niedziela, 29 grudnia 2013

Wnętrze grubasa

Pamiętasz mój post "Brzydka, więc ma piękne wnętrze"? Po ponad roku, mój stosunek do tematu nieco zmienił się.

Lubię czytać swoje przemyślenia. Nie dlatego, że jestem okropnym narcyzem i uważam, że są najmądrzejsze na świecie, ale lubię patrzeć jak wciąż zmieniają się, kształtują, formują. To znak progresu.

Dalej uważam, że niezależnie od wyglądu, każda z nas może mieć pusto w głowie. Za tłuszczem jednak często kryją się wrażliwe, czasem i nadwrażliwe dusze, które ze smutną rzeczywistością radzą sobie tak, że ją zajadają. To, że ją zajadamy to nie znaczy, że mamy słabą wolę. Po prostu ciężko jest poradzić sobie z frustracją inaczej niż pączkiem, czy paczką chipsów.


O "zajadaniu" trudnych przeżyć wiedziałam oczywiście wcześniej, jednak realnie zdałam sobie z nich sprawę przed świętami. Pojechałam do domu rodzinnego lepić pierogi i pomyślałam: "a i tak z diety nici, bo pewnie będę je próbowała, więc mogę sobie zrobić kanapeczkę" (albo dwie, ewentualnie siedem :P). Smarując kromkę chleba masłem (i w głowie układając dalsze wymówki) usłyszałam w głowie pytanie: "nie jesteś głodna, co chcesz zajeść?" Pomyślałam, że to oczywiste. Chciałam zagłuszyć smutne myśli o M. i o tym, że uczucia wcale tak łatwo nie da się zalać alkoholem i zwymiotować. Oczywiście byłam rozczarowana sobą. Myślałam, że przeszłam właśnie jakąś cudowną przemianę i jestem innym, lepszym człowiekiem.

(a to ja na pamiętnym ślubie. Wspomnienia o M. odżyły jak zobaczyłam te zdjęcia)

W ogóle uczucie rozczarowania sobą jest dla mnie bardzo bolesne i trudne. Ciągle chcę spektakularnych zmian i ciągle obiecuję sobie, że nagle będę lepsza, bardziej konsekwentna, mniej kochliwa itd., a potem jak znowu coś robię nie tak to jestem na siebie wściekła.

Wracając jednak do grubasów. Zawsze mnie zastanawiało czy to, że jestem gruba wpłynęło na mój charakter i czy gdybym była szczupła to czy byłabym zupełnie innym człowiekiem? Wiesz, interesowałyby mnie na przykład chłopaki, dyskoteki i tipsy. Myślę, że to nie wykluczone. Jako osoba szczupła i pewna siebie byłabym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Może miałabym męża alkoholika, paliła papierosy, albo próbowała swoich sił w pornobiznesie?


Otyłość na pewno wpływa na osobowość. Myślę nawet, że czasem dodatnio. Dzieci są z powodu otyłości zamknięte w sobie, więc uciekają do własnego świata, nie rozpraszają uwagi ogłupiającymi zabawami i rozmowami z rówieśnikami. Przez trudne przeżycia (wyszydzanie, alienacja, częste poczucie winy) zachowują się doroślej, a ich osobowość jest bogatsza.

Są jednak pewne cechy niezależne od wagi. W moim kodzie genetycznym jest zapisana wrażliwość (nie nadwrażliwość, myślę, że moja siostra jest nadwrażliwa). Z rzeczywistością musiałabym sobie radzić w taki, czy inny sposób. Jeśli nie jedzeniem, to alkoholem (jak widać, mam predyspozycje :P), albo narkotykami. No chyba, że miałabym inną rodzinę, wtedy może umiałabym sobie radzić w mniej niszczący mnie sposób. A swoją drogą obecnie przeżywam to, co chyba każde dziecko, które spojrzy na swoich rodziców z dystansu, po wyprowadzce. Obserwując swoich rodziców przy stole świątecznym zauważyłam jak bardzo jestem do nich podobna. Przeżyłam wręcz kryzys osobowości, bo skoro jestem sumą ich cech charakteru, to gdzie w tym wszystkim jestem ja sama? Właśnie tego szukam.


Ps. Zadanie sobie pytania: "co chcę zajeść" jest bardzo pomocne, ale wymaga ogromnej siły woli. Po nazwaniu swoich uczuć od razu odeszła mi chęć na kanapeczkę. Z tymi uczuciami jednak trzeba coś zrobić. Ja na razie je wszystkie wypłakuję. Dobrze, że mieszkam sama, bo ktoś z boku by pomyślał, że wpadłam w depresję :P

niedziela, 22 grudnia 2013

Głęboki relaks, przedświąteczny błogostan

Nie tylko mi święta kojarzą się ze stresem, generalnym sprzątaniem i nocowaniem w kuchni z garami. Na samą myśl o świętach włos mi się jeżył na głowie.

Będąc o psychologa, ta życzyła nam (w sensie mi i siostrze) spędzenia tegorocznych świąt możliwie jak najspokojniej. Ja jednak wówczas wiedziałam swoje - oj, będzie ciężko. Teraz jednak odczuwam głęboki spokój i takie pogodzenie ze światem, że mam ochotę tulić się do drzew i ubrana w białą sukienkę oraz wianek na głowie rozdawać ludziom kwiaty (no dobra, nie ta pora roku. To może chociaż ubrana w biały płaszcz i futerkową czapkę rozdawać kubki z grzańcem i pierniki?)


Po historii z M. zszedł ze mnie taki stres, że obecnie śpię po 8-9 godzin, a czasem robię sobie popołudniowe drzemki. Budzę się zrelaksowana, a że mamy weekend to jeszcze sobie dogadzam książką. Jeśli chodzi o przygotowania świąteczne, to i owszem, nie dezerteruję. Usmażyłam krokiety, grzyby w cieście (nie przejmuj się, mało kto zna tę tradycję), a w wigilię zamierzam lepić pierogi i uszka. Ze świątecznych porządków zrobiłam na razie kuchnię i łazienkę, a pokój zamierzam...jak mnie najdzie ochota.

Właśnie ta niewymuszoność i totalny luz są dla mnie zupełną nowością i po raz pierwszy od dłuższego czasu...czuję magię tych świąt. Nawet dekoracje świąteczne kupiłam. Owszem, nie łudzę się, że nagle w domu rodzinnym wszyscy będą rozradowani i śpiewali kolędy, ale myśl, że zawsze mogę uciec do swojego mieszkania powoduje, że nie boję się, że mogę się zdołować i płakać w łazience (jak to robiłam w zeszłym roku).

