poniedziałek, 26 listopada 2012

Pozytywne skutki ćwiczeń

Nowości zawsze tak na mnie działają. Są świeże i wspaniałe. Potem przychodzi przyzwyczajenie i wszystko to traci swój dawny blask...

Na razie ćwiczę pół godziny na stepperze. Dziś nie byłam strasznie zmęczona, ale jednak czułam skutki treningu. I jest to coś wspaniałego! Od razu odechciało mi się grzeszków (eh, moi domownicy nie znają litości trzymając pierogi w lodówce) i powiem więcej - nie chciało mi się jeść kolacji.



Cudownie! Co prawda za miesiąc maksymalnie wszystko wróci do normy (czytaj - już nie będę taka rozemocjonowana po treningu, chyba że w końcu zapiszę się do fitnessclubu), ale i tak cieszę się radosnymi początkami.

Co do wagi to w sobotę opijałam zdane prawo jazdy przyjaciółki i po wódce oczywiście zobaczyłam o kilo mniej na liczniku, ale pewnie dziś już lekko podskoczyła w górę. Nie wiem, bo nie ważyłam się.

sobota, 24 listopada 2012

No dobra. Czas na mocniejszy atak kilogramów

Stało się. Waga od 3 tygodni nie jest dla mnie łaskawa, a wręcz wroga. Nie powiedziałam, że chcę spektakularnych wyników, zwłaszcza po kilku miesiącach stałego spadku wagi, ale jest problem i trzeba coś z tym zrobić.

Szczerze powiedziawszy nie byłabym tak zmotywowana do gubienia kilogramów gdyby nie Ty. Pisanie publicznego pamiętnika, który czytasz i komentujesz, jest dla mnie bardzo motywujące. Nie chcę siebie ani Ciebie zawieść dlatego po porannym ważeniu i mierzeniu (co sobotę lub niedzielę tak robię) usiadłam i zaczęłam się zastanawiać co tu zrobić.


Wbrew pozorom nie jest tak prosto powiedzieć sobie: dobra, do urodzin zero wpadek i jem tylko postne jedzenie. Przecież żadna z nas nie planuje wpadek (pomijając święta, urodziny itd.), a przerzucenie się na dajmy na to dietę jabłkową, czy kapuścianą może przynieść odwrotny efekt.

Poza tym od kilku dni jem bardzo przykładnie, a waga dalej waha się raz w górę, raz w dół. Fitness do końca listopada niestety dalej odpada, bo ostatnio do domu przychodzę o godzinie 20, a w dni wolniejsze i tak mam coś do pisania, lub czytania. I nagle mnie olśniło! Mam przecież stepper!

Ze steppera nie korzystałam od chyba roku, ale to dlatego, że ćwicząc na nim maksymalnie można ważyć 100 kilo. No a przecież ważę kilka kilo poniżej stówy więc...mam plan! :) Połączę oba zadania - schudnąć i przeczytać coś do pracy. Najlepiej codziennie!

Cel - 95 kg. do końca listopada. Jak się nie uda trudno, a jak się uda to hurra :)

czwartek, 22 listopada 2012

A co jeśli tyjesz ze swoim wybrankiem?

W swoim życiu byłam w różnych związkach i różną mając wagę. Przyznajmy jednak, faceci też chcą dobrze wyglądać. Co jednak, jeśli oboje się "zapuszczamy"?

Kiedyś widziałam cudowną (z wyglądu) parę. Szłam akurat gdzieś w stronę rynku, pogrążona w swoich myślach i nagle zobaczyłam ich. Młodych (ok. 17-20 lat), zakochanych i o wysportowanych sylwetkach. Oboje zresztą szli do (lub z) siłowni.

Promienieli szczęściem i zdrowiem. Pozazdrościłam im tego, bo zawsze chciałam taka być. Szczupła, wysportowana i chodząca regularnie na aerobik. Ah ta próżność.

