Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Gatunki ludzi

Na pierwszy rzut oka ludzi klasyfikuje się ze względu na wygląd. Ten chudy, ten gruby, tamten biały, a ten tu czarny. Gdzieś tam widzimy rudego, zezowatego, z kręconymi włosami czy niebieskimi oczami.

Wyższy poziom jazdy to pierwsze wrażenie, charakter. Ta zabawna, ten zamknięty w sobie, ci poważni.


Gdyby zamknąć nas w te klasyfikacje, łatwo byśmy dobierali się w grupy podobnych do siebie osób. Wysocy i poważni z wysokimi i poważnymi, weseli z wesołymi itd. Łączyć może też hobby. Relacje z najbliższym mi otoczeniem pokazują jednak, że to nie wszystko.

Pracuję w pokoju z sześcioma zupełnie różnymi (jak to w życiu bywa) osobami. To moje najbliższe otoczenie przez jakieś osiem godzin dziennie. Na jedną z dziewczyn ciągle warczę (eh, wstyd przyznać), z inną ciągle śmieję się, kolejna jest miła, ale czasem walczę z irytacją, następna jest mi obojętna, inną bardzo lubię, ale ona chyba czuje do mnie dystans, ostatnia za to żadnej z nas nie lubi ;). W szóstkę (ta jedna separuje się od nas) tworzymy team wspaniałych kobiet, które chodzą ze sobą na obiad i dyskutują na każdy temat. To co mnie zastanawia to relacje pomiędzy nami wszystkimi.


W większości jesteśmy wrażliwe i wyczuwamy nastroje innych czy mniej lub bardziej wnikamy wgłąb siebie. Jedna z nas ma szczególny dar i dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Uważa ona, że niewidzialna nić porozumienia jest między dwoma dziewczynami, z których z jedną najbardziej się dogadywałam i uważałam, że to właśnie ona jest moją bratnią duszą. Poczułam się odrzucona i samotna i zaczęłam zastanawiać się, to kto właściwie mógłby zostać moją bratnią duszą.

Co do bratnich męskich dusz, często dokonywałam pomyłek. Myślałam, że nim jest M., dlatego na początku entuzjastycznie do niego podchodziłam, a później poczułam się tak zraniona i odrzucona, że długo dochodziłam do siebie. Niedawno zresztą moja wspaniała koleżanka przeżyła kolejne rozczarowanie miłosne, tym mocniejsze, że też myślała, że znalazła w końcu tego jedynego, z kim doskonale dogadywała się.

Ostatnio zresztą u psycholki wyszedł temat M. Nie rozmawiałam jeszcze z nią na jego temat, bo czuję, że jeszcze nie mam dość siły i odwagi, by stawić czoło demonom przeszłości. Wczoraj jednak wpadłam na pomysł jak tłumaczyć takie pomyłki.



Otóż gdzieś w środku nas drzemią różne gatunki zwierząt. Ja jestem tygrysem (potwierdza to mój horoskop chiński :P) i M. mogłam pomylić z nie wiem, wilkiem czy innym lisem. Mogłam się pomylić? Mogłam! Swój gatunek ciężko określić, a co dopiero czyjś. To, że wilk nie chciał tygrysa to nie dlatego, że tygrys jest zły (wprost przeciwnie! Fuckin majestic!), tylko po prostu...nie ten gatunek.

Uff...jaka ulga.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Wracam do początku

Myśli, które przewijają mi się w głowie są podobne do tych na początku odchudzania. Zataczam koło...

Dziś zastanawiam się między innymi nad swoją główną motywacją odchudzania. Jak być może pamiętasz, kiedyś pisałam, że moim cichym motorem napędzającym odchudzanie było znalezienie chłopaka. Być może rozczarowanie czymś na co niekoniecznie mam wpływ spowodowało, że wszystko się posypało. Mowa oczywiście o M.


A'propos M. Na całe szczęście zdystansowałam się do niego i nawet mogłam mu powiedzieć, że wydawało mi się, że niedawno ze mną flirtował. Odpowiedź znowu zbiła mnie z pantałyku. Otóż M. stwierdził, że zupełnie nie to miał na myśli i był po prostu...miły, a ja mam problem z interpretacją znaków. Na koniec zresztą M. przyznał, że takich idiotek jak ja ma więcej, wszystkie mentalnie kastruje i sprowadza do roli swoich przyjaciółek, a on biedny otoczony wianuszkiem fanek, nie rozumie dlaczego one wszystkie się na niego fochają (ok, nie przytaczam jego słów literalnie ;p). Wkurwiłam się nie na żarty i...wszystkie jego zalety zostały przysłonięte przez zalewającą mnie krew i trafiający szlag.

Do tej pory miałam chyba jakieś dziwne poczucie wyjątkowości (jedyna w nim nieszczęśliwie zakochana?), ale kiedy okazało się, że nawet w tym nie jestem wyjątkowa to...przestało mi na nim zależeć. Bum! Koniec dramatu. Kurtyna.

Z tą zalewającą mnie krwią i trafiającym co rusz szlagiem pojechałam wczoraj na Śląsk na groby dziadów, pradziadów i prapradziadów (!) ze strony mojego ojca. Modliłam się wyjątkowo długo do jednego prapradziada, do którego czuję ogromną sympatię i chyba nawet jego krew płynącą w moich żyłach, po tym jak usłyszałam, że był powstańcem, komunistą i uciekał przed sądem aż do Chin (od razu wyjaśniam ewentualne niejasności - nie, nie jestem komunistką ;)).

Wracając do dziadów. Stałam nad tymi grobami i błagałam ich, żeby dali mi mądrość w znalezieniu odpowiedniego chłopa, albo chociaż wybili mi to z głowy. No i żebym schudła. W zeszłym roku prosiłam o to żeby robili co trzeba i co uznają za słuszne w sprawie M. bo jestem załamana...po roku doczekałam się, więc liczę na nich i w tej sprawie. Swoją drogą moi przodkowie muszą mieć ze mną przerąbane, wiecznie przyłażę i czegoś od nich chcę ;).

Po zapaleniu świeczek pojechałam z ojcem do ciotki i kuzynek na kluski śląskie. Jedna z kuzynek jest do mnie chyba podobna z charakteru, czyli "śląska dziołcha", dosadna, zabawna i bardzo otwarta, ale i czasem wybuchowa. Zastanawiałam się dlaczego taka fajna, bardzo inteligentna i otwarta babka po trzydziestce nie może sobie znaleźć męża. Zasępiłam się nad kluskami i doszłam do wniosku, że albo brak seksapilu i kumplowskie zachowanie do wszystkich mężczyzn, albo jest za fajna i za mądra, więc odstraszająca facetów. Płynnie oczywiście przeszłam do siebie i stwierdziłam, że ja to na pewno jestem pozbawiona uwodzicielstwa, bo o spore przewyższanie facetów inteligencją bym siebie nie posądzała, zresztą znam inteligentne dziewczyny, które mają facetów. Właściwie, jak facet mi mówi, że jestem wyjątkowo mądra to zastanawiam się z kim do tej pory rozmawiał, bo ja znam tylko takie jak ja.