Niedawno miałam zamiar napisać dołującego posta, że właśnie mija mi sześć lat (albo siedem, pogubiłam się w obliczeniach) odkąd jestem sama. Teraz jednak myślę sobie - no i co z tego?

Co to da, że będę się stresować, litować nad sobą i szukać u siebie wad, które tłumaczyłyby dlaczego nikt mnie nie chce? Najważniejsze, że mam przyjaciół, a faceci - jak to mój kolega stwierdził - po prostu nie są w stanie mnie ogarnąć ;). Poza tym nie ma co zastanawiać się, że totalnie zdziczałam i będę miała problem z zaufaniem, bo jak to będzie Mr Right to żadnego zdziczenia ani braku zaufania nie będzie. U niego też nie. A co jeśli nie ma dla mnie Mr Right'a? Cóż, tyle lat sobie bez niego radzę, to i pewne kolejne poradzę.


środa, 18 grudnia 2013

Sięgnęłam dna i teraz się odbijam

W niedzielę miałam urodziny. Nie spodziewałam się niczego dobrego po nich, zwłaszcza, że od kilku dni chodziłam jakaś struta.

Co roku spędzam je z rodziną, która co roku wprowadza mnie w zły nastrój, bo słucham ciągle tych samych życzeń, bo widzę siostrę łapczywie jedzącą tort, a potem wymiotującą go w toalecie i co roku myślę o tym, że chciałabym je spędzić zupełnie inaczej, ale nie, bo rodzina obrazi się. Poza tym zaczęłam znowu gadać z M.
Mimo porządnego opieprzu i zwyzywania go z góry na dół, ten nie przestawał pisać, a mi tak czy siak dobrze rozmawiało się z nim (o dupie Maryny głównie). Z tego powodu miałam potworne wyrzuty sumienia i nie wiedziałam co mam z tym zrobić. Zrobiłam więc jedną z głupszych rzeczy, jaką udało mi się wymyślić. A wyobraźnie mam bogatą.

W niedzielę, po dwóch godzinach szybkiego party rodzinnego pojechałam do siebie. Plan miał być taki: poprawiam sobie humor dobrym filmem, wypijam małego drinka i idę spać. Zamiast tego wypiłam porządną dawkę rumu i zaczęłam płakać. Potem kolejna szklanka (bez popijania, ale kto by się przejmował) i kolejna, aż miałam już odpowiednio w czubie, żeby zacząć pisać z M.

Dnia następnego miałam Kac-Wrocław. Otworzyłam oczy i zaczęłam podziwiać zniszczenia. Spałam pod kołdrą w majtkach i skarpetkach. Czuję smród - przepraszam za dosłowność - rzygów. Wstaję do WC zastanawiając się gdzie mój koc? I widzę go pod prysznicem wraz z poduszkami i jakimiś ciuchami. Wszystko oczywiście...no brudne. Przypominam sobie jak w nocy zdejmuję ten koc z łóżka i kładę się spać, potem znowu budzę się i wyciągam kołdrę, bo zimno.
Rano przed oczami świat dalej mi wiruje, a ja jestem wciąż pijana. Kładę się z powrotem i nie mogąc zasnąć - myślę. Próbuję sobie przypomnieć co robiłam zeszłego wieczoru. Jak we mgle widzę jak siedzę przed komputerem i rozmawiam z M. Przypominam sobie, że ostatkiem sił podaję mu swój adres i...blackout.

Cały czas mam nadzieję, że jednak M. mnie nie widział w tym stanie, ale potem przypominam sobie, że w nocy ubieram szlafrok, gdzieś wychodzę...Leżę więc w łóżku marząc o tym, że te wspomnienia to tylko wyobraźnia, ale nagle dostrzegam pod łóżkiem miskę. W życiu pijana nie podkładałam sobie miski. Potem na GG odczytuję wiadomość od M.

Przeprosiłam go, zapewniłam, że nie wiem co się ze mną stało, ten tylko stwierdził, że na mój widok mocno się zdziwił, sprawdził autobus powrotny i zaraz wrócił do siebie. Kwestię mojego ubioru pominęłam milczeniem. Oby leżący gdzieś pod łóżkiem szlafrok był na mnie przez cały czas trwania jego wizyty...Oczywiście dzień-po to był moralny kac morderca, a ja miałam wizję siebie w psychiatryku, bo kto normalny wypija samemu ponad litr wódki? 

Dzień później będąc dalej przybita, jadę do psychologa mojej siostry (chodzę do niej od jakiegoś czasu, tak przy okazji terapii siostry) i...opowiadam jej o wszystkim. Ta oczywiście proponuje mi terapie indywidualną i opowiada historię swojej psychofanki. Dochodzimy do wniosku, że obie z siostrą nie potrafimy jasno wyznaczyć komuś granic (chociaż dla mnie mówienie komuś: "odpierdol się ode mnie" jest mocnym wyznaczeniem granicy?)
Cały czas miałam najczarniejsze wizje, że już nigdy nie uwolnię się od M., bo moja podświadomość każe mi z nim rozmawiać i zrobi wszystko - nawet spije mnie na umór, ale potem doznałam oświecenia. Może jednak moja podświadomość mi sprzyja? Kazała mi wyłączyć mózg, sięgnąć dna, żebym na widok M. czuła tylko wstyd i obrzydzenie. I faktycznie, czuję się wolna. M. znowu coś próbuje pisać, ale ja mam to totalnie gdzieś. Teraz czuję tylko zdziwienie. Mam mu narzygać do butów, żeby dał mi spokój? :P

W każdym razie optymizm mi wrócił. Psycholog zapytała o ten nasz kobiecy szósty zmysł, który okazało się, że mam silnie rozwinięty. Przecież od początku czułam, że coś jest z M. nie tak. Sama Ci zresztą pisałam. Próbowałam go jednak zagłuszyć myśleniem, że może M. potrzebuje czasu, a ja bałam się z nim rozmawiać od serca, bo w końcu dawno nie miałam nikogo. Teraz wiem, że te podszepty mi sprzyjają i powinnam je słuchać. 

(i to pokazać M. wcześniej :P)

Ps. Odchudzanie po tej akcji alkoholowej idzie mi wprost wyśmienicie, co prawda nie ważę się, ale i tak nie zamierzałam :). Nie wiem, mam poczucie, że teraz to już tylko będzie lepiej :)

czwartek, 12 grudnia 2013

Czy istnieje jeszcze jakakolwiek nadzieja?

Jakiś czas temu obejrzałam film "Raj: nadzieja". Jest to austriacki dramat (jedna z trzech części z cyklu "Raj") o otyłej nastolatce, która wyjechała na obóz odchudzający. Dokładnie tak jak ja przed laty.

