niedziela, 29 grudnia 2013

Wnętrze grubasa

Pamiętasz mój post "Brzydka, więc ma piękne wnętrze"? Po ponad roku, mój stosunek do tematu nieco zmienił się.

Lubię czytać swoje przemyślenia. Nie dlatego, że jestem okropnym narcyzem i uważam, że są najmądrzejsze na świecie, ale lubię patrzeć jak wciąż zmieniają się, kształtują, formują. To znak progresu.

Dalej uważam, że niezależnie od wyglądu, każda z nas może mieć pusto w głowie. Za tłuszczem jednak często kryją się wrażliwe, czasem i nadwrażliwe dusze, które ze smutną rzeczywistością radzą sobie tak, że ją zajadają. To, że ją zajadamy to nie znaczy, że mamy słabą wolę. Po prostu ciężko jest poradzić sobie z frustracją inaczej niż pączkiem, czy paczką chipsów.


O "zajadaniu" trudnych przeżyć wiedziałam oczywiście wcześniej, jednak realnie zdałam sobie z nich sprawę przed świętami. Pojechałam do domu rodzinnego lepić pierogi i pomyślałam: "a i tak z diety nici, bo pewnie będę je próbowała, więc mogę sobie zrobić kanapeczkę" (albo dwie, ewentualnie siedem :P). Smarując kromkę chleba masłem (i w głowie układając dalsze wymówki) usłyszałam w głowie pytanie: "nie jesteś głodna, co chcesz zajeść?" Pomyślałam, że to oczywiste. Chciałam zagłuszyć smutne myśli o M. i o tym, że uczucia wcale tak łatwo nie da się zalać alkoholem i zwymiotować. Oczywiście byłam rozczarowana sobą. Myślałam, że przeszłam właśnie jakąś cudowną przemianę i jestem innym, lepszym człowiekiem.

(a to ja na pamiętnym ślubie. Wspomnienia o M. odżyły jak zobaczyłam te zdjęcia)

W ogóle uczucie rozczarowania sobą jest dla mnie bardzo bolesne i trudne. Ciągle chcę spektakularnych zmian i ciągle obiecuję sobie, że nagle będę lepsza, bardziej konsekwentna, mniej kochliwa itd., a potem jak znowu coś robię nie tak to jestem na siebie wściekła.

Wracając jednak do grubasów. Zawsze mnie zastanawiało czy to, że jestem gruba wpłynęło na mój charakter i czy gdybym była szczupła to czy byłabym zupełnie innym człowiekiem? Wiesz, interesowałyby mnie na przykład chłopaki, dyskoteki i tipsy. Myślę, że to nie wykluczone. Jako osoba szczupła i pewna siebie byłabym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Może miałabym męża alkoholika, paliła papierosy, albo próbowała swoich sił w pornobiznesie?


Otyłość na pewno wpływa na osobowość. Myślę nawet, że czasem dodatnio. Dzieci są z powodu otyłości zamknięte w sobie, więc uciekają do własnego świata, nie rozpraszają uwagi ogłupiającymi zabawami i rozmowami z rówieśnikami. Przez trudne przeżycia (wyszydzanie, alienacja, częste poczucie winy) zachowują się doroślej, a ich osobowość jest bogatsza.

Są jednak pewne cechy niezależne od wagi. W moim kodzie genetycznym jest zapisana wrażliwość (nie nadwrażliwość, myślę, że moja siostra jest nadwrażliwa). Z rzeczywistością musiałabym sobie radzić w taki, czy inny sposób. Jeśli nie jedzeniem, to alkoholem (jak widać, mam predyspozycje :P), albo narkotykami. No chyba, że miałabym inną rodzinę, wtedy może umiałabym sobie radzić w mniej niszczący mnie sposób. A swoją drogą obecnie przeżywam to, co chyba każde dziecko, które spojrzy na swoich rodziców z dystansu, po wyprowadzce. Obserwując swoich rodziców przy stole świątecznym zauważyłam jak bardzo jestem do nich podobna. Przeżyłam wręcz kryzys osobowości, bo skoro jestem sumą ich cech charakteru, to gdzie w tym wszystkim jestem ja sama? Właśnie tego szukam.