W domu zrobiłam szybki research i zapytałam wujka Google, dlaczego faceci widzą we mnie tylko koleżankę. Sobie odpowiedziałam, że to dlatego, że sama u mężczyzn najpierw szukam przyjaciela, ale wujek nie pozostawił mi złudzeń i podrzucił kilka artykułów, w których dużo mężczyzn pisało, że jeżeli masz zainteresowania i trochę oleju w głowie to może chodzi o...wygląd i trzeba po prostu wziąć się za siebie (ładnym i mądrym zostało obniżenie wysokich wymagań).

Momentalnie łzy mi stanęły w oczach i zaczęłam myśleć, że no pewnie, żeby ktoś w ogóle zainteresował się mną, muszę schudnąć, inaczej to wszyscy będą mnie traktowali jak kumpelę, im szczuplejsza tym jestem bardziej pewna siebie, więc zaczynam już od dziś i w Kanadzie jakoś to pójdzie, znajdę faceta, wszystko się ułoży, będzie...



Stop. Znów formułuje sobie zewnętrzną motywację. Zadałam więc sobie pytanie: gdyby teraz stanął przede mną jasnowidz (hipotetycznie mówiący prawdę i tylko prawdę :P) i powiedział: "nie znajdziesz faceta, nawet jeśli będziesz wyglądać jak modelka" to co by było powodem odchudzania? I czy w ogóle wtedy chciałabym schudnąć?

Pierwszą odpowiedzią, która by każdemu nasunęła się to oczywiście zdrowie. Gorzej, jeśli chora nie jestem i jakoś żadna z dalekich i możliwych chorób mnie nie straszą. Po prostu zdrowie to nieoceniona zaleta, ale mnie - jako osobę zdrową - nie motywuje. Nie staje się wielkim pragnieniem i moim "dlaczego". Pragnienie za to znalazłam w swoim hobby.


Chcę schudnąć, aby bez problemu, szurania kolanem po brzuchu i straszliwej zadyszki wspinać się po górach, nauczyć się nurkowania, pojechać na kilku- dniową/tygodniową wyprawę rowerową (samodzielną), nauczyć się jazdy na nartach w Kanadzie (za horrendalnie wielkie pieniądze wpłacone pośrednikowi będę miała możliwość nauki jazdy na nartach i snowboardzie), a także w końcu wybrać się na piechotę do Santiago de Compostela drogą św. Jakuba.

To są moje nowe powody odchudzania i teraz zamiast ważyć się i mierzyć, będę podnosić wydolność/gibkość i sprawność. Pal licho urodę i męża.

czwartek, 23 października 2014

O ludzie! Na jakim ja świecie żyję?

Bo na pewno nie na tym samym co M.

Jak już wspominałam, odnowiłam kontakt z M. (ja sama, bez niczyjego nakazu, ani nawet sugestii, uczyniłam to tymi oto rękoma przy pomocy tego oto mózgu).

Przedstawiłam Ci całą historię z M. ze swojego punktu widzenia (bo czyjego innego?) Sprawa ta przez około pół roku była na liście priorytetów do przemyślenia, a umysł mój zajmowała przez większość dnia. Tak skupiłam się na własnych odczuciach, że zapomniałam, że ktokolwiek jest po drugiej stronie.

Rzeczonego okresu miałam oczywiście przebłyski inteligencji i co jakiś czas zastanawiałam się jak całą tę historię widzi M. ale nigdy go o to wprost nie zapytałam, bo skoro dla mnie to było tak super ważne, to dla niego pewnie też. Poza tym bałam się odpowiedzi.

Wczoraj jednak zapytałam go czy dla niego to nie dziwne, że znowu ze sobą rozmawiamy, widujemy się itd? Ten nie zrozumiał pytania, ja zaczęłam się plątać w zeznaniach przebąkując coś o wstydzie itp. ale ten dalej nie rozumiał mojego toku myślenia.

W końcu zapytałam czy nie dziwi się temu, że mimo tych wszystkich afer i kwasów dalej potrafimy rozmawiać. Jego odpowiedź mnie zabiła.

- Jakich kwasów?

Kubeł zimnej wody. Moje aferki, obrażanie się, płacze, bóle duszy itd. itp. niekoniecznie muszą być dla drugiej strony ważne czy dostrzegalne.

Jestem tak skupiona na swoim wewnętrznym przeżywaniu, że bożego świata nie dostrzegam. Jak tu wrócić do rzeczywistości?

sobota, 18 października 2014

SMS, który nie doszedł

"Czasem po prostu brakuje mi towarzystwa. Kogoś z kim pooglądam film, albo zwyczajnie posiedzę w milczeniu". Napisałam tego smsa do przyjaciółki, ale potem stwierdziłam, że w piątek wieczór nie będę narzucać siebie i swoich problemów.

SMS szybko został skasowany, a ja zaraz potem dopadłam laptopa i zaczęłam pisać.


Samotne piątkowe wieczory to dla mnie żadna nowość i do tej pory nie przeszkadzało mi to. Wieczory zapełniałam filmami, serialami, książkami, fitnessem, albo nawet zwykłym leżeniem i bujaniem w obłokach. Lubiłam też planować wyjazdy, wykonywać drobne naprawy w domu, gotować albo nawet wywieszać pranie, by chwilę później z lampką wina napawać się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Wszystko to jednak robiłam w swojej kawalerce, za którą bardzo tęsknie. W domu pełnym ludzi mam podwójne poczucie osamotnienia, a moje drobne przyjemności tracą sens.

Ironią losu jest to, że od jakiegoś czasu dużo czytam o tym, że to poczucie pustki, osamotnienia itd. często ludzie (a zwłaszcza kobiety) chcą zapełniać innymi osobami, chociaż cudownym lekiem powinna być samowystarczalność i niezależność. Dziś leżąc w łóżku mam ochotę walnąć w łeb autora tych mądrości i wykrzyczeć swoją frustrację: Super rada, ale jak tego kurwa dokonać!