Oczywiście nie oszukujmy się, to szczęście mogło być złudne i oboje mogli codziennie kłócić się o drobnostki, ale nie o tym chciałam.

Raz byłam w związku, w którym ja usilnie starałam się odchudzić (co mi się udało okupując złym nastrojem), a on znowu coraz bardziej tył. Potem ja przytyłam i się rozstaliśmy. Innym znowu razem byłam już większa, a on chudy i miał mi za złe to, że go nie motywowałam do ćwiczeń i dbania o siebie. Też się rozstaliśmy. Nie twierdze, że przyczyną było tycie, ale z drugiej strony...



Może jednak? Znam właściwie tylko pary, które lekceważąco podchodzą do diet i ćwiczeń (czyli na zasadzie: wiem, że kebab jest niezdrowy, ale za to jaki smaczny...), a plotki ze show biznesu pokazują, że to ci piękni i szczupli częściej zdradzają. Z drugiej strony facet chce dobrze wyglądać z równie reprezentacyjną partnerką.

Ja w każdym razie nie chciałabym żeby mój partner namawiał mnie do słodyczy czy mcDonalda. Chciałabym wieść wspólny żywot osób dbających o siebie, ale bez przesady. Ten mój pierwszy, kiedy byłam na finiszu diety, wręcz mnie błagał o to, żebym sobie poprawiła humor pączkiem. Pączek mi humoru nie poprawił, a moje problemy z dietą chyba go przerosły.

środa, 21 listopada 2012

Pewien taki moment...

W życiu każdego odchudzającego się przychodzi taki moment, kiedy znajomy/a spojrzy na Ciebie innym okiem i powie...pięknie wyglądasz!

Niby nie odchudzamy się dla znajomych, tylko dla siebie. Ale jest w tym ogromna satysfakcja, kiedy zobaczysz zachwyt i podziw w czyiś oczach. Ja to przeżyłam wczoraj kiedy spotkałam się z przyjaciółką, która nagle stwierdziła, że za każdym razem jak się widzimy jestem szczuplejsza.



Jestem z siebie dumna. Zrzuciłam całe 20 kg. w 5 miesięcy (no dobra, do 20 brakuje mi pół kilo i 2 tygodnie do 5 miesięcy ;)). Moje otoczenie zauważa zmiany i winszuje. Sama czuję się coraz lepiej ze sobą, ale radość tę przysłaniają ciemne chmury wiszące nad głową. Jest to świadomość jeszcze bardzo długiej drogi do celu, a waga nie jest już tak przychylna jak wcześniej.

Niby normalne. Im człowiek jest szczuplejszy tym trudniej mu zrzucać wagę, zwłaszcza po dłuższym odchudzaniu, po którym organizm wytrwale i wbrew zdrowemu rozsądkowi broni się przed zrzuceniem kolejnych zapasów. Moje obawy jednak są coraz silniejsze, bo coraz częściej pozwalam sobie na drobne "przestępstwa", a jak wcześniej pisałam - mój rekord w odchudzaniu to pół roku i boje się, że to mój "maks" tego, ile mogę wytrzymać.



Może się mylę. Może uda mi się "zaprogramować siebie" na roczne odchudzanie bez potknięć. Najgorsze z tego wszystkiego, że te grzeszki nie są niczym usprawiedliwione. To nie jest tak, że jestem głodna i niczego innego nie ma w lodówce. Jest to chwilowy kaprys, który na szczęście nie skutkuje obżarstwem (co najwyżej trzema czekoladkami, które sobie tłumaczę na posiłek tłuszczowy ;) ).

Mimo wszystko optymistycznie podchodzę do diety. Dzisiejszy dzień zakończyłam bez wpadki i nie było to męczące, czy trudne. Miesiąc też raczej zakończy się z dobrym wynikiem (-3 kg. minimum), więc mimo wszystko wciąż idę do przodu, do celu!

piątek, 16 listopada 2012

O braku akceptacji siebie

"Kobieta, która ma pretensje do własnego ciała, przestaje być kobietą."