Ps. Zadanie sobie pytania: "co chcę zajeść" jest bardzo pomocne, ale wymaga ogromnej siły woli. Po nazwaniu swoich uczuć od razu odeszła mi chęć na kanapeczkę. Z tymi uczuciami jednak trzeba coś zrobić. Ja na razie je wszystkie wypłakuję. Dobrze, że mieszkam sama, bo ktoś z boku by pomyślał, że wpadłam w depresję :P

niedziela, 22 grudnia 2013

Głęboki relaks, przedświąteczny błogostan

Nie tylko mi święta kojarzą się ze stresem, generalnym sprzątaniem i nocowaniem w kuchni z garami. Na samą myśl o świętach włos mi się jeżył na głowie.

Będąc o psychologa, ta życzyła nam (w sensie mi i siostrze) spędzenia tegorocznych świąt możliwie jak najspokojniej. Ja jednak wówczas wiedziałam swoje - oj, będzie ciężko. Teraz jednak odczuwam głęboki spokój i takie pogodzenie ze światem, że mam ochotę tulić się do drzew i ubrana w białą sukienkę oraz wianek na głowie rozdawać ludziom kwiaty (no dobra, nie ta pora roku. To może chociaż ubrana w biały płaszcz i futerkową czapkę rozdawać kubki z grzańcem i pierniki?)


Po historii z M. zszedł ze mnie taki stres, że obecnie śpię po 8-9 godzin, a czasem robię sobie popołudniowe drzemki. Budzę się zrelaksowana, a że mamy weekend to jeszcze sobie dogadzam książką. Jeśli chodzi o przygotowania świąteczne, to i owszem, nie dezerteruję. Usmażyłam krokiety, grzyby w cieście (nie przejmuj się, mało kto zna tę tradycję), a w wigilię zamierzam lepić pierogi i uszka. Ze świątecznych porządków zrobiłam na razie kuchnię i łazienkę, a pokój zamierzam...jak mnie najdzie ochota.

Właśnie ta niewymuszoność i totalny luz są dla mnie zupełną nowością i po raz pierwszy od dłuższego czasu...czuję magię tych świąt. Nawet dekoracje świąteczne kupiłam. Owszem, nie łudzę się, że nagle w domu rodzinnym wszyscy będą rozradowani i śpiewali kolędy, ale myśl, że zawsze mogę uciec do swojego mieszkania powoduje, że nie boję się, że mogę się zdołować i płakać w łazience (jak to robiłam w zeszłym roku).

Niedawno miałam zamiar napisać dołującego posta, że właśnie mija mi sześć lat (albo siedem, pogubiłam się w obliczeniach) odkąd jestem sama. Teraz jednak myślę sobie - no i co z tego?

Co to da, że będę się stresować, litować nad sobą i szukać u siebie wad, które tłumaczyłyby dlaczego nikt mnie nie chce? Najważniejsze, że mam przyjaciół, a faceci - jak to mój kolega stwierdził - po prostu nie są w stanie mnie ogarnąć ;). Poza tym nie ma co zastanawiać się, że totalnie zdziczałam i będę miała problem z zaufaniem, bo jak to będzie Mr Right to żadnego zdziczenia ani braku zaufania nie będzie. U niego też nie. A co jeśli nie ma dla mnie Mr Right'a? Cóż, tyle lat sobie bez niego radzę, to i pewne kolejne poradzę.


środa, 18 grudnia 2013

Sięgnęłam dna i teraz się odbijam

W niedzielę miałam urodziny. Nie spodziewałam się niczego dobrego po nich, zwłaszcza, że od kilku dni chodziłam jakaś struta.