Z tego wszystkiego (+ przy okazji szczypty tęsknoty) napisałam do zawsze-online M. (więcej o nim tutaj). Wyobraziłam sobie, że po trudnej wspólnej historii, jeżeli oboje będziemy tego chcieli, możemy zbudować wspaniałą przyjaźń, bo tego mi najbardziej brakowało, a że miałam za pasem Kanadę, to mniej bałam się, że znowu się zakocham.

Teraz z dystansu widać jak bardzo się myliłam. Inaczej widać nie mogłam. Ciągnie mnie wciąż do niego i chociaż po odnowieniu naszej znajomości nic złego nie stało się, wiem, że pewne uczucia ot tak nie mijają. Zrozumiałam też, że choćbym stanęła na głowie i nie popełniała żadnego poprzedniego błędu, on mnie nie pokocha.


13 października napisałam tak:

Miłość to emocja, niewiele mająca wspólnego z rozsądkiem.

Rozsądek nie przychodzi też z rozczarowaniem, bo jak tu mówić o rozsądku kiedy płyną łzy? Tylko potem sobie myślę: czego spodziewałaś się dziewczyno? Myślałaś, że za drugim razem będzie inaczej? 


Dla pocieszenia sobie powiem: trudno. Zakochałam się. Mam prawo.


Ps. Po napisaniu kilku słów od razu mi ulżyło. SMS też w końcu doszedł. 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Wyobraźnia a rzeczywistość

Wczoraj - jak co jakiś czas - popadłam w melancholię. No wiesz, z nudów, no i pogoda jakaś nie taka... aaa nieważne.

Wyjazd do Kanady już na 100 proc. został odroczony na sezon zimowy, czyli do...listopada. Nie mam pracy, nie schudłam tyle ile chciałam, miłości nie znalazłam, generalnie blog jest o moich porażkach życiowych :D


Wczorajsza niedziela była ciężka. Wiedziałam, że w poniedziałek pójdę do sklepu rozmawiać z kierowniczką, która raczej miała mnie zatrudnić w charakterze kasjera, albo kogoś podobnego, więc siedziałam u rodziców w domu i rozpaczałam nad swoją przyszłością, że będę najgorszą kasjerką z gradową chmurą nad głową i do każdego klienta będę mówiła znudzonym tonem: "czego?", "co osoba chciała?" lub ewentualnie: "co osoba tyle tego nabrała", albo: "w niedzielę to się do kościoła chodzi, a nie do sklepu!"

Żeby tego było mało...na koniec dnia dowiedziałam się, że M. chyba znalazł sobie dziewczynę (pokrętną drogą, nie pytaj), więc oczywiście jak na dziewczynę, która dawno sobie dała z nim spokój - rozpłakałam się i przypomniałam sobie wszystkie najgorsze z nim momenty. Tak dla otuchy.


Oczywiście pewną pociechą jest to, że tak czy siak polecę do tej Kanady, tylko zastanawiałam się, za jakie grzechy muszę tyle czekać i czemu nie może być idealnie, czyli do Kanady poleciałabym na początku maja, ważąc 60 kg. i zostawiając rozpaczającego za mną M., który już nigdy w życiu by się po mnie nie pozbierał, ja za to w tej Kanadzie robiłabym błyskotliwą karierę i wróciła po roku z przystojnym kawalerem :P

W poniedziałek za to okazało się, że - jak to zwykle w życiu bywa - tak źle nie jest. Dostałam z samego rana telefon z firmy, która bardzo mi się podobała, ale nie wierzyłam, że dzięki swoim umiejętnościom mogłabym znaleźć pracę w państwie, w którym najlepiej jest mieć duużo dobrych znajomości. W każdym razie odebrałam telefon i przygotowując się na standardowy tekst w stylu: "Pani aplikacja była na bardzo wysokim poziomie, ale jednak znaleźliśmy kogoś bardziej odpowiadającego naszym wymaganiom" usłyszałam: "proszę się stawić do pracy jutro na godzinę 9 rano".

Poczułam się jakbym wygrała milion dolców. Życie jest jednak piękne!


Ps. Może nawet odważę się zważyć i do Kanady wylecieć szczuplejsza? Nic w końcu straconego, aczkolwiek nie łudzę się, że nie przytyłam...w końcu przez 2 miesiące nie trzymałam równo diety, co prawda mieszczę się we wszystkie swoje ciuchy, ale i tak podejrzewam, że z pięć kilogramów poszło do góry.

sobota, 19 kwietnia 2014

Przyczyna bólu duszy

Korepetycje mi się kończą, z A. od dawna nie spotykam się, ani nie rozmawiam, pracy jak nie miałam tak nie mam, ambasada nadal milczy...a ja? Zaczynam odczuwać kryzys egzystencjalny.

W środę przyszłam do swojej psycholki i ledwo usiadłam, a ta zapytała co to za mina. A minę miałam zapewne z lekka zblazowaną. Od dłuższego czasu nic mnie nie emocjonowało, a zakończenie relacji z A. nie wydawało mi się nawet godne opowiedzenia.


Historia z ambasadą spowodowała jedyne, że się niemiłosiernie wkurwiłam, a potem oklapłam i z apatyczną miną zaczęłam dalej czekać na dalszy rozwój wypadków, a że wpływu na to żadnego nie mam, zaczęłam czuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie.

Z tego wszystkiego zastanawiałam się dokąd zmierzam i "kim ja się kurwa stałam", aż doszłam do momentu w którym stwierdziłam, że nie wiem jaki jest sens mojego życia. To się nazywa weltschmertz i podobnie jak niemieccy poeci z epoki romantyzmu, którzy nie mieli niczego lepszego do roboty, zaczęłam rozważać różne tematy egzystencjalne, filozoficzne itp. W końcu mam dużo czasu, nie?

Wiesz, trudne dla takiej osoby jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie jest wyjątkowa, posiadająca wzniosłe myśli, ani ciekawe przemyślenia, tylko po prostu...nudzi się. A nuda to coś złego, jest źle postrzegana, przecież "tylko nudni ludzie się nudzą". Ja nie mogę się nudzić!

Niewykluczone, że moje huśtawki nastrojowe związane z M. oraz równie dziwna relacja z A. spowodowana była tym, że jestem młoda i potrzebuję wielu bodźców, rozrywki, emocji i wyzwań, które moja poprzednia praca od jakiegoś roku mi nie zapewniała, a zakończenie jej po prostu dobitnie mi to pokazało, bo oprócz braku comiesięcznej wypłaty, niewiele zmieniło się w moim życiu.

Wiadomo, dla każdego ważne jest coś innego, ale to co nas łączy to upodobanie do wyzwań. Ja od jakiegoś roku żadnych realnych wyzwań nie mam, a mój zmęczony nic-nie-robieniem mózg wymyśla farmazony, byle nie zlasować się.