Jeżeli piszę dramat, to mam na myśli prawdziwy DRAMAT. Film, który dosłownie ryje beret i nie daje o sobie zapomnieć. Zwłaszcza, że utożsamiłam się z główną bohaterką, która została dosłownie wyeksportowana na obóz, bo gruba i trzeba coś z nią zrobić.


W filmie jest wiele scen bardzo wymownych, jednak z mojej perspektywy chyba nieco przesadzonych, bo aż tak źle na tych moich obozach nie było. Nie wszyscy pochodziliśmy z rozbitych rodzin i nie wszyscy odczuwaliśmy głód miłości, który zastępowaliśmy jedzeniem. To pierwsze na pewno, to drugie piszę z pewnym wahaniem.

Po latach sprawę wysłania mnie na obóz odchudzający widzę nieco inaczej niż wtedy, mają lat -naście. Kiedyś wydawało mi się to całkiem sensowne. Dziecko sobie nie radzi z jedzeniem, nie ma motywacji, to może specjaliści pomogą. Dziś wygląda mi to na zamiatanie problemu pod dywan.

Mimo to, pierwszy obóz wspominam bardzo dobrze. Poznałam wiele nowych osób, czułam się w pełni akceptowana, każdy jechał na tym samym wózku, wspaniały trener, w którym się kochałyśmy, pierwsze miłostki no i...ubytki na wadze ;). Potem wszystko wróciło z nawiązką, więc BUM - jadę na kolejny obóz.


Drugi wyjazd był przeciwieństwem pierwszego. Ani przyjaźni nie nawiązałam, ani nie czułam się akceptowana, ani nawet nie miałam strasznych spadków na wadze. Potem lekarze zwalili winę na kortyzol, o którym zresztą pisałam tutaj. Czułam się po prostu nieszczęśliwa. Z płaczem dzwoniłam do matki, żeby mnie stamtąd zabrała, ale ona nic nie zrobiła, o co zresztą mam do niej do tej pory żal.

Czasem zastanawiam się, co sama bym zrobiła na miejscu swoich rodziców? Myślę, że nie dałabym dziecku odczuć, że ma sobie samo radzić ze wszystkimi problemami, bo grube dziecko naprawdę musi wiele przejść i potrzebuje realnego wsparcia bliskich. Niby działo się to kilka ładnych lat temu i dawno powinnam pogodzić się z tym, ale jakoś nie potrafię.

Ah...rezygnację czuję, że już nigdy nie ułożę sobie wszystkiego w głowie, do tego M. dalej nie daje spokoju i pisze nie wiadomo po co. Jutro pewnie poprawi mi się humor.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wago! Ty szmato!

Moja waga to niewdzięczna suka, a ja ciągle mam nadzieję, że się zmieni. Naiwne, nie? W sobotę - jak co tydzień - stanęłam na tej kupie złomu, która pokazała o 300 g. więcej niż tydzień temu.

Niby w głowie zaświtała mi myśl. Ok, M. tylko spokojnie. Nigdzie się nie spieszysz, a już na pewno nie na przyszłoroczny konkurs Miss Universe. Jesz więcej, waga stoi, bo zgłupiała, musisz chwilę odczekać, ale niedługo znowu ruszy, na pewno. W końcu jesz zdrowo, a organizm sam będzie dążył do prawidłowej wagi. Poza tym ta metalowa dziwka nie wie, że masz piękne wnętrze.


Mimo tego uspokajającego potoku myśli, wcale nie poczułam się lepiej. Autosugestia nie działa, chociaż dzień w dzień, od trzech tygodni wmawiam sobie, że ważę 55 kg, że "mojekomórkitłuszczowe" (mówione jak mantra) kurczą się, a ja jestem piękna i zdrowa. Nie wiem, może robię coś źle?

W każdym razie postanowiłam przestać się ważyć, zwłaszcza, że w sobotę urządziłam urodziny i nawet nie opychając się słodyczami, tylko pełnoziarnistą pizzą i domowymi smakołykami - pewnie i tak przytyłam.

Nie potrafię chyba przekonać siebie do myśli, że to, że waga mi stoi to nic. Raz w miesiącu wejdę na wagę w klubie, ale chyba nie będę patrzyła na wyniki, tylko poproszę o zapisanie ich na kartce.

Z drugiej strony znając siebie...ciekawość bywa silniejsza...

wtorek, 3 grudnia 2013

Minął właśnie rok!

Czy idąc 3 grudnia 2012 roku w poniedziałek wieczorem do fitness klubu i kupując swój pierwszy w życiu karnet wiedziałam, że fitness stanie się ważną częścią mojego życia?

Dziś minął rok odkąd zaczęłam chodzić na fitness! Zdumiona jestem swoją konsekwencją, szczęśliwa z powodu znalezienia nowej pasji i zaskoczona efektami.


Zaczęłam dokładnie rok temu od treningu jednogodzinnego trzy razy w tygodniu. Było to typowe cardio-aerobik, który powodował u mnie stan przedzawałowy. Potem trenowałam tylko indoor walking, a po kilku miesiącach dorzuciłam sobotni body-pump.

Pamiętam jak patrzyłam na siebie w lustro i widziałam wylewające się boczki, wystający brzuch i grube ramiona. Po miesiącu-dwóch trenowania zaczęłam widzieć zmiany. Z przyjemnością obserwowałam szczuplejące ramiona i coraz mniejszy brzuch.

Ramiona ruskiej sztangistki XD

Pół roku później, kiedy kupiłam legginsy i dopasowane koszulki, zamarłam z wrażenia. O tym wrażeniu pisałam tutaj. Zresztą cały czas informowałam Ciebie na bieżąco o swoich zmianach wyglądu spowodowanych treningiem.

Po pół roku ćwiczeń moje mięśnie stały się mocne, wyraźnie odznaczające się i wystające spod warstwy tłuszczu. Mam niestety taki typ budowy, że górna część ciała szybko się rozrosła i jak napinam ramiona to wyglądam jak facet :P Zwłaszcza jak robię pompki, które jak na kobietę - robię zdumiewająco szybko i sprawnie. Równie wyraźne mięśnie są na łydkach, które jak napnę to wyglądają jak u kolarza.

Moje łydy, poobijane trochę, trener mnie bije :P

Z czasem też zaczęłam dostrzegać nowe korzystne zmiany. Nogi mam wysmuklone, mięśnie ud mocno odznaczają się i nic mi się nie wylewa na boki kiedy leżę. Teraz zauważyłam, że leżąc bokiem nie robi mi się fałdka na talii (która zresztą nawet jak stoję i nic nie robię jest mocna i twarda!) i co mnie bardzo cieszy - wewnętrzna część ramion wygląda lepiej.

No i tyłek! Nie mam jakiegoś powalająco wielkiego, ale cały czas się zaokrągla i podnosi. Ostatnio zresztą zauważyłam, że jest twardy.


