też dietę.

Generalnie plan na najbliższe pół roku wygląda na jeszcze bardziej przemyślany niż jak zaczynałam dietę ponad dwa lata temu. Będę miała ustalony trening, dietę i psychola. W życiu tyle kasy nie wydałam na siebie, a jak jeszcze dojdą wydatki żywieniowe, jakieś wspomagacze, ciuchy sportowe to chyba cała moja pensja przepadnie. Trudno, najwyżej odpuszczę sobie co weekendowe wyjazdy.

A'propos wyjazdów. W sobotę wróciłam z Warszawy, gdzie miałam umówioną wizytę w Ambasadzie Amerykańskiej. Dostałam wizę, juhu! Mogę lecieć z Kanady do USA na wycieczki :).

Wracając do diety. Cały czas ugruntowuję sobie motywację, co wcale takie łatwe nie jest. Przez wiele lat, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że dopiero po schudnięciu będę warta miłości. Do tej pory łapię się na myśli, że hoho, niedługo będę taka laska, że sama miłość i może wtedy ktoś się zakocha. Albo w pracy jak sobie żartuję z dziewczynami, że w Polsce schudnę i ładna wylecę do Kanady w poszukiwaniu męża. Niby żarty, ale muszę się pilnować przed tą pułapką, stukać się po głowie i wizualizować nową motywację, czyli siebie sunącą na nartach czy snowboardzie po Górach Skalistych czy mieszcząca tyłek w kajaku, albo wybierająca się w kilkudniową podróż rowerem (np. w parku narodowym).


Kurcze, na samą myśl o tym zaczynam się ekscytować! Czy to nie wspaniałe? :D

środa, 5 listopada 2014

Podchodzi Ciam do trenera i pyta

Pamiętasz Ł.? Dziś umówiłam się z nim na konsultacje dietetyczno-treningowe. Stwierdziłam, że nie ma co czekać, pora na realizację celów!

Jeszcze przymierzam się do diety i konkretnego trenowania. Nie chcę znowu popełniać błędów i pomyślałam, że dziś porozmawiam z Ł. i jak wszystko ustalę to nie będę co rusz zmieniać diety.


Ufam mu, bo już jedną dziewczynę poprowadził świetnie i po jej konkretnej nadwadze nie ma ani śladu, a ja na jej widok mam ochotę wyjść trzaskając drzwiami. Z zazdrości. Niech ginie chuda dziwka :P

W klubie usiadłam naprzeciwko Ł., a ten wziął grafik fitnessclubu i zapytał o to kiedy i co trenuję. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że na razie ćwiczę trzy razy w tygodniu indoor walking, trening funkcjonalny, lub biegam na bieżni.

Po jego korekcie mam ćwiczyć: CODZIENNIE rano na czczo ok. 40 minut szybkiego marszu na bieżni, trzy razy w tygodniu trening utrzymujący w miarę niskie tętno i po nim dodatkowo 40 min. marszu. Będą więc dni, kiedy będę ćwiczyć około 2,5 godziny. M.a.s.a.k.r.a. Chyba zamieszkam w tym klubie.

Kiedy wybałuszyłam oczy na Ł. i zapytałam cichutko i niemalże ze łzami w oczach czy jest pewny, ten spojrzał na mnie i powiedział:

- No jakby Ci to delikatnie ująć...jest co nadrabiać.


Ps. Ł. jest naprawdę kochany! We wtorek mam z nim trening osobisty i ten oceni też moją dietę oraz...zważy mnie (matkoboskokochano!) Nie ma zmiłuj i jak to Britney mawia: work bitch!

niedziela, 2 listopada 2014

Wracam do początku

Myśli, które przewijają mi się w głowie są podobne do tych na początku odchudzania. Zataczam koło...

Dziś zastanawiam się między innymi nad swoją główną motywacją odchudzania. Jak być może pamiętasz, kiedyś pisałam, że moim cichym motorem napędzającym odchudzanie było znalezienie chłopaka. Być może rozczarowanie czymś na co niekoniecznie mam wpływ spowodowało, że wszystko się posypało. Mowa oczywiście o M.


A'propos M. Na całe szczęście zdystansowałam się do niego i nawet mogłam mu powiedzieć, że wydawało mi się, że niedawno ze mną flirtował. Odpowiedź znowu zbiła mnie z pantałyku. Otóż M. stwierdził, że zupełnie nie to miał na myśli i był po prostu...miły, a ja mam problem z interpretacją znaków. Na koniec zresztą M. przyznał, że takich idiotek jak ja ma więcej, wszystkie mentalnie kastruje i sprowadza do roli swoich przyjaciółek, a on biedny otoczony wianuszkiem fanek, nie rozumie dlaczego one wszystkie się na niego fochają (ok, nie przytaczam jego słów literalnie ;p). Wkurwiłam się nie na żarty i...wszystkie jego zalety zostały przysłonięte przez zalewającą mnie krew i trafiający szlag.

Do tej pory miałam chyba jakieś dziwne poczucie wyjątkowości (jedyna w nim nieszczęśliwie zakochana?), ale kiedy okazało się, że nawet w tym nie jestem wyjątkowa to...przestało mi na nim zależeć. Bum! Koniec dramatu. Kurtyna.