Najgorsze było jednak przede mną. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że jestem niemiłosiernie znudzona, to stwierdziłam, że potrzebuję natychmiast pracy zajmującej mi te 8 godzin dziennie. Niestety...zostałam zmuszona do zejścia z piedestału moich ambicji i obniżyć wymagania dotyczące stanowiska pracy za średnią krajową i aplikować do...sklepów.


To koniec butnej i zarozumiałej Ciam. Zaraz idę na pogrzeb własnej dumy.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Psychopata to może za duże słowo...

Wrócę na chwilę do M. (od razu informuje co bardziej nerwowe jednostki, że nie - dalej z nim nie piszę ;)). Któregoś pięknego dnia, zagaiłam go o to, dlaczego jest tak nieufny do ludzi, czemu podaje możliwie najmniej informacji o sobie i ze wszystkim jest mocno enigmatyczny. Powiedział mi w końcu, że kiedyś miał do czynienia z wariatką, która go prześladowała.

Stwierdziłam wtedy, że przesadza i wymyślił tę historię, żeby wyglądać bardziej tajemniczo. Po poznaniu A. zrozumiałam M. także pod tym względem.


Zerwałam z A. chociaż on ciągle do mnie wypisuje i prosi o to, żebym wróciła. Na początku nawet biłam się z myślami i stwierdziłam, że może faktycznie wrócić, a potem jakoś to będzie? Dobrze, że wygrała myśl, że bardziej egoistyczna bym nie mogła być.

A. próbuje wszystkich chwytów: prośby, subtelne groźby, mówi, że czuje się strasznie i cierpi niewysłowione katusze, by chwilę później proponować mi "układ" mówiąc, że wszystko co do tej pory powiedział było grą, bo on tak naprawdę nie ma uczuć.

Odkąd zwyzywał mnie od suk i kazał "spadać na szczaw", przestałam się odzywać, bo stwierdziłam, że polubownie i bez ofiar nie da się z nim zerwać. Dziś rano z kolei na Facebooku pojawił się nowy filmik, na którym zostałam oznaczona. Był to A. który deklamuje inwokację do mnie.


Wiesz, dla osoby postronnej, nie znającej A. ani nie siedzącej w mojej głowie, to może być proste. A. to wariat, Ciam powinna go rzucić i będzie problem z głowy. Inni z kolei mogą stwierdzić: Boże! Ciam! On Cię strasznie kocha! Drugiego takiego nie znajdziesz!

Dlaczego dla mnie jest to tak trudne? Bo uczucia kłębiące mi się w głowie są sprzeczne. Staram się powiedzieć, że w relacjach międzyludzkich nic nie jest czarno-białe. Z kolei w toksycznych relacjach nie ma stuprocentowych ofiar, ani stuprocentowych katów. Od dłuższego czasu jestem uwikłana w trójkąt dramatyczny: ofiara-kat-wybawca. Na czym to polega?

Raz wchodzę w rolę ofiary, raz kata, a innym razem wybawcy. Rola ofiary może przeistoczyć się w rolę kata, bo będąc ofiarą mogę kimś manipulować, będąc wybawcą mogę być katem, bo uzależniam kogoś od siebie, a będąc katem mogę być jednocześnie ofiarą, bo staram się bronić. Można się bawić do utraty tchu.


Wracam ponownie do pytania: dlaczego weszłam w relację z A? W końcu niemal od początku miałam znaki, że A. normalny do końca nie jest. Tłumaczyłam to sobie, że może to jednorazowy wyskok, a potem, że i tak wylecę z Polski, więc jakoś to się rozejdzie po kościach. A wiadomo, że jak człowiek zaczyna drugiego tłumaczyć, to ma w tym jakiś cel...Wydaję mi się, że problem tkwi w tym, że mam tak niskie poczucie własnej wartości, że ogromne zainteresowanie A. było znacznie podnoszące moje ego. Po zerwaniu poczułam się tak samotnie, że miałam ochotę zadzwonić do niego i powiedzieć, żeby wrócił.

Nie zrobiłam tego jednak, bo jestem świadoma, że A. ponowne zerwanie strasznie by przeżył, a ja - ogromna egoistka, która chce by każdy mnie lubił - stwierdziłam, że nie chcę żeby A. źle mnie wspominał.


Oczywiście mój boski plan diabli wzięli, bo możliwe, że A. i tak będzie się na mnie mścił. Nawet teraz czuję sprzeczne uczucia. Z jednej strony normalne przerażenie, bo co jak zacznie mnie nachodzić? Z drugiej: wyrzuty sumienia i złość na siebie, że sama tego chciałam, a z trzeciej...satysfakcja? Patrzcie: on tak się na mnie zafiksował, że nawet nagrywa dla mnie filmik...

sobota, 22 marca 2014

Jestę ekspertę od związków

Z rana pisze do mnie na Facebooku dawna sąsiadka. Jest ona ode mnie o 2 lata starsza, a zachowuje się jakby była o 10 lat młodsza. To tak gwoli wstępu.

A. znowu ma problem z facetem. Najpierw była cała rozpromieniona jak go poznała, zmieniła od razu swoje zdjęcie profilowe (oczywiście dodała z nim), ale jak zapytałam co to za mężczyzna, to stwierdziła, że nic nie powie, bo nie chce zapeszyć (mam nadzieję, że dostrzegasz absurd).


2 miesiące później A. znowu do mnie pisze, a ja już wiem, że chce się wyżalić (no taki typ kobiety). Jako, że Ciamka nie ma co robić, to wysłucha :).

Po narzekaniu na pracę (a właściwie jej brak) przeszłam do konkretów: - A jak tam ten twój facet się sprawuje? 

Pytanie to było jak woda na młyn.

- Bo widzisz Ciamku, oczekuję od niego inicjatywy, a on ciągle zapracowany i zmęczony...

- I co, rzadko się widujecie? (Ciam już wie o co chodzi, w końcu nie na darmo odrobiła lekcje z M.)

- Tak raz na 7-10 dni, czasem 2 razy w tygodniu.

Dalej zaczynają się wspomnienia z początku znajomości:

- W styczniu się poznaliśmy i powinnam być dalej w skowronkach i nie mieć wątpliwości. Początek był piękny...normalnie ogień! Jednak miesiąc minął i nagle zastój.