Co roku spędzam je z rodziną, która co roku wprowadza mnie w zły nastrój, bo słucham ciągle tych samych życzeń, bo widzę siostrę łapczywie jedzącą tort, a potem wymiotującą go w toalecie i co roku myślę o tym, że chciałabym je spędzić zupełnie inaczej, ale nie, bo rodzina obrazi się. Poza tym zaczęłam znowu gadać z M.
Mimo porządnego opieprzu i zwyzywania go z góry na dół, ten nie przestawał pisać, a mi tak czy siak dobrze rozmawiało się z nim (o dupie Maryny głównie). Z tego powodu miałam potworne wyrzuty sumienia i nie wiedziałam co mam z tym zrobić. Zrobiłam więc jedną z głupszych rzeczy, jaką udało mi się wymyślić. A wyobraźnie mam bogatą.

W niedzielę, po dwóch godzinach szybkiego party rodzinnego pojechałam do siebie. Plan miał być taki: poprawiam sobie humor dobrym filmem, wypijam małego drinka i idę spać. Zamiast tego wypiłam porządną dawkę rumu i zaczęłam płakać. Potem kolejna szklanka (bez popijania, ale kto by się przejmował) i kolejna, aż miałam już odpowiednio w czubie, żeby zacząć pisać z M.

Dnia następnego miałam Kac-Wrocław. Otworzyłam oczy i zaczęłam podziwiać zniszczenia. Spałam pod kołdrą w majtkach i skarpetkach. Czuję smród - przepraszam za dosłowność - rzygów. Wstaję do WC zastanawiając się gdzie mój koc? I widzę go pod prysznicem wraz z poduszkami i jakimiś ciuchami. Wszystko oczywiście...no brudne. Przypominam sobie jak w nocy zdejmuję ten koc z łóżka i kładę się spać, potem znowu budzę się i wyciągam kołdrę, bo zimno.
Rano przed oczami świat dalej mi wiruje, a ja jestem wciąż pijana. Kładę się z powrotem i nie mogąc zasnąć - myślę. Próbuję sobie przypomnieć co robiłam zeszłego wieczoru. Jak we mgle widzę jak siedzę przed komputerem i rozmawiam z M. Przypominam sobie, że ostatkiem sił podaję mu swój adres i...blackout.

Cały czas mam nadzieję, że jednak M. mnie nie widział w tym stanie, ale potem przypominam sobie, że w nocy ubieram szlafrok, gdzieś wychodzę...Leżę więc w łóżku marząc o tym, że te wspomnienia to tylko wyobraźnia, ale nagle dostrzegam pod łóżkiem miskę. W życiu pijana nie podkładałam sobie miski. Potem na GG odczytuję wiadomość od M.

Przeprosiłam go, zapewniłam, że nie wiem co się ze mną stało, ten tylko stwierdził, że na mój widok mocno się zdziwił, sprawdził autobus powrotny i zaraz wrócił do siebie. Kwestię mojego ubioru pominęłam milczeniem. Oby leżący gdzieś pod łóżkiem szlafrok był na mnie przez cały czas trwania jego wizyty...Oczywiście dzień-po to był moralny kac morderca, a ja miałam wizję siebie w psychiatryku, bo kto normalny wypija samemu ponad litr wódki? 

Dzień później będąc dalej przybita, jadę do psychologa mojej siostry (chodzę do niej od jakiegoś czasu, tak przy okazji terapii siostry) i...opowiadam jej o wszystkim. Ta oczywiście proponuje mi terapie indywidualną i opowiada historię swojej psychofanki. Dochodzimy do wniosku, że obie z siostrą nie potrafimy jasno wyznaczyć komuś granic (chociaż dla mnie mówienie komuś: "odpierdol się ode mnie" jest mocnym wyznaczeniem granicy?)
Cały czas miałam najczarniejsze wizje, że już nigdy nie uwolnię się od M., bo moja podświadomość każe mi z nim rozmawiać i zrobi wszystko - nawet spije mnie na umór, ale potem doznałam oświecenia. Może jednak moja podświadomość mi sprzyja? Kazała mi wyłączyć mózg, sięgnąć dna, żebym na widok M. czuła tylko wstyd i obrzydzenie. I faktycznie, czuję się wolna. M. znowu coś próbuje pisać, ale ja mam to totalnie gdzieś. Teraz czuję tylko zdziwienie. Mam mu narzygać do butów, żeby dał mi spokój? :P