Z tą zalewającą mnie krwią i trafiającym co rusz szlagiem pojechałam wczoraj na Śląsk na groby dziadów, pradziadów i prapradziadów (!) ze strony mojego ojca. Modliłam się wyjątkowo długo do jednego prapradziada, do którego czuję ogromną sympatię i chyba nawet jego krew płynącą w moich żyłach, po tym jak usłyszałam, że był powstańcem, komunistą i uciekał przed sądem aż do Chin (od razu wyjaśniam ewentualne niejasności - nie, nie jestem komunistką ;)).

Wracając do dziadów. Stałam nad tymi grobami i błagałam ich, żeby dali mi mądrość w znalezieniu odpowiedniego chłopa, albo chociaż wybili mi to z głowy. No i żebym schudła. W zeszłym roku prosiłam o to żeby robili co trzeba i co uznają za słuszne w sprawie M. bo jestem załamana...po roku doczekałam się, więc liczę na nich i w tej sprawie. Swoją drogą moi przodkowie muszą mieć ze mną przerąbane, wiecznie przyłażę i czegoś od nich chcę ;).

Po zapaleniu świeczek pojechałam z ojcem do ciotki i kuzynek na kluski śląskie. Jedna z kuzynek jest do mnie chyba podobna z charakteru, czyli "śląska dziołcha", dosadna, zabawna i bardzo otwarta, ale i czasem wybuchowa. Zastanawiałam się dlaczego taka fajna, bardzo inteligentna i otwarta babka po trzydziestce nie może sobie znaleźć męża. Zasępiłam się nad kluskami i doszłam do wniosku, że albo brak seksapilu i kumplowskie zachowanie do wszystkich mężczyzn, albo jest za fajna i za mądra, więc odstraszająca facetów. Płynnie oczywiście przeszłam do siebie i stwierdziłam, że ja to na pewno jestem pozbawiona uwodzicielstwa, bo o spore przewyższanie facetów inteligencją bym siebie nie posądzała, zresztą znam inteligentne dziewczyny, które mają facetów. Właściwie, jak facet mi mówi, że jestem wyjątkowo mądra to zastanawiam się z kim do tej pory rozmawiał, bo ja znam tylko takie jak ja.


W domu zrobiłam szybki research i zapytałam wujka Google, dlaczego faceci widzą we mnie tylko koleżankę. Sobie odpowiedziałam, że to dlatego, że sama u mężczyzn najpierw szukam przyjaciela, ale wujek nie pozostawił mi złudzeń i podrzucił kilka artykułów, w których dużo mężczyzn pisało, że jeżeli masz zainteresowania i trochę oleju w głowie to może chodzi o...wygląd i trzeba po prostu wziąć się za siebie (ładnym i mądrym zostało obniżenie wysokich wymagań).

Momentalnie łzy mi stanęły w oczach i zaczęłam myśleć, że no pewnie, żeby ktoś w ogóle zainteresował się mną, muszę schudnąć, inaczej to wszyscy będą mnie traktowali jak kumpelę, im szczuplejsza tym jestem bardziej pewna siebie, więc zaczynam już od dziś i w Kanadzie jakoś to pójdzie, znajdę faceta, wszystko się ułoży, będzie...



Stop. Znów formułuje sobie zewnętrzną motywację. Zadałam więc sobie pytanie: gdyby teraz stanął przede mną jasnowidz (hipotetycznie mówiący prawdę i tylko prawdę :P) i powiedział: "nie znajdziesz faceta, nawet jeśli będziesz wyglądać jak modelka" to co by było powodem odchudzania? I czy w ogóle wtedy chciałabym schudnąć?

Pierwszą odpowiedzią, która by każdemu nasunęła się to oczywiście zdrowie. Gorzej, jeśli chora nie jestem i jakoś żadna z dalekich i możliwych chorób mnie nie straszą. Po prostu zdrowie to nieoceniona zaleta, ale mnie - jako osobę zdrową - nie motywuje. Nie staje się wielkim pragnieniem i moim "dlaczego". Pragnienie za to znalazłam w swoim hobby.


Chcę schudnąć, aby bez problemu, szurania kolanem po brzuchu i straszliwej zadyszki wspinać się po górach, nauczyć się nurkowania, pojechać na kilku- dniową/tygodniową wyprawę rowerową (samodzielną), nauczyć się jazdy na nartach w Kanadzie (za horrendalnie wielkie pieniądze wpłacone pośrednikowi będę miała możliwość nauki jazdy na nartach i snowboardzie), a także w końcu wybrać się na piechotę do Santiago de Compostela drogą św. Jakuba.

To są moje nowe powody odchudzania i teraz zamiast ważyć się i mierzyć, będę podnosić wydolność/gibkość i sprawność. Pal licho urodę i męża.

środa, 29 października 2014

Eureka, którą wykrzyczałam kilka tygodni temu

Napisałam ten post w połowie września. Nadszedł czas aby go opublikować. A oto i jego treść:

---

Pisałam kiedyś, że nie wiem dlaczego raz dieta mi idzie bez problemu, a innym razem to męczarnia. Teraz miewam z tym trudności, więc szukam przyczyny i co jakiś czas zawieszam się nad tym. Na szczęście nie są to całkowicie bezproduktywne (chyba) godziny.