Potem było już tylko gorzej, a A. jak to każda "za dobra" kobieta, zaczęła go tłumaczyć:

- Pytałam go czy wszystko OK, ale w sumie to chyba rozumiem w czym problem. Dzisiejsi mężczyźni nie starają się tak o kobiety jak kiedyś. Na początku znajomości starają się, a potem osiadają na laurach. (co baba wymyśli, żeby wytłumaczyć faceta...) Poza tym on jest chyba nieśmiały i wycofany (Uwaga! Czerwona lampka dla Ciam! Nie ma czegoś takiego jak nieśmiałość u faceta, jeśli naprawdę mu zależy to atakuje swoją zdobycz bez pardonu!).


Żeby nie zranić A. i nie podeptać jej biednego, kruchego serduszka, w łagodny sposób powiedziałam jej, że facet ma ją gdzieś. O tym dlaczego, dowiedziałam się już w dalszej rozmowie...Otóż na pierwszej randce A. przygotowała swojemu M. obiad, potem jeździła do niego kiedy on chciał, a jak stwierdził, że musi się wyspać do pracy, to w nocy potulnie wychodziła od niego i wracała do siebie...

I ja ją rozumiem! Przecież sama jeździłam do swojego M. z jedzeniem, zmywałam mu gary i starałam się przypodobać mu. Też tłumaczyłam M., że może został kiedyś zraniony, że jest ekscentryczny, niespokojny duchem i inne pierdoły. Teraz będąc z A. widzę jakie to było głupie.

Przy facecie, któremu zależy, ty nie masz co do jego intencji żadnych (absolutnie ŻADNYCH) wątpliwości i nie musisz nic robić, a już na pewno nie gotować mu obiadu. On jest zachwycony tym, że jesteś. Nie musisz tłumaczyć sobie jego zachowania, nie masz rozterek czy do niego zadzwonić (bo sam to zrobi), ani co tu porobić wieczorem, bo sam wyleci z kilkoma propozycjami, a jak pokręcisz noskiem to wymyśli jeszcze kilka więcej.

Problem niestety polega na tym, że facet stara się, bo widzi, że nie zdobył serca kobiety. Czy w związkach naprawdę zawsze jednej stronie zależy bardziej? I czy jest możliwe zbudowanie związku, w którym obu stronom równie mocno zależy?


Jaka jest dla mnie idealna miłość? Wolna. Wolna od potrzeb, które w większości wykształciły się w dzieciństwie (np. kobieta czuje przymus ratowania alkoholików, bo sama ma ojca alkoholika, którego nie udało się wyprostować, więc odtwarza na nowo trudne sytuacje z dzieciństwa żeby im w końcu sprostać), od lęku samotności, biedy, od konieczności sprostowania ambicjom rodziców, czy swoich, może nawet od potrzeb biologicznych. Czy jest to w ogóle możliwe?

sobota, 15 marca 2014

Kanada, A. i dieta

Moja Kanada ruszyła z kopyta. Nagrałam wideo CV, zdobyłam rekomendacje od byłych pracodawców i...odbyłam rozmowę pre-interview z kanadyjskim menadżerem programu.

Na koniec rozmowy menadżerka powiedziała, że ten etap przeszłam śpiewająco, a ona by mnie wysłała do małego pensjonaciku w parku narodowym, gdzie pracowałabym w obsłudze klienta. Teraz czekamy na wizę, bo dalej ambasada nie wydała wniosków. Potem będę miała rozmowy kwalifikacyjne z konkretnymi pracodawcami.


To szokujące miesięczne opóźnienie ambasady jest zastanawiające. Również dlatego, że A. wciąż ma szansę starać się o wizę, ale jak zwykle same problemy, bo on nawet jeszcze paszportu nie ma. 

Cały czas zastanawiam się, czy ja w ogóle chce z nim lecieć. Czy to jest osoba odpowiednia dla mnie. Czy jest wkurwiająco głupi, czy ujmująco gapowaty. Czy go uwielbiam, czy jest mi obojętny. Waham się i co jakiś czas wymyślam nowe problemy i powody dlaczego nie chcę/nie mogę z nim być. I pomyśleć, że M. dokładnie taki był wobec mnie. Też wyglądał na osobę, która się waha, a ja starałam się go do siebie przekonać. Na szczęście ten etap już za mną :).

W czasie znajomości z A. dwa razy postanawiałam z nim zrywać, albo przynajmniej stopniowo ochładzać stosunki. Ostatnio plan miałam taki, że pomogę mu w znalezieniu nowej pracy (bo on chce znaleźć inną) i jakoś tak nim zakręcę, że będzie musiał zostać w Polsce, bo praca, mieszkanie i generalnie on się z niczym nie wyrobi. A potem nagle lecę z nim do Urzędu Wojewódzkiego i pomagam w wyrobieniu paszportu...


Takie schizofreniczne postępowanie to u mnie norma, do czego doszłam u psychologa. Właściwie to chodziło o mój brak pewności siebie. Zadała mi pytanie, w co u siebie nie wierzę, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że...nie wiem. Wtedy zaczęła mówić to co robię, jaka jestem i że to nijak ma się do tego, co ja o sobie myślę. 

A. zresztą to samo powiedział o mnie. Że mam wahania nastroju, mówię jedno, robię drugie, a myślę trzecie :P Psycholog na szczęście nie stwierdziła u mnie rozdwojenia jaźni, tylko określiła mnie, jako osobę o naturze refleksyjnej. Cokolwiek to znaczy.


Ps. No tak, blog o diecie, a ja pieprze o facetach. Tak, dieta zarzucona, jem kebaby, piję piwo, świętuje Kanadę winem, A. piecze mi pizzę i karmi czekoladkami. Generalnie powinnam teraz ważyć 100 kg. i nie mieścić się w żadne ciuchy. Codziennie wkładam spodnie z lękiem, że się nie dopnę i dopadnie mnie jo-jo. Jeśli chodzi o drogę mojego odchudzania, to właśnie przystanęłam i zrobiłam krok w tył. Pocieszam się myślą, że odpoczynek od diety przyda się każdemu, że przecież i tak od roku walki waga mi stoi, ale oczywiście napawa mnie lękiem myśl, że przytyję i szlag trafi całe moje odchudzanie. Potrzebuję chyba bodźca...

czwartek, 6 marca 2014

Jestem facetem

Miałam różne przygody z facetami. Do tej pory to ja zamartwiałam się, płakałam w poduszkę i denerwowałam niepewnością. Teraz czas na związek, w którym pełnię rolę faceta. Jemu zależy bardziej.

Na początku spotkań z A. było świetnie. Czułam się odurzona, zachwycona jego zachwytem, opływałam się w komplementach, karmiłam upojnym szczęściem, jego troską i zaangażowaniem, które caaały czas mi okazywał, ale po kilku dniach przyszedł czas na myślenie. No, ale od początku.