W każdym razie optymizm mi wrócił. Psycholog zapytała o ten nasz kobiecy szósty zmysł, który okazało się, że mam silnie rozwinięty. Przecież od początku czułam, że coś jest z M. nie tak. Sama Ci zresztą pisałam. Próbowałam go jednak zagłuszyć myśleniem, że może M. potrzebuje czasu, a ja bałam się z nim rozmawiać od serca, bo w końcu dawno nie miałam nikogo. Teraz wiem, że te podszepty mi sprzyjają i powinnam je słuchać. 

(i to pokazać M. wcześniej :P)

Ps. Odchudzanie po tej akcji alkoholowej idzie mi wprost wyśmienicie, co prawda nie ważę się, ale i tak nie zamierzałam :). Nie wiem, mam poczucie, że teraz to już tylko będzie lepiej :)

czwartek, 12 grudnia 2013

Czy istnieje jeszcze jakakolwiek nadzieja?

Jakiś czas temu obejrzałam film "Raj: nadzieja". Jest to austriacki dramat (jedna z trzech części z cyklu "Raj") o otyłej nastolatce, która wyjechała na obóz odchudzający. Dokładnie tak jak ja przed laty.

Jeżeli piszę dramat, to mam na myśli prawdziwy DRAMAT. Film, który dosłownie ryje beret i nie daje o sobie zapomnieć. Zwłaszcza, że utożsamiłam się z główną bohaterką, która została dosłownie wyeksportowana na obóz, bo gruba i trzeba coś z nią zrobić.


W filmie jest wiele scen bardzo wymownych, jednak z mojej perspektywy chyba nieco przesadzonych, bo aż tak źle na tych moich obozach nie było. Nie wszyscy pochodziliśmy z rozbitych rodzin i nie wszyscy odczuwaliśmy głód miłości, który zastępowaliśmy jedzeniem. To pierwsze na pewno, to drugie piszę z pewnym wahaniem.

Po latach sprawę wysłania mnie na obóz odchudzający widzę nieco inaczej niż wtedy, mają lat -naście. Kiedyś wydawało mi się to całkiem sensowne. Dziecko sobie nie radzi z jedzeniem, nie ma motywacji, to może specjaliści pomogą. Dziś wygląda mi to na zamiatanie problemu pod dywan.

Mimo to, pierwszy obóz wspominam bardzo dobrze. Poznałam wiele nowych osób, czułam się w pełni akceptowana, każdy jechał na tym samym wózku, wspaniały trener, w którym się kochałyśmy, pierwsze miłostki no i...ubytki na wadze ;). Potem wszystko wróciło z nawiązką, więc BUM - jadę na kolejny obóz.


Drugi wyjazd był przeciwieństwem pierwszego. Ani przyjaźni nie nawiązałam, ani nie czułam się akceptowana, ani nawet nie miałam strasznych spadków na wadze. Potem lekarze zwalili winę na kortyzol, o którym zresztą pisałam tutaj. Czułam się po prostu nieszczęśliwa. Z płaczem dzwoniłam do matki, żeby mnie stamtąd zabrała, ale ona nic nie zrobiła, o co zresztą mam do niej do tej pory żal.

Czasem zastanawiam się, co sama bym zrobiła na miejscu swoich rodziców? Myślę, że nie dałabym dziecku odczuć, że ma sobie samo radzić ze wszystkimi problemami, bo grube dziecko naprawdę musi wiele przejść i potrzebuje realnego wsparcia bliskich. Niby działo się to kilka ładnych lat temu i dawno powinnam pogodzić się z tym, ale jakoś nie potrafię.