Wygląda na to, że żeby dieta szła pomyślnie, najpierw muszę zadbać o dobre samopoczucie, a żeby nie myśleć obsesyjnie o diecie i jedzeniu trzeba się czymś zająć. Dokładnie zająć czymś myśli. Dlaczego to takie ważne, a jednocześnie odciągające od dotarcia do sedna problemu? Bo otyłość (i cała jej otoczka) to nie problem sam w sobie, a jedynie jego objaw.

Jakiś czas temu oglądałam i czytałam różne artykuły dotyczące samotności, lęków i innych problemów egzystencjalnych. Najbardziej zapadły mi w pamięci teksty dotyczące nudy (o swojej pisałam tutaj) i wykład o samotności wygłoszony przez ks. Szustaka.


W skrócie (dla tych, którym nie chce się słuchać, chociaż odradzam pójście na skróty ;)): ksiądz uważa, że bycie singlem to błogosławieństwo, bo masz czas na znalezienie swojej duszy. Zawsze mnie to dziwiło, bo w czym partner przeszkadza? Na myślenie przecież zawsze mam czas. Zawiesić się można nawet nad herbatą, więc w czym problem? Ano w tym, że rzeczywiście facet odsuwa Twoje myśli (też te negatywne), dlatego tak chętnie wchodzimy w związki, albo zakochujemy się, choćby i bez wzajemności.

Namiastka związku z A. (o nim więcej tutaj) miała jednak znaczenie dla mojego samopoczucia. Przypomniałam sobie jak kiedyś koleżanka stwierdziła, że faktycznie z A. jestem bardziej zrównoważona, spokojna i zrelaksowana. Potem zaczął mnie irytować, ale dalej nie miałam ze sobą większych problemów.


Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że pozytywnie angażujące czynności i ludzie powodują, że lepiej mi się po prostu żyje. Bez tego popadam w smutek i apatię, która teraz zdecydowanie mi przeszkadza. Nie chcę wylatywać do Kanady z depresją. Sama sobie z nią nie poradzę.

Żeby nie myśleć za dużo, szukam sobie zajęcia, a tu fitness, a tu jazda rowerem, już nawet wpadłam na pomysł żeby chodzić do każdego banku i pytać o oferty kart kredytowych (bo potrzebuję przed wyjazdem), albo żeby przychodzić do pracy później i w efekcie później wychodzić. Cokolwiek byle nie myśleć. Ze znajomymi nie spotykam się, bo...nie wiem. Po prostu nie. Na myślenie i ostateczne rozprawienie się z problemem, którego skutkiem ubocznym jest m.in. otyłość, obsesje itd. przyjdzie jeszcze pora. Chyba.



---

Pora nadeszła szybciej niż myślałam. Wczoraj poszłam do trzeciej w mojej karierze psycholki. Zdecydowałam się na to, ponieważ po pierwsze mam czas i pieniądze (ok, może nie przesadzajmy, ale jednak jakieś są :P), a po drugie chcę zrozumieć dlaczego nie chcę siebie szczęśliwej. Wiem co sprawia mi przyjemność, wiem jak siebie zadowolić (jakkolwiek to nie brzmi...), a czasem czuję upór. Teraz trochę mniejszy i wystarczy mi motywacja typu "wyjście na fitness Cię uszczęśliwi", ale mimo wszystko dalej nie jestem tak zadowolona jak byłam jeszcze ponad rok temu. 

Poszłam więc do psycholki i powiedziałam o swoich wygórowanych oczekiwaniach, a potem wyszłam przygnębiona, że czarów nie będzie, a ona mnie nie zmieni w człowieka szczęśliwego. Zadała mi jednak ważne pytanie: skoro dwa razy rozczarowały Cię psychoterapie, to dlaczego poszłaś na kolejną? Odpowiedziałam: Bo kto jak nie psycholog mi pomoże? 

No kto?

czwartek, 23 października 2014

O ludzie! Na jakim ja świecie żyję?

Bo na pewno nie na tym samym co M.

Jak już wspominałam, odnowiłam kontakt z M. (ja sama, bez niczyjego nakazu, ani nawet sugestii, uczyniłam to tymi oto rękoma przy pomocy tego oto mózgu).

Przedstawiłam Ci całą historię z M. ze swojego punktu widzenia (bo czyjego innego?) Sprawa ta przez około pół roku była na liście priorytetów do przemyślenia, a umysł mój zajmowała przez większość dnia. Tak skupiłam się na własnych odczuciach, że zapomniałam, że ktokolwiek jest po drugiej stronie.

Rzeczonego okresu miałam oczywiście przebłyski inteligencji i co jakiś czas zastanawiałam się jak całą tę historię widzi M. ale nigdy go o to wprost nie zapytałam, bo skoro dla mnie to było tak super ważne, to dla niego pewnie też. Poza tym bałam się odpowiedzi.

Wczoraj jednak zapytałam go czy dla niego to nie dziwne, że znowu ze sobą rozmawiamy, widujemy się itd? Ten nie zrozumiał pytania, ja zaczęłam się plątać w zeznaniach przebąkując coś o wstydzie itp. ale ten dalej nie rozumiał mojego toku myślenia.