To prawda, znam A. krótko. Prawdą jest też to, że jestem infantylna i zachowałam się bezmyślnie rozmawiając z nim na temat "dalszej przyszłości", o której zresztą wspomniał bardzo szybko. A. bardzo szybko się zaangażował dając temu wyraz wpadając w panikę kiedy zgubiłam telefon.

Cały czas podkreśla, że potwornie mu na mnie zależy, że najchętniej to by zamieszkał ze mną (ma własne mieszkanie) i że razem polecimy do Kanady, bo on też chce. Zastanawia się gdzie razem polecimy na wakacje, co zrobimy na rocznicę (!!!!!) i daje mi do zrozumienia, że to mega ważny związek, który - jak wszystko dobrze pójdzie - zakończy się ślubem (co nie skomentowałam, bo bez jaj...O_o)

Nagle zrozumiałam M. i wszystkich facetów, z którymi łączyła mnie jakaś relacja. Zrozumiałam dlaczego oni mnie odrzucali. Nie dlatego, że jestem brzydka, gruba, czy głupia. Po prostu zachowywałam się podobnie jak A. Desperacja drugiej osoby może naprawdę odrzucić...


A ja? Ja pojechałam do koleżanki i zastanawiałam się przez chwilę jak się go pozbyć. Potem przypomniałam sobie rozmowę z psychologiem, która powiedziała: "czy Pani wie, dlaczego zakończyła relację z M? Bo zrobiła Pani bilans zysków i strat. Wyszło więcej strat niż zysków."

Przykro mi o tym pisać, bo chciałam zachować w sobie romantyzm, który mnie niejako określał. Nigdy nie sądziłam, że będę robić chłodne kalkulacje w stosunku do kogokolwiek. Zrobiłam jednak szybki bilans zysków i strat związku z A. i z ulgą podjęłam decyzję.

Lubię A., uwielbiam z nim rozmawiać, przebywać, dobrze się przy nim czuję. Wahania nastroju minęły. Nie denerwuję się niepewnością, o której pisałam, że ciężko ją znoszę. Powiem mu tylko żeby przystopował i żeby nie wspominał o planach dalekosiężnych, bo niestety, ale nie jestem jeszcze jego pewna.

piątek, 21 lutego 2014

A może jestem skazana na dupków?

Kiedy wydaje mi się, że już wiem w czym problem i wystarczy wykonać kilka magicznych sztuczek, żeby poprawić swój los...nagle podnoszę wzrok i widzę, że jestem dokładnie w tym samym punkcie, co byłam wcześniej.

I do tego głupsza niż byłam.


Z K. poszłam w środę do kina. Dalej mnie nie porwał, nie jebło mnie jak na dzień dobry z M., ale ucięliśmy sobie całkiem interesującą pogawędkę po której doszłam do wniosku, że z K. to jednak ciekawy kompan do rozmowy.

Znowu odprowadził mnie do domu i znowu niczego nie próbował (bo dosyć szybko otworzyłam drzwi i się pożegnałam - swoją drogą! Jakie to serialowo-filmowe - pożegnanie pod domem dziewczyny), a wieczorem wysłał mi link do piosenki, którą skojarzył z filmem. Odpisałam, że fajna, wysłałam inną piosenkę i poszłam spać.

Dnia następnego zobaczyłam, że na moją wiadomość już nie odpisał, więc pomyślałam: dobra, czas na kolejną sztuczkę z uciekającym króliczkiem. Cały dzień byłam poza domem i poza zasięgiem internetu. Wieczorem po ćwiczeniach włączyłam komputer myśląc o tym, co mi tam mógł napisać...a tam skrzynka odbiorcza pusta.

Wnioski: skoro nie uroda, nie inteligencja, nie poczucie humoru, nie oczytanie, ani nawet nie stosowanie się do poradników, to co do cholery działa?


Ps. Sprawy wizowe dalej się przeciągają, więc firma wysyłająca mnie do Kanady postanowiła, że nie ma co zwlekać i zaczynamy rekrutować "na sucho". W związku z tym, że Kanadyjczycy aż tak chętnie nie zatrudniają ludzi, których wcześniej nie widzieli - muszę im się pokazać chociażby w wideo. Tak, tak...muszę nagrać Wideo CV i wysłać na YouTube. Zostanę pośmiewiskiem całego internetu :P

Edit: napisałam do niego sama, chociaż zawsze żałuję tego kroku, ale przynajmniej chciałam być pewna. No i oczywiście K. zamienił się w klasycznego pana "nie mam teraz czasu, bo bardzo jestem zajęty"...Noż kurwa jego mać.

wtorek, 18 lutego 2014

Randka, na której powiało nudą

Po moich dziwnych przygodach randkowych, o których pisałam tutaj, tutaj tutaj, nie mówiąc już o samej historii z M. i S. (o czym przeczytasz tutaj), randka z K. okazała się tak normalna, że aż nudna i kiedy ostatecznie przyszło do kawy i rozmowy... zastanawiałam się co tu jest nie tak.

Z K. umówiłam się w klasycznym punkcie spotkań wszystkich wrocławian (kto tam mieszkał ten wie). Już z daleka go wypatrzyłam i z ulgą zarejestrowałam wysoki wzrost (z tego wszystkiego po prostu nie sprawdziłam na portalu ile K. ma wzrostu). Podeszłam do niego z firmowym uśmiechem nr 5, za który dostałam różową różę.


Oczywiście z mojego postanowienia żeby nie gadać jak najęta nic nie wyszło dlatego, że chciałam rozładować nieco atmosferę i dać K. chwilę na ochłonięcie, bo sprawiał wrażenie porażonego moją urodą (hyhy - żarcik oczywiście :P)

Przede wszystkim K. jest nieśmiały i trochę się stresował, co początkowo było urocze, ale potem nieco męczące. Poza tym starał się mnie oczarować swoimi historiami, które sprawiały wrażenie (niestety!) marnych podróbek M. i zamiast mnie porwać...trochę nudziły. Aż sama nie mogłam się nadziwić, bo facet ma wiele zainteresowań.

Zdaję sobie jednak sprawę ze swojego mechanizmu. M. był zapatrzonym w siebie czarusiem bez serca, K. z kolei jest spokojnym i wartościowym chłopakiem, który potrzebuje więcej czasu na rozkręcenie się. W każdym razie odprowadził mnie pod dom (na szczęście nie było z jego strony prób pocałunków czy przytulania) i 5 minut po rozstaniu dostałam 1 smsa, na który...nie odpisałam. Nie dlatego, że nie chciałam, ale byłam ciekawa co się stanie. Czy nieodpisanie na wiadomość może faceta zniechęcić?