Oprócz wyraźnych zmian sylwetkowych dostrzegam również korzystne działanie treningu na...skórę. O jej gładkości zachwycałam się długo i dawno temu. W tym temacie nic się nie zmieniło. Cellulit systematycznie zmniejsza się, grudki są coraz mniejsze :)

To co mnie negatywnie zaskoczyło to mimo wszystko...powolny postęp. Rzekłabym, że bardzo powolny...Wiesz już chyba, że jestem w gorącej wodzie kąpana i chciałabym mieć już wszystko i jak najszybciej. Myślałam, że cellulitu pozbędę się w miesiąc, a tu walczę z nim od roku i dalej dziad nie zniknął całkowicie. Poza tym dobija mnie moja największa zmora - brzuch, który cały czas wystaje. Zniknęła mi za to podwójna fałdka, która robi się u każdego grubasa.

Poza tym zaczęłam się robić żylasta. Wystaje mi jedna żyła w łydce (na tym zdjęciu powyżej tego chyba nie widać), na przedramionach i dłoniach.


Odkąd zaczęłam chodzić do nowego klubu i ćwiczyć trening funkcjonalny i TRX zauważyłam mocny progress w wytrzymałości i kondycji. Panie z recepcji stwierdziły, że ramiona mam szczuplejsze, ja tam jednak tego aż tak bardzo nie widzę.

Nie będzie to odkrycie roku. W ćwiczeniach ważna jest systematyczność. Nie spodziewaj się natychmiastowych, zdumiewających efektów, one przyjdą, być może nawet szybciej niż u mnie, ale za to jaka satysfakcja!

niedziela, 1 grudnia 2013

A gdyby tak...

Po piątkowym ważeniu z którego wynika, że "schudłam" uwaga, uwaga: 100 g. pomyślałam: a gdyby tak pogodzić się z myślą, że już więcej nie schudnę i...żyć dalej?

Lekarze na pewno nie byliby zachwyceni. Według BMI jestem otyła i powinnam szybko schudnąć, bo inaczej śmierć na miejscu. Inna sprawa, jak ten wskaźnik ma się do naszego ogólnego zdrowia. Czy otyły mężczyzna ważący dajmy na to 90 kg. przy wzroście 1,75 m. i którego jedyną aktywnością fizyczną jest przejście z fotela na kanapę jest równie zdrowy jak ważący tyle samo sportowiec? Według BMI tak. Oboje są otyli i oboje muszą szybko schudnąć.

Wracając do tematu lekarzy. Kilka miesięcy temu poszłam do lekarza medycyny pracy, który robił mi rutynowe badania (w tym sprawdzał ile ważę) i zadawał standardowe pytania, w stylu jak się czuję. Najlepsze jest to, że na koniec tej rozmowy lekarz...pogratulował mi zdrowia. Po raz pierwszy w życiu doktor stwierdził, że jestem osobą w pełni zdrową i nie trzeba mi mówić: Jezus Maria, niech Pani szybko schudnie, bo inaczej zawał i cukrzyca. 

Od tamtej pory niewiele zmieniło się pod względem mojej wagi i zdrowia. Na pewno mam więcej mięśni i lepszą kondycję. Trójglicerydy, ciśnienie, tarczyca i hemoglobiny w normie. Cukier na czczo mam lekko podwyższony, ale u mnie to rodzinne, zresztą czytałam, że najczęstszą przyczyną otyłości jest zaburzenie metabolizmu insuliny. Jak widać - w końcu doszłam do tego, co jest przyczyną mojego problemu.


Boję się trochę tego cukru. Latem organizmowi dałam lekko w kość mając napady obżarstwa i zajadając smutki ciastkami/ lodami. Poza tym miałam wahania cukru we krwi, rano ADHD, po obiedzie śpiączka. Teraz na szczęście ostatni powód do smutku został jakiś czas temu wykopany z mojego życia (z czego jestem mega dumna!!!), a słodycze ostatnio jadłam dawno temu. Oczywiście nie ma co zwalać winy na sercowe rozterki. Więcej tak się złapać nie dam :).

Nad wyglądem wciąż pracuję, ale powoli zaczynam godzić się z myślą, że nigdy w życiu nie będę wyglądać jak modelka w bikini. Może nawet do końca życia będę miała nadwagę i wystający brzuch? Ale czy to źle? Dużo osób mi mówi, że świetnie wyglądam, faceci się oglądają, kilka osób nawet stwierdziło, że tyle ile schudłam już wystarczy. 

(hyhy, nie mogę z tego psa XD)

Nie znaczy to oczywiście, że wracam do starych nawyków żywieniowych. Mam takiego pecha, że muszę uważać na cukier jeśli nie chcę dostać cukrzycy. Najważniejsze jednak by dobrze czuć się ze swoją dietą. Ja ze swoją czuję się rewelacyjnie, znowu nie jestem głodna, jem sporo i tłusto (tłuszcz syci! Jedz tłusto!), a wiedza na temat zdrowej żywności powoduje, że nie popełniam błędów w stylu jogurt owocowy light, czy pseudozdrowe płatki fitness. 

Problemem wciąż jest strach przed zbyt dużą ilością kalorii. Zjadam spory kawałek wędzonego łososia, a potem w głowie: "o Jezu! To ma miliard kalorii! Na bank przytyję!" Dalej boję się przekraczać pewnej granicy i mimo wszystko jem poniżej 2 tys. kcal, chociaż według magicznych przeliczników powinnam palić ponad 3 tys. kcal dziennie. Ale spokojnie, staram się jeść jeszcze więcej, żeby rozruszać metabolizm, który po 1,5 roku diety jest trochę wolniejszy. Może też dlatego waga mi stoi? 

(To ja po zjedzeniu tego łososia, jak stwierdziłam: a pieprzyć te kalorie!)

Odchudzanie, zwłaszcza osoby otyłej, jest rzeczą bardzo trudną. Nawet bardziej niż myślałam, a im więcej czytam o odchudzaniu, tym częściej zastanawiam się nad skutecznością diet. Sporo osób pewnie wie, że odsetek otyłych, którzy trwale schudli, jest niewielki. Mi na razie udaje się utrzymać swoją wagę po tym największym schudnięciu sprzed roku. Wiadomo, były skoki - raz w górę, raz w dół, ale najważniejsze - nie przytyłam. Zresztą schudnięcie nawet kilku-kilkunastu kilogramów jest sukcesem i mocno poprawia zdrowie.

Teraz myślę, że dobierając odpowiednie produkty żywnościowe, dzięki którym żyję w harmonii z własnym ciałem i które dostarczają mi wszelkie potrzebne składniki oraz które nie podwyższają za mocno poziomu cukru we krwi, na pewno w końcu schudnę, a jeśli nie - tak czy siak będę cieszyła się dobrym zdrowiem.