W końcu zapytałam czy nie dziwi się temu, że mimo tych wszystkich afer i kwasów dalej potrafimy rozmawiać. Jego odpowiedź mnie zabiła.

- Jakich kwasów?

Kubeł zimnej wody. Moje aferki, obrażanie się, płacze, bóle duszy itd. itp. niekoniecznie muszą być dla drugiej strony ważne czy dostrzegalne.

Jestem tak skupiona na swoim wewnętrznym przeżywaniu, że bożego świata nie dostrzegam. Jak tu wrócić do rzeczywistości?

piątek, 17 października 2014

SMS, który nie doszedł

"Czasem po prostu brakuje mi towarzystwa. Kogoś z kim pooglądam film, albo zwyczajnie posiedzę w milczeniu". Napisałam tego smsa do przyjaciółki, ale potem stwierdziłam, że w piątek wieczór nie będę narzucać siebie i swoich problemów.

SMS szybko został skasowany, a ja zaraz potem dopadłam laptopa i zaczęłam pisać.


Samotne piątkowe wieczory to dla mnie żadna nowość i do tej pory nie przeszkadzało mi to. Wieczory zapełniałam filmami, serialami, książkami, fitnessem, albo nawet zwykłym leżeniem i bujaniem w obłokach. Lubiłam też planować wyjazdy, wykonywać drobne naprawy w domu, gotować albo nawet wywieszać pranie, by chwilę później z lampką wina napawać się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Wszystko to jednak robiłam w swojej kawalerce, za którą bardzo tęsknie. W domu pełnym ludzi mam podwójne poczucie osamotnienia, a moje drobne przyjemności tracą sens.

Ironią losu jest to, że od jakiegoś czasu dużo czytam o tym, że to poczucie pustki, osamotnienia itd. często ludzie (a zwłaszcza kobiety) chcą zapełniać innymi osobami, chociaż cudownym lekiem powinna być samowystarczalność i niezależność. Dziś leżąc w łóżku mam ochotę walnąć w łeb autora tych mądrości i wykrzyczeć swoją frustrację: Super rada, ale jak tego kurwa dokonać!


Z tego wszystkiego (+ przy okazji szczypty tęsknoty) napisałam do zawsze-online M. (więcej o nim tutaj). Wyobraziłam sobie, że po trudnej wspólnej historii, jeżeli oboje będziemy tego chcieli, możemy zbudować wspaniałą przyjaźń, bo tego mi najbardziej brakowało, a że miałam za pasem Kanadę, to mniej bałam się, że znowu się zakocham.

Teraz z dystansu widać jak bardzo się myliłam. Inaczej widać nie mogłam. Ciągnie mnie wciąż do niego i chociaż po odnowieniu naszej znajomości nic złego nie stało się, wiem, że pewne uczucia ot tak nie mijają. Zrozumiałam też, że choćbym stanęła na głowie i nie popełniała żadnego poprzedniego błędu, on mnie nie pokocha.


13 października napisałam tak:

Miłość to emocja, niewiele mająca wspólnego z rozsądkiem.

Rozsądek nie przychodzi też z rozczarowaniem, bo jak tu mówić o rozsądku kiedy płyną łzy? Tylko potem sobie myślę: czego spodziewałaś się dziewczyno? Myślałaś, że za drugim razem będzie inaczej? 


Dla pocieszenia sobie powiem: trudno. Zakochałam się. Mam prawo.


Ps. Po napisaniu kilku słów od razu mi ulżyło. SMS też w końcu doszedł. 

czwartek, 16 października 2014

Shit, shit, shit!

Są takie chwile, kiedy mam ochotę usiąść na najwyżej gałęzi najwyższego drzewa i krzyczeć na całe gardło.


Nie pisałam na blogu, bo postanowiłam, że kolejną notkę poświęcę informacji, że kupiłam już bilet do Kanady i lecę tego to a tego dnia. Okazuje się, że decyzję tę musiałam odłożyć w czasie...Jak w ogóle do tego doszło?

Zaraz po otrzymaniu wizy przeszłam ponowną rozmowę przedkwalifikacyjną na Skype. Pani pośredniczka z Toronto po krótkiej rozmowie stwierdziła, że oczywiście kwalifikuję się do programu, jestem super, mam świetne referencje i ona wysyła dalej moje CV, a ja mam czekać na rozmowę kwalifikacyjną już z konkretnym pracodawcą. 


Czekałam na wiadomość i przy każdym powiadomieniu o nowym mailu dostawałam mikrozawału. W między czasie załatwiałam inne sprawy, poszłam do ginekologa, dentysty itd. itd. Czekanie na interview przedłużało się, a ja popadałam w coraz większą melancholię i bez powodu wybuchałam płaczem. 

Zaczęłam się bać. Nie miałam za bardzo z kim o tym pogadać, bo wszyscy moi znajomi chcieli odwieść mnie od pomysłu wylotu i moje obawy brali za dobrą monetę. Coraz częściej więc leżałam w łóżku i rozmyślałam o tym jak strasznie boję się tego, że będę w tej Kanadzie sama jak palec i do tego na moje życzenie, bo często separuję się od ludzi. Swoje przemyślenia pisałam na blogu, ale nie publikowałam tego. Wzmacniały mnie tylko książki i blogi samotnych podróżniczek, które podziwiam i darzę ogromną sympatią.