Ah...rezygnację czuję, że już nigdy nie ułożę sobie wszystkiego w głowie, do tego M. dalej nie daje spokoju i pisze nie wiadomo po co. Jutro pewnie poprawi mi się humor.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wago! Ty szmato!

Moja waga to niewdzięczna suka, a ja ciągle mam nadzieję, że się zmieni. Naiwne, nie? W sobotę - jak co tydzień - stanęłam na tej kupie złomu, która pokazała o 300 g. więcej niż tydzień temu.

Niby w głowie zaświtała mi myśl. Ok, M. tylko spokojnie. Nigdzie się nie spieszysz, a już na pewno nie na przyszłoroczny konkurs Miss Universe. Jesz więcej, waga stoi, bo zgłupiała, musisz chwilę odczekać, ale niedługo znowu ruszy, na pewno. W końcu jesz zdrowo, a organizm sam będzie dążył do prawidłowej wagi. Poza tym ta metalowa dziwka nie wie, że masz piękne wnętrze.


Mimo tego uspokajającego potoku myśli, wcale nie poczułam się lepiej. Autosugestia nie działa, chociaż dzień w dzień, od trzech tygodni wmawiam sobie, że ważę 55 kg, że "mojekomórkitłuszczowe" (mówione jak mantra) kurczą się, a ja jestem piękna i zdrowa. Nie wiem, może robię coś źle?

W każdym razie postanowiłam przestać się ważyć, zwłaszcza, że w sobotę urządziłam urodziny i nawet nie opychając się słodyczami, tylko pełnoziarnistą pizzą i domowymi smakołykami - pewnie i tak przytyłam.

Nie potrafię chyba przekonać siebie do myśli, że to, że waga mi stoi to nic. Raz w miesiącu wejdę na wagę w klubie, ale chyba nie będę patrzyła na wyniki, tylko poproszę o zapisanie ich na kartce.

Z drugiej strony znając siebie...ciekawość bywa silniejsza...

wtorek, 3 grudnia 2013

Minął właśnie rok!

Czy idąc 3 grudnia 2012 roku w poniedziałek wieczorem do fitness klubu i kupując swój pierwszy w życiu karnet wiedziałam, że fitness stanie się ważną częścią mojego życia?

Dziś minął rok odkąd zaczęłam chodzić na fitness! Zdumiona jestem swoją konsekwencją, szczęśliwa z powodu znalezienia nowej pasji i zaskoczona efektami.


Zaczęłam dokładnie rok temu od treningu jednogodzinnego trzy razy w tygodniu. Było to typowe cardio-aerobik, który powodował u mnie stan przedzawałowy. Potem trenowałam tylko indoor walking, a po kilku miesiącach dorzuciłam sobotni body-pump.

Pamiętam jak patrzyłam na siebie w lustro i widziałam wylewające się boczki, wystający brzuch i grube ramiona. Po miesiącu-dwóch trenowania zaczęłam widzieć zmiany. Z przyjemnością obserwowałam szczuplejące ramiona i coraz mniejszy brzuch.

Ramiona ruskiej sztangistki XD

Pół roku później, kiedy kupiłam legginsy i dopasowane koszulki, zamarłam z wrażenia. O tym wrażeniu pisałam tutaj. Zresztą cały czas informowałam Ciebie na bieżąco o swoich zmianach wyglądu spowodowanych treningiem.

Po pół roku ćwiczeń moje mięśnie stały się mocne, wyraźnie odznaczające się i wystające spod warstwy tłuszczu. Mam niestety taki typ budowy, że górna część ciała szybko się rozrosła i jak napinam ramiona to wyglądam jak facet :P Zwłaszcza jak robię pompki, które jak na kobietę - robię zdumiewająco szybko i sprawnie. Równie wyraźne mięśnie są na łydkach, które jak napnę to wyglądają jak u kolarza.