To zdjęcie było zrobione w maju. Niewiele się zmieniłam od tego czasu :P

piątek, 29 listopada 2013

No po prostu uwielbiam!

Każdy to powtarza - w klubach fitness bardzo ważna jest atmosfera. W moim klubie panuje atmosfera wzajemnej akceptacji, radości i zdrowej rywalizacji. Kocham to!

Oglądam serial 2XL. Przymykam oko na amerykańską cukierkowość, spłaszczenie świata i...staram się nie patrzeć na Pana Idealnego, bo to co oni tam pokazują zakrawa o sadyzm i znęcanie się nad wrażliwymi fankami serialu ;).

Ale o co chodzi. W jednym z odcinków przyjaciele Agaty mówią jej coś w stylu: "i co, zamierzasz teraz zamknąć się w swoim klubie fitness?" (chodziło o to, żeby wyciągnąć ją do ludzi. Mniej więcej. Możliwe, że przekręcam :P). Wzięłam to trochę do siebie, bo moje życie wygląda podobnie. Cały mój świat, oprócz pracy i spędzania czasu w domu z książką/filmem/kotkami w internecie, obraca się wokół przyjaciół i treningów. No i co? Czy to źle?

W poniedziałki i wtorki chodzę na trening funkcjonalny ze swoją stałą już grupą tytanów, a w czwartki na trening Total Comando, również bywa, że z członkami tytanów :). Wiesz, najlepsze w nich jest to, że każdy ma żonę/dziewczynę/dziecko i czuję się wśród nich...bezpiecznie. Nie wiem, to dziwne, ale dzięki temu nie czuję presji otoczenia, możemy żartować, pośmiać się, oni mnie lubią (jestem ich maskotką), a ja ich. Czy to nie wspaniałe?

Momentami mam wrażenie, że te treningi z grupą tytanów mają dla mnie charakter terapeutyczny. Zostawiam wszystkie troski i bóle świata za progiem. Zdarzało się, że nawet na godzinę przed treningiem szybko ocierałam łzy i starałam się ogarnąć, żeby w sali gimnastycznej tryskać energią, optymizmem i szampańskim humorem.

Wartością dodaną są tu stalowe mięśnie.

sobota, 23 listopada 2013

Ponarzekam

Tydzień eksperymentu nie przyniósł spodziewanego efektu.

Właściwie to wyszło wszystko na odwrót. Nic nie schudłam, rozchorowałam się i miałam kryzys bezsenności po odczytaniu wiadomości od M. (dziad pytał co u mnie. Co on sobie myśli??)

Już wczoraj źle się czułam. Smarkałam, kichałam, głowa mnie bolała, ale oczywiście mądra dobiłam się godzinnym treningiem cardio. Trening był bardzo efektywny, bo według mojego pulsometru spaliłam 700 kcal. Jak to w ogóle możliwe, że tygodniowo paląc średnio ok. 4 tys. kcal nic nie chudnę?

Potem całą czwartkową bezsenność odespałam z nawiązką, bo wczoraj o godz. 21 stwierdziłam, że utnę sobie szybką drzemkę i pewnie maksymalnie obudzę się o 23. Mhm...obudziłam się o 1 w nocy, szybko umyłam się, przebrałam i tak spałam do 8 ;).

Teraz leżę w łóżku pod kołdrą narzekając na czym świat stoi, że nikt się o mnie nie troszczy, że nawet jak tu umrę to nikt mnie nie znajdzie, ani nawet kot nie pożre, bo nie mam kota. Do tego nie mam nic na obiad.

I kiedy tak pławiłam się w swojej rozpaczy zadzwoniła matka z pytaniem jak się czuję. Jak ona mogła dzwonić, kiedy ja tu cierpię na samotność? ;)

W każdym razie, nie rezygnuję z akcji. Co prawda zamiast optymistycznego myślenia (jak widać - idealnie mi idzie :D) próbuję autosugestii, ale efekty powinny być identyczne. Postanowiłam wykonywać trening autosugestii przez miesiąc. Na razie jak widać - efekty znikome. Ani o M. nie zapomniałam, ani "mojekomórkitłuszczowe" nie zniknęły. Chyba, że wraz z chorobą wyłażą moje negatywne emocje i potem już będzie tylko lepiej ;).

Przeziębienie ma jednak pozytywną stronę. Bez wyrzutów sumienia oglądam kotki w internecie, nadrabiam wszystkie seriale i zanurzam się w rozpaczy, mroku i braku nadziei na lepsze jutro. No znikąd pomocy.



piątek, 15 listopada 2013

Kiedy sobie to uświadomiłam...

Idąc ulicą nagle przystanęłam. Uświadomiłam sobie coś tak niesamowitego, że aż plasnęłam się w czoło! A o co chodziło?

Często bywa tak, że zmierzając gdzieś zastanawiam się nad różnymi rzeczami. Rzeczonego dnia myślałam o swoim braku konsekwencji w czymkolwiek. Postanowień to mam milion, ale z wykonaniem bywa trudniej. Cud, że nie poddałam się z dietą, nie mówiąc już o ćwiczeniach.

Jednym z większych wstydów, bo publicznych, to moja Akcja Optymizm, która skończyła się po...dwóch dniach (o akcji poczytasz tutaj i tutaj). I już miałam kajać się za tę publiczną porażkę, kiedy stwierdziłam, że wprost przeciwnie! To nie była porażka! To był w przewrotny sposób dowód sukcesu!

Nagle uświadomiłam sobie, że między pozytywnym myśleniem, a wyprowadzką z domu może zachodzić związek przyczynowo-skutkowy. Nie myślałam pozytywnie tylko o samym odchudzaniu. Ogólnie pozytywnie nastrajałam się do siebie i świata. Potem akcję zarzuciłam, bo nie miałam do tego głowy. Wiadomo - taki ogrom szczęścia nie zdarza się na co dzień ;).

Wyprowadzka, oprócz wiadomych skutków, miała również ogromne znaczenie dla mojego komfortu psychicznego. Odsunęłam natrętne myśli od pewnego pana, który na szczęście obecnie w ogóle mnie sobą nie zajmuje. Do niego też pozytywnie nastrajałam się. Jak widać los bywa nieprzewidywalny, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Coraz częściej myślę, że jest jednak pewna Moc, która nade mną czuwa, bo to wszystko ma jakiś cel. Nie odgadłam jeszcze celów wszystkich wydarzeń w swoim życiu, ale może za kilka lat...

kocham tego psa :D

Teraz wracam do akcji. Od wczoraj myślę o swoich znikających komórkach tłuszczowych i staram się odsuwać złe myśli. Celem akcji też jest zapomnienie o M. i powrót do stanu nirvany :). Jak na razie nic ciekawego się nie wydarzyło, chyba, że wydarzyło się, a ja uświadomię to sobie za pół roku.

wtorek, 12 listopada 2013

"Nowy"

Do naszego "skromnego" grona tytanów treningu funkcjonalnego dołączył nowy osobnik.