Od Kanady odwodził mnie nawet mój pracodawca, który...zaproponował mi podwyżkę i awans, co początkowo mnie zdziwiło, a potem nawet uradowało, bo w końcu miałam niezłą wymówkę, żeby jeszcze nie lecieć...W każdym razie, po miesiącu czekania i jednym ponagleniu podjechałam do J. (polskiego pośrednika) z myślą, że coś jest stanowczo nie tak i trzeba  to rozwiązać. 

J. zapytał uprzejmym tonem, w czym może mi pomóc, bo ja to już chyba wszystko mam gotowe? Powiedziałam, że owszem, mam wszystko, oprócz pracy. J. na to zdziwiony! Że jak to nie mam pracy! Przecież ponoć już mam wszystko! (tu do tej pory zbieram szczękę z podłogi, jak można tak olać klienta i nie interesować się jego sprawą). 


Co się okazało. Pośredniczka z Toronto zwolniła się z pracy i nikt nie przejął mojej aplikacji, a na ten sezon nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem (teraz to nawet brzmi zabawnie ;)). Mogę na siłę lecieć i pracować jako sprzątaczka, ale wiem, że szukałabym innej pracy, a nie po to przecież płacę ciężkie pieniądze żeby nie być zadowoloną z pracy. Postanowiłam więc rozwiązać umowę i poszukać czegoś na własną rękę i wylecieć w przyszłym roku (a to czy rozwiążę to druga sprawa, bo oczywiście pośrednicy nie są tak chętni żebym zrezygnowała).

Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem, ale intuicja mi podpowiada, że nie jestem jeszcze psychicznie gotowa na daleką i długą podróż samemu. Na szczęście łatwiej mi będzie przezimować w Polsce mając awans i podwyżkę ;).

środa, 24 września 2014

Cholera, nie mogę

Przerosły mnie wątpliwości i strach. Nie jestem już w stanie publikować tego co czuję. Powiększająca się lista "wersji roboczych" jest tego dowodem.


Jesień (jesieni, jesienio??), dlaczego tak na mnie źle wpływasz?


I przepraszam, nie mam dziś wesołej anegdotki do opowiedzenia, ani nastroju na zabawnego gifa. W wersjach roboczych same filozofowania. 

środa, 10 września 2014

Nie fizoluj

Kanada swoje, a życie swoje. Dziś trochę tego i tego. Wypiłam w pracy kawę i się ożywiłam, więc trochę Ci poopowiadam.

Niedawno dostałam maila od faceta z pośrednictwa pracy z pytaniem czy nagrałam film z autoprezentacją (o czym pisałam tutaj). Film ten zmontowałam pół roku temu i od razu mu wysłałam, więc ciśnienie skoczyło mi ze 120 do 220 w dwie sekundy, że koleś jakiś nieogarnięty i w tym tempie jak on zajmuje się moją sprawą, to ja do tej Kanady w przyszłym roku wylecę.

(kocham tę dziewczynkę. Jeśli miałabym dziecko, to tylko ją!)

Managerka moja z pracy za to dowiedziała się o Kanadzie przez przypadek. Koledze opowiadałam o planach emigracyjnych i przebojach z serii "od pomysłu do realizacji", a ta wpadła do mojego pokoju w pół zdania. Kolega nie wiedział, że ona nie wtajemniczona i zapytał przy niej: "no i co, straciłaś pracę i postanowiłaś lecieć do Kanady?" Managerka zdziwiła się i musiałam już wszystko wszystkim powiedzieć. Odwrotu nie ma. Potem tylko kolega mnie przeprosił za klasyczne podpierdolenie ;). Na szczęście nic się nie stało, mam tylko powiedzieć szefostwu o wylocie wcześniej niż na dzień przed.

Tyle o Kanadzie. Jak widać żyję przyszłością i czekam z utęsknieniem na wylot, który wyzwoli mnie z marazmu teraźniejszości. A co w teraźniejszości? Imam się różnych zajęć, byle tylko czymś zająć się. Napisałam o tym wielkiego posta, ale nie wiem, może innym razem opublikuję ;).

A teraz coś zupełnie z innej beczki.

Wczoraj zagadał na GG pewien podstarzały amant, lat ok. 45. Amant ów zadał krótkie pytanie: wolę kino czy shopping? Raczej nie odpisuję na tego typu zaczepki, ale stwierdziłam, że dobra tam, pytanie jest tak kretyńskie, że może chociaż będzie z czego pośmiać się.

Po upewnieniu się, że chodzi o to co myślałam, zapytałam amanta, co dzieje się z dzisiejszymi dziewczętami, że żadna nie chce darmowych zakupów i sponsorzy sami muszą szukać chętnych. Amant przyznał mi rację, że kiedyś było łatwiej. Wygląda na to, że mamy koniec kryzysu gospodarczego, skoro dziewczęta nie potrzebują już dżinsów za loda. Rozmowa dalej ciągnęła się w tym tonie, moje zaintrygowanie rosło, bo niecodziennie jest rozmawiać ze sponsorem, ale ten nagle przerwał twierdząc, że nie chce mu się ze mną gadać, bo filozofuję. Cóż, jestem w takim stanie mentalnym, że nawet sponsorzy nie chcą ze mną gadać.