Tak powiada Jan Nowicki, amant i wybitny aktor. Czy dobrze jest się uczyć kobiecości od mężczyzn? Jak najbardziej. Zwłaszcza od kobieciarzy.

Kobieta według Nowickiego powinna być świadoma swej kobiecości, czym - jak mówi - roztacza wokół siebie tajemniczy fluid (erotyzm?), który działa na mężczyzn jak lep.



Z drugiej strony zakompleksiona kobieta wysyła mężczyznom niewerbalne informacje: odejdź, nie dotykaj mnie, nie chcę być z tobą blisko.

"Skoro tak mówi, to widocznie ma rację. Więc należy ją zostawić i poszukać innej. I może właśnie dlatego tak często odchodzimy i tak często porzucamy te, które przecież kiedyś kochaliśmy" - mówi Nowicki.

Przepis na sukces według Nowickiego jest prosty. Bądź pewna siebie, tajemnicza i nie odkrywaj naraz wszystkich kart. Pozwalaj zdobywać się każdego dnia. Szczypta zazdrości również nie jest zła.



Łatwo mówić, gorzej wykonać, przynajmniej w moim przypadku. Teraz jestem w fazie "nie dotykaj mnie, ani nawet nie podchodź". Strasznie to głupie, w końcu nie mam 16 lat żeby się rumienić i uciekać przed najlżejszym dotykiem. Czasem mam wrażenie, że pod tym względem się cofam, a im dłużej nikogo nie mam, tym jestem "dziksza" (w negatywnym tego słowa rozumieniu).

Moją pocieszycielką jest znajoma, która po 7 latach poznała przyszłego swojego męża. Nawet po tylu latach jeszcze jest nadzieja, więc i dla mnie może i jest...

sobota, 10 listopada 2012

Im dłużej tym łatwiej?

Jest taka teoria, że wystarczy miesiąc by wykształcić w sobie nowy nawyk. Mój nowy nawyk żywieniowy istnieje już od ponad czterech miesięcy, więc teoretycznie powinien zostać zakorzeniony na dobre. Czy rzeczywiście?

Mówi się, że w diecie najtrudniejszy jest pierwszy dzień. Nie mogę się nie zgodzić. Planuje się łatwo. Ile schudnę, po jakim czasie i jak będę potem wyglądała. Potem planowanie tego, jak do tego dojdę. Wybór diety, ćwiczeń, godzin posiłków itp. Z tym jest już nieco gorzej, ale równie przyjemnie zapisuje się postanowienia w zeszycie.


Mamy plan, mamy wizję, czas na realizację. I tu pojawiają się schody. Rano ląduje na stole mdła zupa z chudego mleka i płatków owsianych. Potem nie jest lepiej. W pracy jabłko i mała kromka chleba graham z białym serem. W domu przychodzi kryzys, bo ma się ochotę na frytki, kebab i kolę (tudzież piwo), a w lodówce przygotowana zupa-nic.

Kiedy (jeśli) przeżyjemy pierwszy dzień diety, potem jest już nieco lepiej. Powoli przyzwyczajamy się do myśli, że w pracy nie będzie już pączków, a w domu porządnego, tłustego obiadu. A im dłużej żyjemy na tej diecie tym łatwiej przychodzi odmawianie koleżankom deserów.

Po tygodniu takiej diety przychodzi jednak coś innego. Walka naszego organizmu o przetrwanie. Pojawia się totalne zmęczenie, rozdrażnienie i ból głowy. No i jeszcze to bezpłciowe jedzenie...Wtedy znowu jesteśmy narażone na rzucenie diety, bo organizm stanowczo domaga się "normalnego" obiadu. Jeżeli przetrwamy, pojawiają się kolejne pułapki, które ostatecznie - na takiej diecie - doprowadzają do jednego - obżarstwa.