K. nie zniechęciło. Dnia następnego dostałam kolejną wiadomość, na którą już odpisałam, a potem kolejną i kolejną...no zobaczymy co dalej.

Abstrahując od K., jeśli chodzi o S. to jednak sobie dałam z nim spokój i już nie piszemy. M. za to zaktywował się i wysłał mi...


...walentynkę,

...na którą z mściwą satysfakcją nie odpowiedziałam. Zresztą apropos jeszcze M., ostatnio sobie włączyłam archiwum naszych rozmów i przypomniałam sobie, że na koniec naszej znajomości zwyzywałam go od podłych drani :P Takie coś mogłam tylko ja wymyślić...

sobota, 1 lutego 2014

Quo Vadis Ciam?

Sercowo na jakimś pustkowiu, ale chociaż było stabilnie pod względem hmm...ekonomicznym. Teraz ani jedno ani drugie.

W środę otrzymałam wypowiedzenie ze swojej dotychczasowej pracy. Stanęłam jak wryta, popatrzyłam na swoich - byłych już - współpracowników i zapytałam ni to siebie ni to ich: Co ja teraz zrobię?

Właściwie to są dwie opcje. Mogę znaleźć drugą pracę w tym samym bądź podobnym zawodzie i niczego nie zmieniać. Będzie dalej stabilnie, nudno...dorośle. Chyba, że znajdę super świetną pracę, która mnie pochłonie całkowicie i będę wstawać z pieśnią pochwalną na ustach, że hura! Oto poniedziałek! :P W każdym razie wyjście to jest podyktowane rozumiem i strachem przed dużymi zmianami.

Jest też druga opcja...która jest bardziej pociągająca i odważna. Wyjazd daleko, daleko stąd, najchętniej do Kanady, którą od jakichś 3 lat mam gdzieś z tyłu głowy i która nie daje mi spokoju. Myślałam o niej przez cały okres pracy i stabilizacji. Płakałam w poduszkę, że moje marzenia nigdy się nie ziszczą, bo mam fajną, wygodną pracę, z której sama nie zrezygnuję.

I oto mamy koniec stycznia. Najlepszy moment do załatwiania spraw wyjazdowych do pracy sezonowej. Czyżby los chciał mi coś powiedzieć?

Właściwie to nie przyznałam Ci się do czegoś. Moje serce bardzo pragnie wyjazdu (a im dalej od Polski tym lepiej), bo chcę uciec. Uciekam przed rodziną od której się coraz mocniej separuję i od M., z którym...tak, tak, dobrze czytasz: do tej pory utrzymywałam kontakt (przerywany co prawda, ale jednak). W ten weekend nawet był u mnie i stało się, co stać się w końcu musiało. Przespaliśmy się ze sobą.


Happy endu oczywiście nie było. Po wszystkim M. stwierdził, że nie iskrzy, a ogólnie to on chyba woli chude deski. Teraz mam ochotę zapaść się pod ziemię i uciec od wszystkich, a najchętniej to i od siebie.

I wiem, że ostrzegałyście mnie (zresztą nie tylko wy, również moje przyjaciółki mówiły, że M. to dupek i trzeba go olać), ale nie potrafiłam. Poszłam do psychologa, która zadała mi pytanie: dlaczego nie mogę się od niego uwolnić i...właściwie za czym ja tak gonię? Jedyne do czego doszłam to myśl, że chyba chodzi o ogromne i irracjonalne poczucie samotności, które mam w sobie od wielu lat.

A jak to wszystko ma się do mojego programu podniesienia samooceny? Że niby miłość do siebie jest najważniejsza? Że nikt nie ma prawa jej zawahać? No to kocham siebie, zasługuję na wszystko co najlepsze, czyli Kanadę, piękne widoki, łosie, przygody itd. tylko cholera, czy wytrzymam tam realne poczucie pustki? Od kilku lat czekałam aż ktoś mi powie: Ciam! Pieprzmy to wszystko, lećmy na drugi koniec świata i bądźmy dla siebie wsparciem w razie kryzysu. A może to ja sama powinnam siebie wesprzeć?

Ps. Jedzenie zagłusza niektóre emocje, ale chyba te małe. W razie wielkich dramatów nie odzywa się we mnie chęć zjedzenia pudełka lodów. Po prostu wpadam w czarną rozpacz :)

piątek, 24 stycznia 2014

Rozczarowana

Uczucie rozczarowania to jedno z tych, z którym gorzej sobie radzę. Obecnie przeżywam stan głębokiego rozczarowania...miłością.

Przeczytałam w końcu polecaną przez wielu z was książkę "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy". Autorka bardzo racjonalnie i zdroworozsądkowo przedstawiła sposób na zdobycie faceta. Wydaje mi się, że na wielu by te proste sztuczki podziałały. Nawet uważam, że szybko bym sobie znalazła faceta udając zołzę.

Nie przeczę, lektura otworzyła mi oczy i uświadomiłam sobie swoje głupie zachowanie wobec M. Powiem więcej - zdałam sobie sprawę z tego, że on mnie często po prostu...sprawdzał. Sprawdzał co zrobię jeśli przestanie przez dzień-dwa odzywać się do mnie, albo co zrobię jak on powie to-i-to.

No cóż, testu nie zdałam, bo zachowałam się tak jak dyktowało mi serce, czyli...irracjonalnie. Pokazując mu swoją słabość zniechęciłam do siebie. To bardzo cyniczne, ale jak widać, uczucia trzeba głęboko chować i zachowywać cały czas zimną krew, inaczej - przegrasz.

Przeczytam Ci teraz jedną z definicji miłości, która trafia prosto w moje serce:

Miłość, czyli fanatyzm, okrucieństwo i oziębłość, równa się krwotok wewnętrzny plus obdarcie żywcem ze skóry, plus utrata mowy.

M. Yan, Klan czerwonego sorga.

niedziela, 19 stycznia 2014

Tu naprawdę nie zawsze chodzi o wygląd

Jak na razie wróżba sylwestrowa spełnia się w 100 proc. Niemal codziennie gdzieś wychodzę, niestety również alkoholu nie brakuje...

Wczoraj spotkałam się z E., która jest niezwykle mądrą i urodziwą dziewczyną. Wprawiła mnie spore zdumienie, kiedy okazało się, że nie ma nikogo.


Przy butelce wina opowiedziała mi o swoich problemach sercowych. Okazało się, że mamy bardzo podobne historie. Bez happy endu.