Ps. Czy wszyscy mnie rozumieją? Bo od nadmiaru rozmów ze sobą, zaczynam stosować niezrozumiałe skróty myślowe.

piątek, 5 września 2014

Praca w Kanadzie, czyli jak Ciam się sfrajerowała

Kanada po tygodniu oczekiwania wysłała Złote Runo, św. Graala i Arkę Przymierza w jednym, czyli POE Letter of Introduction.

POE (Port of Entry) Letter of Introduction to właściwie mały świstek z kodem kreskowym, numerem i datą ważności, który trzeba pokazać urzędnikowi na granicy (czyli na lotnisku), a on na jego podstawie ma wydać pozwolenie na pracę. Na ten świstek czekałam około pół roku i przez cały ten czas nieco zmienił się mój stosunek do tematu.


Na początku była oczywiście euforia związana z impulsywną decyzją wylotu za wielką wodę. No może nie do końca impulsywną, bo od powrotu trzy lata temu z USA rozmyślałam nad kolejną destynacją i padło na Kanadę. Od tamtej pory każdy zaoszczędzony grosz odkładałam "na Kanadę", chociaż przez te trzy lata trochę też defraudowałam swoje środki (np. na operację oczu, o czym przeczytasz min. tutaj.)

Kiedy zostałam zwolniona z poprzedniej pracy, stwierdziłam: jestem wolna. Mogę robić cokolwiek. O mój Boże! Kanado, nadchodzę! Wtedy też szybko poleciałam do biura pośredniczącego pracy i podpisałam umowę myśląc, że bez tego nie da rady szybko wszystkiego ogarnąć. W ogóle nawet nie wpadłam na to, że mogłabym sama cokolwiek załatwić.

Od tamtej pory zostało mi tylko czekanie, które wydłużyło moje niezałapanie się na listę uczestników programu International Experience Canada (ilość wolnych miejsc rozeszła się w ok. 25 minut). Z jakiego powodu możesz przeczytać tutaj. (uwaga, post zawiera opis niewyobrażalnych wydarzeń, w które byłoby mi ciężko uwierzyć, gdyby nie to, że one faktycznie miały miejsce...)

Teraz, kiedy mam już wszystko co trzeba, mogę w każdej chwili wsiąść w samolot i zacząć pracować na terenie Kanady jak długa i szeroka. A ja dalej czekam. Wczoraj ponownie wypełniłam wewnętrzne dokumenty firmy pośredniczącej oraz wskazałam trzech pracodawców, którzy mnie interesowali i trzy stanowiska pracy. Jakie stanowiska? Wiadomo, że nie kierownicze ;). Były do wyboru różne oferty, w zależności od umiejętności językowych, więc od zwykłych boyów hotelowych, pomoc sprzątającą, przez sprzedawców po recepcjonistów, a nawet pracowników biurowych. Ja mierzę wysoko, więc aplikuję na recepcjonistkę i pracownika biurowego w dziale HR, a co z tego wyjdzie to będzie wiadomo po rozmowach kwalifikacyjnych. Jest to pewne ograniczenie i mogę w ogóle nie dostać żadnej pracy, bo zestresuję się i powiem tylko: me want to work :D.

Wyjazd z firmą pośredniczącą ma wiele zalet, ale i coraz częściej dowiaduję się o wadach. Po pierwsze - cena. A chodzi o kilka tysięcy, które wydajesz na to, że masz zapewnioną pracę, pomoc przy sporządzaniu dokumentów i zakwaterowanie, ubezpieczenie oraz ew. pomoc z dojazdem.

Kiedy w lutym poleciałam do tego biura nie wpadłam na pomysł, że mogę pracodawcę sama znaleźć. Okazuje się, że nieprawdą jest, że nie podpiszesz umowy nie będąc jeszcze w Kanadzie (tak przynajmniej twierdzą ludzie na forach i blogach). Od tego jest Skype żeby przejść rozmowę kwalifikacyjną. Również papierologią, która mnie przerażała i z radością chciałam ją oddać komuś innemu, sama w efekcie się zajęłam.
O transporcie i ubezpieczeniu nawet się nie wypowiadam, bo to akurat jest dla mnie najmniejszym problemem ;).

Ogromnym plusem, którym się pocieszam jest pewność pracy oraz zakwaterowanie. W USA nie miałam zakwaterowania i po tygodniu w hotelu prawie wylądowałam na plaży ;). Poza tym dla mnie dużym plusem jest miejsce pracy. Prawdopodobnie wyląduje w małym, cichym miejscu turystycznym, czyli nie Vancouver ani Toronto, w którym mogłabym zginąć marnie ;). Małe miasteczka, w których pracują uczestnicy programu, mają tę ogromną zaletę, że będzie łatwo integrować się.