Taki schemat przeżywałam nieraz. Co więcej, raz pod kontrolą "dietetyczki", która kazała mi jeść po 400-600 kcal dziennie. Po trzech miesiącach poddałam się, bo mało kto jest w stanie kontrolować się mając w portfelu chociaż tę dychę i sklep pod domem.

Pisałam tu o kilku swoich wpadkach. To nie prawda, że po miesiącu diety jest już z górki. Rzeczywiście pojawia się przyzwyczajenie i człowiek ma zakodowane w głowie, że tego nie mogę, a to mogę zjeść. Nawet po pół roku można wrócić do starych nawyków. W diecie trzeba pilnować się cały czas...niestety. Trochę to przypomina walkę Syzyfa. Choćbym nie wiem jak długo miała dietę, zawsze może pojawić się dzika myśl, że rzucam to w cholerę i po co mi to.


Ja w każdym razie cały czas walczę. Czasem patrze spod byka na czekoladki w barku i McDonaldsa na ulicy. Wieloletnich nawyków nie da się tak o zlikwidować po kilku miesiącach wyrzeczeń. Trzeba toczyć wewnętrzne bitwy, najpierw kilka-kilkanaście razy dziennie, potem raz dziennie, raz w tygodniu, raz w miesiącu (kobiety chyba najlepiej to zrozumieją)...coraz rzadziej i rzadziej. Nigdy jednak nie myśl, że pokonałaś raz na zawsze jedzeniowego potwora. On może się pojawić w każdej chwili. Trzeba być czujnym i gotowym na obronę.

sobota, 3 listopada 2012

Ale po co właściwie się obżeramy?

Wiele lat zastanawiałam się nad tym, dlaczego czasem czuję przymus obżarstwa. To nie jest tak, że postanawiam dziś zjeść więcej. Jest to nieracjonalny przymus, który nie wiem czy da się raz na zawsze pokonać...

Zapewne jest wiele takich czynników, które popychają nas do objedzenia się. Kiedyś próbowałam analizować każdy dzień wpadki, co wówczas robiłam, o czym myślałam i doszłam do wniosku że rzadko był to jakże oczywisty efekt stresu. No więc po co to robię?



Podczas Wszystkich Świętych pojechałam do rodziny i nie przemyślałam strategii diety. Czytaj: nie wzięłam ze sobą niczego do jedzenia i w trakcie podróży zrobiłam się głodna, więc zjadłam zwykłą bułkę. Potem inne - nie dietetyczne rzeczy - i niestety stało się: kolejna wpadka. Całkiem spora.

Ponieważ mam coraz więcej tych wpadek, postanowiłam sobie do połowy grudnia (moich urodzin) cel: zero wpadek, a na wadze maksimum 95 kg. Myślę, że to jak najbardziej realny cel.



Co ciekawe, waga nie zareagowała tak nerwowo jak myślałam. To chyba stąd moje przymknięcie oka na wpadki, bo gdyby mi ostatnim razem podskoczyło 5 kg., które musiałabym zrzucać przez miesiąc to bym bardziej uważała na to co jem.

Ah...wymówki...wymówki...wymówki...Swoją drogą mam wrażenie, że te moje pseudo psychologiczne przemyślenia są również wymówkami. Że niby teraz sobie pojem, ale przemyślę sprawę i od jutra będzie na pewno lepiej! Tyle, że z każdą wpadką jest mi ciężej.

To jest mój zagłuszacz sumienia: opracowywanie nowych strategii, planów i celów. Po każdym "rzuceniu" diety tak miałam. Tym razem jej nie rzucam, bo na prawdę chcę schudnąć i jestem świadoma tego, że z każdym obżarstwem coraz bardziej oddalam się od celu.

Na szczęście wczoraj wróciłam na swoją dietetyczną ścieżkę i trzymam się niej.