Moje łydy, poobijane trochę, trener mnie bije :P

Z czasem też zaczęłam dostrzegać nowe korzystne zmiany. Nogi mam wysmuklone, mięśnie ud mocno odznaczają się i nic mi się nie wylewa na boki kiedy leżę. Teraz zauważyłam, że leżąc bokiem nie robi mi się fałdka na talii (która zresztą nawet jak stoję i nic nie robię jest mocna i twarda!) i co mnie bardzo cieszy - wewnętrzna część ramion wygląda lepiej.

No i tyłek! Nie mam jakiegoś powalająco wielkiego, ale cały czas się zaokrągla i podnosi. Ostatnio zresztą zauważyłam, że jest twardy.


Oprócz wyraźnych zmian sylwetkowych dostrzegam również korzystne działanie treningu na...skórę. O jej gładkości zachwycałam się długo i dawno temu. W tym temacie nic się nie zmieniło. Cellulit systematycznie zmniejsza się, grudki są coraz mniejsze :)

To co mnie negatywnie zaskoczyło to mimo wszystko...powolny postęp. Rzekłabym, że bardzo powolny...Wiesz już chyba, że jestem w gorącej wodzie kąpana i chciałabym mieć już wszystko i jak najszybciej. Myślałam, że cellulitu pozbędę się w miesiąc, a tu walczę z nim od roku i dalej dziad nie zniknął całkowicie. Poza tym dobija mnie moja największa zmora - brzuch, który cały czas wystaje. Zniknęła mi za to podwójna fałdka, która robi się u każdego grubasa.

Poza tym zaczęłam się robić żylasta. Wystaje mi jedna żyła w łydce (na tym zdjęciu powyżej tego chyba nie widać), na przedramionach i dłoniach.


Odkąd zaczęłam chodzić do nowego klubu i ćwiczyć trening funkcjonalny i TRX zauważyłam mocny progress w wytrzymałości i kondycji. Panie z recepcji stwierdziły, że ramiona mam szczuplejsze, ja tam jednak tego aż tak bardzo nie widzę.

Nie będzie to odkrycie roku. W ćwiczeniach ważna jest systematyczność. Nie spodziewaj się natychmiastowych, zdumiewających efektów, one przyjdą, być może nawet szybciej niż u mnie, ale za to jaka satysfakcja!

niedziela, 1 grudnia 2013

A gdyby tak...

Po piątkowym ważeniu z którego wynika, że "schudłam" uwaga, uwaga: 100 g. pomyślałam: a gdyby tak pogodzić się z myślą, że już więcej nie schudnę i...żyć dalej?

Lekarze na pewno nie byliby zachwyceni. Według BMI jestem otyła i powinnam szybko schudnąć, bo inaczej śmierć na miejscu. Inna sprawa, jak ten wskaźnik ma się do naszego ogólnego zdrowia. Czy otyły mężczyzna ważący dajmy na to 90 kg. przy wzroście 1,75 m. i którego jedyną aktywnością fizyczną jest przejście z fotela na kanapę jest równie zdrowy jak ważący tyle samo sportowiec? Według BMI tak. Oboje są otyli i oboje muszą szybko schudnąć.

Wracając do tematu lekarzy. Kilka miesięcy temu poszłam do lekarza medycyny pracy, który robił mi rutynowe badania (w tym sprawdzał ile ważę) i zadawał standardowe pytania, w stylu jak się czuję. Najlepsze jest to, że na koniec tej rozmowy lekarz...pogratulował mi zdrowia. Po raz pierwszy w życiu doktor stwierdził, że jestem osobą w pełni zdrową i nie trzeba mi mówić: Jezus Maria, niech Pani szybko schudnie, bo inaczej zawał i cukrzyca. 