Teraz czekam na terminy rozmów kwalifikacyjnych i tu pojawia się kolejna wada pośrednictwa pracy. Nie mogę przebierać w ofertach i mam mieć maksymalnie dwie rozmowy kwalifikacyjne. Na szczęście nie jest tak jak w Polsce, że żeby znaleźć pracę trzeba przejść kilka takich rozmów, ale i tak tylko dwie szanse nie nastrajają mnie optymistycznie ;).


piątek, 29 sierpnia 2014

Final decision

O wszystkich procedurach dotyczących wyjazdu do Kanady piszę trochę z doskoku i chaotycznie.

W sumie nie wiem czy jest sens pisać dokładnie jak to wygląda, zwłaszcza, że poradników jest milion, a i chyba nikt tutaj nie czyta tego bloga żeby wiedzieć jak dostać pozwolenie na pracę. Dla mnie najlepszym źródłem informacji jest sama strona Ambasady oraz to forum. Problem polega na tym, że procedury zmieniają się co roku i panuje pewien chaos informacyjny.


Przykładowo nie mogłam dojść, czy powinnam drukować i podpisywać formularze, czy wysyłać wypełnione online. Samo wypełnianie wniosków to nie lada wyzwanie. W każdym razie cholernie bałam się, że coś pójdzie nie tak. I poszło.

Tydzień temu dostałam wiadomość z Ambasady, że mam dosłać oryginał zaświadczenia o niekaralności (wysłałam samo tłumaczenie przysięgłe). Nie zastanawiając się za długo uploadowałam co trzeba, coś tam poklikałam i czekam. Jeden dzień, drugi, cały weekend, poniedziałek...a ci dalej, że dokument nie został submitted. Noż kurrr...


Wchodzę znowu na tę samą aplikację, sprawdzam czy uploaded, wszystko niby gra, ale dalej not submitted. Zjeżdżam paskiem w dół...i nagle okazuje się, że nie kliknęłam "dalej", nie podałam hasła, ani nie potwierdziłam sto razy, że na pewno chcę ten dokument wysłać. Nagle eureka! Dokument uploaded, a nawet submitted. No to czekam dalej...

Gwoli wyjaśnienia - jak cokolwiek zmienia się w aplikacji, to wysyłają maile. Na forum jednak przeczytałam, że dobrze jest samemu wszystko sprawdzać, bo czasem maile nie dochodzą, czasem jakieś informacje się zapodzieją, najgorsze, że POE (list potwierdzający udział w programie) też potrafi im się zawieruszyć. A bez niego nie dostaniesz pozwolenia na pracę.

Ok, nieważne. Wczoraj wchodzę na swoją aplikację i patrzę, a tam: Application Status: Closed. Trochę się wystraszyłam, ale zjeżdżam na dół, a tam: A final decision has been reached: This application has been approved.


Od wczoraj świętuję. Dziś sprawdzam pocztę, a tam Kanada informuje mnie o zmianie statusu. Cóż, mogę świętować dalej ;).


piątek, 22 sierpnia 2014

Pasmo rozczarowań

"Życie to niekończące się pasmo rozczarowań" - napisała Ciam swojej przyjaciółce, która na początku tego roku zostawiła ją w potrzebie i wyemigrowała za miłością do UK.

O. zarzuciła Ciam wielką hałdą marudzeń, że praca nie ta, że placki nie wyszły (bo w tej naszej Polsce to są inne ziemniaki - czyt. lepsze), że jej G. nie odpisał na wiadomość na Facebooku, chociaż "przeczytał" i na dodatek wszystko wskazuje na to, że @ się zbliża...


Do tej wiązanki Ciam mogła tylko dodać: No jak żyć?! Kanada jeszcze (!) nie poinformowała, że skoro biedna ja chce do nich przyjechać i tak mi dobrze z oczu patrzy to powinni mnie przyjąć, zaopiekować się, zapłacić podwójną (albo i potrójną) stawkę i jeszcze dodać dobrodusznego drwala (bogatego, wtedy wystarczy podwójna stawka) i kota do towarzystwa. 

Dobrze chociaż, że wyniosłego milczenia Kanady nie biorę do siebie, bo bym zupełnie utonęła w łzach rozpaczy. Jak oni mogą?


A teraz na poważnie.

Takie grafomańskie pitu-pitu, pomarudzimy o wymyślonych problemach egzystencjalnych, których nikt nie bierze na poważnie, są - wbrew pozorom - w moim przypadku oznaką równowagi psychicznej, bo ironia to jedyna ma broń w walce z trudami życia dnia codziennego. I wcale nie mówię o takich trudach jak chora matka, guz mózgu, siostra narkomanka i ojciec alkoholik. Mówię o swoich problemach życiowych, które od wyprowadzki do rodziców zaczęły mnie znowu przytłaczać. Przestałam umiejętnie radzić sobie z emocjami, które tak mnie zalewają, że mogę tylko leżeć zapłakana i myśleć, że to koniec świata i nic dobrego mnie już w życiu nie spotka.


Dawno, dawno temu, jak jeszcze rozmawiałam i spotykałam się z M. (trochę więcej o moich perypetiach z nim znajdziesz tutajtutaj i tutaj), ten kiedyś stwierdził, że moje problemiki go wkurzają i w ogóle cała go wkurzam. Ja mu na to ze zdławionym z rozpaczy głosem odparłam: to są do kurwy nędzy moje problemiki i dla mnie są cholernie ważne!