Jak tutaj wielokrotnie podkreślałam, dla mnie KAŻDA szczupła i w miarę ładna (ale jednak z podkreśleniem na szczupła) singielka znajdzie sobie amatora i to, że nikogo nie ma to znaczy, że po prostu wybrzydza. Z kolei otyłość i brak zainteresowania płci przeciwnej tłumaczyło dlaczego ja jestem samotna. To z reguły ucinało pytania.

Teraz uważam, że problem leży głębiej. Obie jesteśmy rozchwiane emocjonalnie, rozedrgane i dużo mężczyzn to wyczuwa. Ich to do pewnego stopnia intryguje, ale za żony wybierają sobie "normalne, zdrowe dziewczyny" ;).


Ostatnio jeden - świeżo poznany - po pięciu minutach rozmowy powiedział mi, że przypominam mu jego znajomą. Kiedy zapytałam jaka ona jest, stwierdził krótko: miała ciężką historię, jest skomplikowana. A wcześniej rozmawialiśmy na normalne, neutralne tematy.

Okazuje się, że waga naprawdę nie ma znaczenia. E. podobnie odbierają mężczyźni. Często od niej uciekają, a im bardziej jej zależy tym gorzej.

Z drugiej strony bycie singlem w wielkim mieście jest pociągające. Sama zaczęłam od początku tego roku cieszyć się z tego stanu rzeczy. Uwielbiam niepewność, emocje, chyba nawet swoją niestabilność. Dlaczego M. tak zawładnął moim umysłem? Bo nie mogłam go zrozumieć ani przejąć nad nim kontroli. Gdybym to zrobiła, pewnie szybko bym się nim znudziła.


Poza tym czytałam, że w większości przypadków problemy w relacjach damsko-męskich u kobiet są spowodowane kiepską relacją z ojcem. Mnie pociągają niestabilni i zamknięci w sobie faceci, zupełna odwrotność mojego ojca. Nad takimi zamkniętymi facetami chcę przejąć kontrolę i uzależnić ich od siebie. Mój ojciec jest mocno niezależny, a tacy mnie przerażają, chociaż wiem, że są dla mnie odpowiedni. Gdybym tylko miała większe poczucie własnej wartości...

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Wnętrze grubasa

Pamiętasz mój post "Brzydka, więc ma piękne wnętrze"? Po ponad roku, mój stosunek do tematu nieco zmienił się.

Lubię czytać swoje przemyślenia. Nie dlatego, że jestem okropnym narcyzem i uważam, że są najmądrzejsze na świecie, ale lubię patrzeć jak wciąż zmieniają się, kształtują, formują. To znak progresu.

Dalej uważam, że niezależnie od wyglądu, każda z nas może mieć pusto w głowie. Za tłuszczem jednak często kryją się wrażliwe, czasem i nadwrażliwe dusze, które ze smutną rzeczywistością radzą sobie tak, że ją zajadają. To, że ją zajadamy to nie znaczy, że mamy słabą wolę. Po prostu ciężko jest poradzić sobie z frustracją inaczej niż pączkiem, czy paczką chipsów.


O "zajadaniu" trudnych przeżyć wiedziałam oczywiście wcześniej, jednak realnie zdałam sobie z nich sprawę przed świętami. Pojechałam do domu rodzinnego lepić pierogi i pomyślałam: "a i tak z diety nici, bo pewnie będę je próbowała, więc mogę sobie zrobić kanapeczkę" (albo dwie, ewentualnie siedem :P). Smarując kromkę chleba masłem (i w głowie układając dalsze wymówki) usłyszałam w głowie pytanie: "nie jesteś głodna, co chcesz zajeść?" Pomyślałam, że to oczywiste. Chciałam zagłuszyć smutne myśli o M. i o tym, że uczucia wcale tak łatwo nie da się zalać alkoholem i zwymiotować. Oczywiście byłam rozczarowana sobą. Myślałam, że przeszłam właśnie jakąś cudowną przemianę i jestem innym, lepszym człowiekiem.

(a to ja na pamiętnym ślubie. Wspomnienia o M. odżyły jak zobaczyłam te zdjęcia)

W ogóle uczucie rozczarowania sobą jest dla mnie bardzo bolesne i trudne. Ciągle chcę spektakularnych zmian i ciągle obiecuję sobie, że nagle będę lepsza, bardziej konsekwentna, mniej kochliwa itd., a potem jak znowu coś robię nie tak to jestem na siebie wściekła.

Wracając jednak do grubasów. Zawsze mnie zastanawiało czy to, że jestem gruba wpłynęło na mój charakter i czy gdybym była szczupła to czy byłabym zupełnie innym człowiekiem? Wiesz, interesowałyby mnie na przykład chłopaki, dyskoteki i tipsy. Myślę, że to nie wykluczone. Jako osoba szczupła i pewna siebie byłabym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Może miałabym męża alkoholika, paliła papierosy, albo próbowała swoich sił w pornobiznesie?


Otyłość na pewno wpływa na osobowość. Myślę nawet, że czasem dodatnio. Dzieci są z powodu otyłości zamknięte w sobie, więc uciekają do własnego świata, nie rozpraszają uwagi ogłupiającymi zabawami i rozmowami z rówieśnikami. Przez trudne przeżycia (wyszydzanie, alienacja, częste poczucie winy) zachowują się doroślej, a ich osobowość jest bogatsza.

Są jednak pewne cechy niezależne od wagi. W moim kodzie genetycznym jest zapisana wrażliwość (nie nadwrażliwość, myślę, że moja siostra jest nadwrażliwa). Z rzeczywistością musiałabym sobie radzić w taki, czy inny sposób. Jeśli nie jedzeniem, to alkoholem (jak widać, mam predyspozycje :P), albo narkotykami. No chyba, że miałabym inną rodzinę, wtedy może umiałabym sobie radzić w mniej niszczący mnie sposób. A swoją drogą obecnie przeżywam to, co chyba każde dziecko, które spojrzy na swoich rodziców z dystansu, po wyprowadzce. Obserwując swoich rodziców przy stole świątecznym zauważyłam jak bardzo jestem do nich podobna. Przeżyłam wręcz kryzys osobowości, bo skoro jestem sumą ich cech charakteru, to gdzie w tym wszystkim jestem ja sama? Właśnie tego szukam.


Ps. Zadanie sobie pytania: "co chcę zajeść" jest bardzo pomocne, ale wymaga ogromnej siły woli. Po nazwaniu swoich uczuć od razu odeszła mi chęć na kanapeczkę. Z tymi uczuciami jednak trzeba coś zrobić. Ja na razie je wszystkie wypłakuję. Dobrze, że mieszkam sama, bo ktoś z boku by pomyślał, że wpadłam w depresję :P