Od tamtej pory niewiele zmieniło się pod względem mojej wagi i zdrowia. Na pewno mam więcej mięśni i lepszą kondycję. Trójglicerydy, ciśnienie, tarczyca i hemoglobiny w normie. Cukier na czczo mam lekko podwyższony, ale u mnie to rodzinne, zresztą czytałam, że najczęstszą przyczyną otyłości jest zaburzenie metabolizmu insuliny. Jak widać - w końcu doszłam do tego, co jest przyczyną mojego problemu.


Boję się trochę tego cukru. Latem organizmowi dałam lekko w kość mając napady obżarstwa i zajadając smutki ciastkami/ lodami. Poza tym miałam wahania cukru we krwi, rano ADHD, po obiedzie śpiączka. Teraz na szczęście ostatni powód do smutku został jakiś czas temu wykopany z mojego życia (z czego jestem mega dumna!!!), a słodycze ostatnio jadłam dawno temu. Oczywiście nie ma co zwalać winy na sercowe rozterki. Więcej tak się złapać nie dam :).

Nad wyglądem wciąż pracuję, ale powoli zaczynam godzić się z myślą, że nigdy w życiu nie będę wyglądać jak modelka w bikini. Może nawet do końca życia będę miała nadwagę i wystający brzuch? Ale czy to źle? Dużo osób mi mówi, że świetnie wyglądam, faceci się oglądają, kilka osób nawet stwierdziło, że tyle ile schudłam już wystarczy. 

(hyhy, nie mogę z tego psa XD)

Nie znaczy to oczywiście, że wracam do starych nawyków żywieniowych. Mam takiego pecha, że muszę uważać na cukier jeśli nie chcę dostać cukrzycy. Najważniejsze jednak by dobrze czuć się ze swoją dietą. Ja ze swoją czuję się rewelacyjnie, znowu nie jestem głodna, jem sporo i tłusto (tłuszcz syci! Jedz tłusto!), a wiedza na temat zdrowej żywności powoduje, że nie popełniam błędów w stylu jogurt owocowy light, czy pseudozdrowe płatki fitness. 

Problemem wciąż jest strach przed zbyt dużą ilością kalorii. Zjadam spory kawałek wędzonego łososia, a potem w głowie: "o Jezu! To ma miliard kalorii! Na bank przytyję!" Dalej boję się przekraczać pewnej granicy i mimo wszystko jem poniżej 2 tys. kcal, chociaż według magicznych przeliczników powinnam palić ponad 3 tys. kcal dziennie. Ale spokojnie, staram się jeść jeszcze więcej, żeby rozruszać metabolizm, który po 1,5 roku diety jest trochę wolniejszy. Może też dlatego waga mi stoi? 

(To ja po zjedzeniu tego łososia, jak stwierdziłam: a pieprzyć te kalorie!)

Odchudzanie, zwłaszcza osoby otyłej, jest rzeczą bardzo trudną. Nawet bardziej niż myślałam, a im więcej czytam o odchudzaniu, tym częściej zastanawiam się nad skutecznością diet. Sporo osób pewnie wie, że odsetek otyłych, którzy trwale schudli, jest niewielki. Mi na razie udaje się utrzymać swoją wagę po tym największym schudnięciu sprzed roku. Wiadomo, były skoki - raz w górę, raz w dół, ale najważniejsze - nie przytyłam. Zresztą schudnięcie nawet kilku-kilkunastu kilogramów jest sukcesem i mocno poprawia zdrowie.

Teraz myślę, że dobierając odpowiednie produkty żywnościowe, dzięki którym żyję w harmonii z własnym ciałem i które dostarczają mi wszelkie potrzebne składniki oraz które nie podwyższają za mocno poziomu cukru we krwi, na pewno w końcu schudnę, a jeśli nie - tak czy siak będę cieszyła się dobrym zdrowiem.

To zdjęcie było zrobione w maju. Niewiele się zmieniłam od tego czasu :P