Teraz to dla mnie głupie i śmieszne (jak cała historia z M.), ale umiejętność bronienia swoich problemików pozwoliła mi na spojrzenie na nich z boku (wiesz, jakbym stwierdziła, że M. ma rację to bym jeszcze bardziej się zdołowała, że ło Jezu, jestem beznadziejna i z głupimi problemami). Tak to, jak już obroniłam swoje racje, popłakałam sobie, poużalałam się, ulżyło mi, to przyszła pora na pannę z kpiącym uśmieszkiem: Ironia. Mi ironia (o ironio! ;)) pozwala trzeźwym okiem spojrzeć na swoje życie. 

Gorzej jeśli ktoś, komu opowiadasz z ironią o złamanym paznokciu i nadprogramowej marchewce nie rozumie, że to tylko (aż) ironia...

Dobrze, że jest internet. Ulżyło mi :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rower zbawieniem grubej dupy?

Od kilku ładnych lat jeżdżę niemal codziennie na rowerze. Dziennie mogę zrobić nawet 30 kilometrów po mieście, a średnio ok. 10 km. (do pracy i z pracy).

Kiedy czytam o tym co robi jazda na rowerze, to zastanawiam się czy mój organizm jest jakiś lewy, czy redaktorzy żyją w alternatywnej rzeczywistości. Ponoć rower pomaga schudnąć, poprawia krążenie, wzrok, koncentrację, metabolizm, a nawet usuwa cellulit i koi nerwy (szkoda, że nie pomaga na łamliwe paznokcie i zmarszczki, chociaż...kto wie? ;)).


Żyjąc w dużym mieście mogę powiedzieć, że z roku na rok jeździ coraz więcej rowerzystów, a w sezonie jest ich nawet więcej niż pieszych. Uważam, że to bardzo dobrze, że jazda na rowerze stała się trendy. Teraz nikt nie wstydzi się jeździć rowerem zamiast samochodem (ekologicznie!). Grubasy również zawzięcie pedałują. Czy przypadkiem jednak nie oczekujemy zbyt wiele od tego rodzaju - jakby nie było - sportu?

Do przemyśleń na temat roweru skłoniły mnie pewne nieoczekiwane wydarzenia. Niedawno spotkałam swojego byłego. Tak, tego mitycznego byłego sprzed wieków, o którym już dawno zapomniałam i wyparłam z pamięci.


Wspomnianego dnia były mój (J.) jechał na rowerze co mnie nie zdziwiło, bo on uwielbiał rower. J., jak później przyznał, poznał mnie po nosie, który ponoć ma szlachetny, lekko zadarty profil. Mam zresztą nadzieję, że nie poznał mnie od razu, dlatego, że pamięta mnie jako osobę grubszą niż teraz, a nie dlatego, że tego felernego dnia ubrałam się jak lump...no, ale do rzeczy. J., mimo, że zawzięcie jeździ od lat na rowerze, jaki był przy kości, taki jest. Po tym naszym krótkim spotkaniu zaczęłam przyglądać się rowerzystom i zauważyłam, że pulchnych ludzi szorujących kolanami po brzuchu jest bardzo dużo. Obawiam się, że każdy z nich po cichu myśli, że od tego kręcenia kołami schudnie i utrzyma wagę.

Cóż...nic bardziej mylnego. Sama jestem tego idealnym przykładem. Jestem osobą dosyć ruchliwą i lubiącą sport. Bez problemu można mnie wyciągnąć w góry, na rower czy basen. Ruchliwość moja jednak w niczym nie przeszkadza odkładającej się tkance tłuszczowej.


Nie jestem wyjątkiem. Jakiś czas temu czytałam artykuł o biegaczce, której udało się ukończyć Bieg Rzeźnika (80 km. po Bieszczadach). Kiedy pomyślę o morderczych treningach i codziennym bieganiu widzę tylko sportową, seksowną sylwetkę, może nawet lekko żylastą. Biegaczka ta jednak (sorry, nie pomnę imienia) boryka się z nadwagą, mimo, że nie obżera się (zresztą przy bieganiu nie da rady się obżerać) i je zdrowo.

Przyznaję, ten wywiad mną wstrząsnął. Nie traktuję go jako wymówka, bo sport lubię i nie zamierzam z niego rezygnować. Co do diety...wydaje mi się, że lekarze nie odkryli jeszcze wszystkich możliwych powodów otyłości. Takich klasycznych grubasów, którzy się obżerają i całymi dniami leżakują, znam może kilku. Nie każdy też choruje na tarczyce, albo ma ukrytą nietolerancję glutenu. Niekoniecznie też "czyste" jedzenie przynosi natychmiastowe efekty ("czyste", czyli nieprzetworzone, bez cukru, soli, śmiercionośnego chleba :P). W ogóle odchudzanie to skomplikowana sprawa ;).


Ps. Wszystkie dokumenty wysłane, Urząd imigracyjny potwierdził, że otrzymał moją aplikację. No to czekamy...