Nie zwróciłam na początku na niego uwagi. Ot zwykły chłopak ok. 25-letni, sylwetka normalna, wygląd normalny. Wiadomo, nie będę przecież przyglądać się, w końcu nie po to tam przyszłam.

Okazało się jednak, że Nowy skrywa w sobie ciemniejszą stronę mocy...


Trening u J. jest bardzo intensywny od samej rozgrzewki, a potem jest już tylko gorzej (ciężej). Kiedy przyszło do pompek Nowy zaczął...jęczeć. Ale tak jęczeć, że w życiu czegoś takiego nie słyszałam :P Prawdę mówiąc rozpraszało mnie to i zamiast liczyć ilość powtórzeń słuchałam jęków, "ufów" i "achów".

Najlepsze było na koniec. Wpadł na chwilę syn któregoś z panów i zadał pytanie konspiracyjnym szeptem: "tatooo...a kto wydaje takie dziwne dźwięki?"

Równie konspiracyjnie parsknęłam pod nosem.

czwartek, 7 listopada 2013

Człowiek trochę schudnie i same problemy z tego...

No dobra, do Miss Polonia (czy choćby nawet Miss Koziej Wólki) mi daleko, ale co jakiś czas pokręci się jakiś facet przy mnie.

Będąc osobą sporo grubszą snułam marzenia, że jak tylko schudnę (co oczywiście zrobię w rok-dwa i będę piękna i szczupła) to znajdę wielką miłość, albo najpierw sobie poflirtuje z kilkoma - najlepiej naraz - bo w końcu czemu nie. Kiedyś będę chudsza, bardziej pewna siebie i nie będę bała się rozbieranych randek. Grubas oczywiście może tylko pomarzyć, bo przecież wówczas to nawet mi do głowy nie przychodziło żeby cokolwiek z kimkolwiek...

Oczywiście rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nie mam pewności siebie flirciar, a niska samoocena spowodowała, że jestem łatwym łupem egocentrycznych dupków, którzy chcą sobie podnieść samoocenę czyimś kosztem :).

Nie rozumiem ich. Niby są prości, ale zwodzą baby na każdym kroku. Najgorsze, że każda potem mówi: nic na to nie wskazywało! Ale to nie prawda. My po prostu przymykamy oko na niektóre sprawy myśląc: ostatecznie wszystko się ułoży.

Taaa...jasne.

Dziś czuję dumę połączoną ze wstydem. Rozprawiłam się z M. z czego jestem dumna, ale wstyd mi, że w ogóle się dałam tak długo zwodzić. Kontakt jednak na razie muszę z nim utrzymać, bo jeszcze ma mi oddać mojego pendrive'a, którego przekaże A. Mnie oficjalnie w mieście nie ma. Potem kontakt urywam. Taki mam przynajmniej plan ;).


I tak sobie myślę. O ile prościej było być grubasem. Zamknięta w obtłuszczonej skorupie miałam niezłą wymówkę czemu nikogo nie poznałam. Teraz ta wymówka nie działa i coraz częściej słyszę: jak ty ślicznie wyglądasz, zabieraj się do roboty, bo od facetów to się pewnie nie odpędzasz!

A mnie ogarnia przerażenie. Czytam porady, co tu zrobić żeby takiego utrzymać przy sobie. Że kobieta musi być tajemnicza, nie oddawać siebie na tacy, stosować różne sztuczki, gierki, powłóczyste spojrzenia, niewinne uśmiechy, czasem brać na przetrzymanie...

Serio?? Każda musiała takie rzeczy robić żeby zainteresować sobą faceta? A może zbyt idealistycznie podchodzę do tematu myśląc: jeżeli to ma być "to", to na pewno będziemy razem bez tych sztucznych gierek i skoro nie wyszło, znaczy, że tak miało być...

wtorek, 5 listopada 2013

Tak na szybko - porada dla trenujących

Wczoraj miałam test sprawnościowy w swoim fitnessclubie. Robimy to raz w miesiącu - burpees, brzuszki, przysiady i pompki na czas.

Niestety nie znam swojego progresu, bo w zeszłym miesiącu mnie nie było - spotykałam się z M., którego oczywiście traktowałam jak kogoś ważniejszego od jakichś głupich treningów...

Trudno. Za to w porównaniu z innymi chłopakami (na treningi funkcjonalne chodzę jako jedyna kobieta) stoję na naprawdę wysokim poziomie. Powiem więcej, w ciągu 20 minut (+ przerwy między kolejnymi ćwiczeniami) zrobiłam 100 pompek, 65 burpees, 160 przysiadów i 90 brzuszków ;). Ok pompki robiłam damskie, do przysiadów też się jakoś nie przykładałam (poszłam na ilość, a nie jakość...), ale resztę wykonywałam tak jak trzeba. Skutek jest taki, że dziś mnie masakrycznie bolą ramiona i brzuch.

Pan, który ćwiczył ze mną stwierdził, że siara na maksa, że baba zrobiła więcej od niego. No dobra, po niemal roku chodzenia na ćwiczenia mogę przyznać - kondycję mam naprawdę niezłą. Gorzej z wagą.

Najśmieszniejsze były czwartkowe pomiary na wadze pokazującej skład masy ciała. To też robię raz w miesiącu i wyszło, że schudłam ok. 1,5 kg. tłuszczu i...przytyłam 1,5 kg. mięśni + trochę wody. Stąd przestój wagi.

Z drugiej strony cieszę się, że masa mięśniowa rośnie, a nie maleje, jak to bywa przy diecie odchudzającej. Ciekawa jestem ile by mi mięśnie urosły gdybym była "na masie" :P

I porada na koniec. J. - mój trener, stwierdził, że zamiast robić cardio po - lepiej robić przed treningiem. W związku z tym następnym razem będę przychodzić pół godziny wcześniej i chodzić na bieżni, albo latać na orbitreku.


środa, 30 października 2013

Nerwy w konserwy i na eksport

Ostatnio sporo czytałam na temat kortyzolu - hormonu stresu. O istnieniu samego hormonu wiedziałam mając 16 lat - wtedy badania wykazały, że mam za wysokie stężenie kortyzolu i poradzono mi: "nie stresuj się tyle".

2 tygodnie później powtórzono badanie, a że był okres wakacji - kortyzol wyszedł mi w normie.

Dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo ma on duże znaczenie w procesie odchudzania. Powoduje zwiększenie stężenia glukozy we krwi, kumuluje tłuszcz, a przy długotrwałym nadmiarze - powoduje m.in. otyłość brzuszną. Jednym słowem - trzeba uważać i nie narażać się na nadmiar stresu - tego fizycznego, jak i psychicznego.

Dziś zresztą byłam u dermatologa, opowiedziałam mu o swojej wysypce na ręce, która wyglądała jak alergiczna, a on na to: to mógł być wynik silnego stresu, jak utrata bliskiej osoby, czy zawód miłosny.

Na to drugie stwierdzenie uśmiechnęłam się pod nosem...wygląda na to, że jestem uczulona na facetów :P

No, ale wracając do tematu ;). Dla organizmu stres to nie tylko strach przed kartkówką, zabiegiem dentystycznym, czy hmm...zawód miłosny. Stresem dla organizmu jest również nadmierny wysiłek fizyczny, czy nieodpowiedni pokarm alergizujący i powodujący stany zapalne.

Nad stresem fizycznym już zaczęłam pracować. Przede wszystkim zapytałam dwóch trenerów, czy ćwiczenia 5x w tygodniu to nie za dużo. Mam pracę siedzącą, często jeżdżę rowerem, a wieczorami morduję się pompkami, przysiadami i innymi wypadami (o tym co i ile ćwiczę znajdziesz tutaj). Oboje stwierdzili, że to nie jest za dużo, a Ł. dodał, że na razie niczego w programie treningowym nie zmieniamy. No więc nie zmieniam :).


Jeśli chodzi o moją dietę...tu wprowadziłam rewolucję. Co prawda wyniki testów alergicznych wykazały, że nie jestem absolutnie na nic uczulona, ale mimo wszystko doszłam do wniosku, że powinnam unikać mleka (laktozy) oraz glutenu (produkty zbożowe). Możliwe zresztą, że mam ukrytą alergię na kazeinę, bo wysypka mi zniknęła po wywaleniu z diety odżywki białkowej z kazeiną. Niestety takie zwykłe testy alergiczne nie zawsze wykazują na co jesteśmy uczuleni. 

Gluten wywaliłam pod wpływem mądrości diety paleo, która wyklucza wszystkie przetworzone rzeczy i takie, które nie jedli nasi przodkowie. W zamian za to spożywamy "prawdziwe" jedzenie: mięso, warzywa, owoce i orzechy oraz tłuszcze. Jeszcze nie zaczęłam diety paleo, bo stwierdziłam, że ważniejsze dla mnie jest schudnięcie. Na tej diecie nie liczy się kalorii, a znając siebie pewnie przesadzałabym w drugą stronę. Poza tym zostawiłam kasze bezglutenowe. 

W odpowiedzi na pytanie: to jaką mam teraz dietę, odpowiadam: eliminacyjna (bezglutenowa i bezmleczna). Znowu zaczęłam eksperymentować w kuchni, robić mleko roślinne, placki z mąki gryczanej i w ogóle dziwne rzeczy. Uwielbiam :).

Nie zawsze jest oczywiście różowo. Wiele (na prawdę wiele!) produktów zawiera mleko i gluten. W razie głodu na mieście nie wiem co mogłabym zjeść. Chyba tylko orzechy. Nie oznacza to jednak, że już nigdy więcej nie zjem niczego z mlekiem i/lub glutenem. Nie dajmy się zwariować, nie mam silnej reakcji alergicznej, więc raz na jakiś czas można sobie odpuścić :).

Nad stresem psychicznym jest mi dużo ciężej zapanować niż nad fizycznym. Do tej pory nie zastanawiałam się nad skutkami zamartwiania się nad wszystkim. Myślałam sobie: krzywdy tym nikomu nie robię, więc mogę płakać w poduszkę. Teraz jednak uważam, że zdrowie jest najważniejsze. No i schudnięcie ;). 

Nie jest łatwo. Zazwyczaj dobrym wskaźnikiem jest mój sen. Wczoraj na przykład dobrze się czułam, nie myślałam za bardzo o M. (taaa, sprawa jest w toku), aż tu wieczorem dopadł mnie smutek. Myślałam, że dobra tam, to chwilowe i poszłam spać. Obudziłam się o 3 nie mogąc zasnąć. 

I jak tu zapanować nad galopującymi myślami? 

niedziela, 27 października 2013

Każdy jest specem od diety

Nie uważam siebie za guru dietetyczne, ale jeśli chodzi o temat zdrowego odżywiania - trochę się naczytałam i swoje wiem.

Jakiś czas temu u mnie w fitnessclubie zorganizowali wykład na temat zdrowej żywności. Pomyślałam - czemu nie? Może dowiem się czegoś nowego. Wykład okazał się dla mnie mało odkrywczy i właściwie umocnił mnie w myśleniu, że o "fitodżywianiu" wiem sporo. Nie był to jednak czas stracony, bo trenerka doradziła mi coś, do czego już od jakiegoś czasu się przygotowywałam, tylko nie byłam pewna skuteczności i celowości. Ale o tym w następnym poście ;) (wiem, wiem, buduję atmosferę niepewności i rosnącego napięcia, że człowiek zasnąć nie może)

Otworzysz moją lodówkę i szafki w kuchni, a zobaczysz same wynalazki i zdrowe jedzenie (oprócz opakowania cukru, które zostawiłam dla gości i butelki oleju rzepakowego, które szkoda mi wywalić). Niejeden dietetyk i lekarz byłby ze mnie dumny.

Oczywiście normalny dietetyk mający ugruntowaną wiedzę na temat odżywiania. Niestety jest wielu szarlatanów, którzy dadzą Ci kartkę z wypisaną dietą przeznaczoną dla każdej osoby z nadwagą, czy otyłością. U jednego zresztą takiego "dietetyka" byłam, dlatego zraziłam się i nie mam zamiaru znowu wyrzucać pieniędzy w błoto. O murowanym efekcie jojo nawet nie będę pisać, bo szkoda słów. 

W każdym razie uwielbiam ludzi, którzy pytają mnie jak tam moja dieta, a potem...doradzają. Jak wiadomo, z różnych powodów waga mi stoi, a każdy grzeszek pokutuje przez kilka tygodni. Pytam więc trenerów, bo do nich mam zaufanie, ale pytających o moje postępy też zasypuję informacjami. A potem żałuję.

Mój kolega też stosuje "dietę". W jego wykonaniu wygląda to tak, że je śniadanie o 12, potem obiad o 16 i...tyle. Razem to wychodzi ok. 1000-1200 kcal. Do tego sporo ćwiczy. Oczywiście opieprzałam go z góry na dół, że metabolizm, że zdrowie, że jojo, ale on twierdzi, że skoro chudnie to dieta działa. Moja za to jak widać nie działa, więc może powinnam spróbować jego.

Raz nawet zapytał mnie o moje menu, więc mu wyjaśniłam co i kiedy jem będąc bardzo z siebie dumna. Ten skomentował to tak: Lol! Ty jesz dużo za dużo! To ma być dieta, a nie jedzenie co 3 h.

Ręce mi opadły i w kilku krótkich żołnierskich słowach pogoniłam go. Więcej do tematu nie wracaliśmy ;).

Wczoraj za to poszłam na zajęcia do Ł., który opracował mi plan treningowy. Chciałam poćwiczyć i zapytać czy kontynuować trening, czy coś zmieniamy. Na sali byłam tylko ja i jedna starsza, ale bardzo energiczna kobieta. Złapałyśmy kontakt, więc jej trochę "pomarudziłam", że chodzę na ćwiczenia regularnie, tylko mi waga coś nie spada. Ta okazała się instruktorką zumby, więc tym bardziej ucieszyłam się, że może dowiem się czegoś ciekawego.


Taaa...instruktorzy też nie zawsze wykazują się wiedzą. Kobieta stwierdziła, że ona przez całe swoje życie utrzymuje wagę 50 kg., bo jak zobaczy +2 kg. to momentalnie rzuca jedzenie i przez tydzień żyje na...soku pomidorowym. O zgrozo doradziła mi to samo. Powiedziałam jej, że mam trochę więcej wagi do zrzucenia i musiałabym na takim soku żyć przez kilka miesięcy, a potem jojo murowane. Ona za to: no tak! Bo wróciłabyś do jedzenia! A myślisz, że jak modelki żyją?

Echo opadającej mojej szczęki pewnie długo rozbrzmiewało w salach klubu.

Najlepsze jednak było przede mną. Spotkałyśmy się znowu przy recepcji, gadamy z recepcjonistką, ja w końcu mówię, że lecę do domu, bo jestem głodna, a ta do mnie: jesteś na diecie i jesteś głodna?

Ja na to, że jest już godzina obiadowa i chcę zjeść obiad. Wychodząc jeszcze słyszałam jak za mną wołała: ale chudy kurczak i kapka ryżu!

I pomyśleć, że taki sok pomidorowy ta baba mogła doradzić niejednej zagubionej dziewczynie, która po roku obudziłaby się z większą nadwagą niż startową...

wtorek, 15 października 2013

Jesienna chandra powoli mija

Zauważyłam, że od kilku dni mam raczej lepszy humor, niż gorszy :).

Na pewno na poprawę humoru zadziałało kilka czynników. Po pierwsze - przesilenie jesienne minęło i mamy w pełni piękną, złotą polską jesień. Codziennie jeżdżę rowerem po swojej okolicy i nie mogę się zachwycić.

Po drugie ten "kolega" o którym Ci pisałam zrozumiał swoją gafę i przeprosił. Dzięki Wam uprzytomniłam sobie, że na pewno wyglądam lepiej niż na tych starych zdjęciach, bo przecież cały czas ćwiczę. Co nie zmienia faktu, że tak nie powinien mówić i...powiedziałam mu to.

Było to coś niebywałego, bo zazwyczaj jak ktoś wyśmiewał moją sylwetkę to przełykałam gorzkie łzy poniżenia i zamykałam się w sobie, to znaczy nie odzywałam się więcej do tej osoby cierpiąc po cichu w swoich czterech ścianach. Tym razem pomyślałam, że przecież też jestem takim samym człowiekiem godnym szacunku jak i każda inna osoba i powinnam o to walczyć. Wiem, że niektórzy mogą to odczytać jak jakieś farmazony, bo co złego jest w powiedzeniu "grubo wyglądasz na tych zdjęciach", ale mnie to zabolało i mam prawo żądać przeprosin.

No, ale żeby nie było, że ja znowu same dramaty. Samoocenę poprawiłam w...Warszawie. Pojechałam na weekend do kumpla geja (głównym powodem były 3 wystawy, a jego to tak przy okazji odwiedziłam), który obczajał w metrze wszystkich chłopców dookoła przy okazji wspominając ilu to gości wyhaczyło mnie i pożerało wzrokiem :D

Stojąc w tym metrze zmęczona po 5 h. jazdy autobusem stwierdziłam - ha, still hot as fuck :P Pewnie też czułam się lepiej, bo brzuch powoli mi się zmniejsza i ciasnawy płaszczyk już nie jest tak ciasny :).

W każdym razie powoli ponownie dochodzę do duchowej harmonii. Dieta idzie rewelacyjnie, cały czas ćwiczę, nic ino się cieszyć :).

wtorek, 8 października 2013

Bolesne przypomnienie, że wciąż jestem gruba

W życiu każdego odchudzającego się nadchodzą kryzysy. Wynik najgorszego chyba to usiąść na laurach.

Fakt, chyba trochę osiadłam na laurach. Niby nie było powodu, bo jestem dopiero w połowie odchudzania, ale tak zachwyciłam się swoją "nową" sylwetką, że powoli traciłam cel z oczu korzystając z dotychczasowych osiągnięć.

Powiem więcej. Czasami zapominałam, że dalej jestem po prostu gruba. Wiesz, te randki, te piwka na ławce, spódnice, sukienki, ciuszki z sieciówek (nie XLki) itd., spowodowały, że dieta zeszła na dalszy plan.

Niedawno pisałam o tym, że waga, lekarz itd. sugerowali, że jestem po prostu otyła, obtłuszczona i w ogóle zawał, ale nic tak nie otrząsa jak opinia drugiej osoby.

Przed chwilą gadałam z kolegą, którego poznałam przez internet (jak i po co to nieważne, bo to długa historia :P). No i on nagle stwierdził, że wie, że dużo schudłam (bo mu opowiadałam, nie znamy się osobiście), ale mogłabym zaktualizować swoje zdjęcia na Facebooku, bo witki opadają i wszystkiego się odechciewa. Tyle tylko, że te, które komentował są z marca/kwietnia, kiedy ważyłam tyle samo co teraz...


A co do mojej diety i wagi, bo coraz więcej osób w komentarzach wyraża wielkie zainteresowanie: waga dalej waha się w okolicy 88-90 kg. (mam 164 cm. wzrostu). Dalej walczę, dużo ćwiczę i dużo pije wody, co przynosi niezły efekt, bo cellulit wyraźnie zmniejszył się i jest widoczny tylko przy uszczypnięciu skóry! W ogóle nogi mi się wysmukliły, są gładkie, ładne, tylko ten brzuch...