czwartek, 28 lutego 2013

Ryba na dziś

Nie lubię ryb. Nienawidzę tych smażonych w panierce, obojętne czy to w mące, czy bułce tartej, czy inne wariacje na temat. Jedyne co jadałam to śledź w śmietanie i kupna ryba po grecku (bo domowa mi nie smakowała). Czasem też udało się przełknąć makrelę i fishmaca.

Za to odkąd jestem na diecie i sama gotuje, okazuje się, że ryby...są bardzo dobre! Wystarczy nie kupować mrożonego mintaja i nie smażyć byle jak na byle jakim oleju ;).


Ponieważ cały czas mam awersję do ryb na ciepło, kupiłam świeżego dorsza z pewnym wahaniem, ale stwierdziłam, że do odważnych świat należy.

Gotowe danie za to było wprost niewyobrażalnie pyszne i gdyby nie ości, zjadłabym je w pół minuty.

Podaję więc przepis dla 2 osób, lub 2 dni :)

Składniki:

- 2 płaty ryby (może być świeża, albo mrożona. Ta druga lepiej, chyba, że mieszkasz nad morzem)
- Łyżka oleju kokosowego (tak! Kupiłam!)
- Przecier pomidorowy (lub koncentrat)
- 1 mała cebula
- ok. 2-3 pieczarki
- Papryka czerwona (1 mała, lub 1/3 dużej)
- Kawałek sera żółtego (ok. 50 g.)
- Kawałek sera feta (jw.)
- Sos sojowy

Przygotowanie:

Rybę podsmażamy na oleju. Po ok. 5 minutach dodajemy sos sojowy, pokrojoną w kostkę cebulę i pieczarki, a następnie, kiedy wszystko zmięknie, dodajemy przecier pomidorowy, paprykę i ulubione przyprawy (ja dodałam bazylię, pieprz i paprykę słodką) i dusimy pod przykryciem przez ok. 15 minut od czasu do czasu mieszając. Pokrojone w kostkę sery dodajemy pod koniec duszenia.

Rybę zaserwowałam z marchewką z porem i majonezem wymieszanym ze śmietaną + przyprawy.



Na śniadanie za to przygotowałam zmiksowane truskawki z jogurtem i białym serem. Też polecam ;).

poniedziałek, 25 lutego 2013

Paląca potrzeba

Znowu pomęczę Cię trochę tym problemem braku pewności siebie. Cały czas myślę o tym jak o ogromnej, palącej potrzebie bez której nie będę umiała normalnie funkcjonować. Ale czy na pewno?

Dziś podesłałam K. link do artykułu z którego znowu mądra głowa mówiła o moich syndromach i potrzebie pójścia do psychologa, bo sama sobie z tym nie poradzę.

Nie był to pierwszy raz kiedy głośno zastanawiałam się nad pójściem do psychologa. Nie pamiętam czy Ci wcześniej wspominałam, ale chodziłam do takowego kilka ładnych lat temu (jakoś na początku studiów) i po pół roku dałam sobie spokój, bo niewiele się zmieniło (o ile w ogóle), za to wydałam kupę kasy.


Ten pomysł, żeby pójść do specjalisty pojawił się chyba pod koniec zeszłego roku, kiedy - chyba za bardzo skupiając się na sobie i swoich uczuciach - doszłam do wniosku, że jest ze mną coś nie tak i muszę to poprawić, bo inaczej...będzie źle.

Można się zastanawiać, skoro ostatnim razem nic się nie poprawiło, to czemu tym razem miałoby? To chyba moja ogólna tendencja do szukania łatwych rozwiązań, a wbrew pozorom pójście do specjalisty takim jest, bo oddajesz swój problem komuś innemu. Wbrew pozorom, bo przecież i tak sama muszę sobie z tym poradzić.

K. sprawę jednak widzi inaczej. Ona uważa, że jest ze mną wszystko jak najbardziej w porządku i nie jestem wystraszonym królikiem uciekającym przed problemami i ludźmi. Może trochę przesadzam. Jak zwykle myśląc i zastanawiając się nad Bóg wie czym dochodzę do błędnych wniosków.


Poza tym, K. nawet zauważyła mój wzrost pewności siebie. Objawia się to mniej obszernymi bluzkami bez 2 warstw (jakiś czas temu porzuciłam ubieranie się w bluzkę z długim rękawem, a na to obszerny bezrękawnik) i nowymi przylegającymi spodniami.

No właśnie. Czy na pewno chudnięcie powoduje wzrost pewności? Przecież wszyscy trąbią o tym, że jak tylko schudniesz to będziesz super hot piękność, która jednym uśmiechem podbije serce niejednego. Nie czuję się jeszcze super hot, ale będąc prawie w połowie swojego odchudzania, powinnam zauważyć jakieś zmiany. A ja zastanawiam się...i zastanawiam...

No dobra, przesadziłam. Zauważam i cieszę się. Dziś oglądałam się przed lustrem ze wszystkich stron i...wygląda to na prawdę nieźle! Foliowanie daje niesamowite rezultaty (cellulit mi zniknie za 2-3 zabiegi), ładnie zarysowują mi się mięśnie na nogach, a brzuch też wygląda coraz lepiej i nawet czuję pod tłuszczem pierwiosnki mięśni ;). Poza tym prawie w ogóle zniknęły mi boczki i wałki na plecach (które spędzały mi sen z powiek).

Gorzej gdybym miała komuś zaprezentować swe wdzięki ;).

piątek, 22 lutego 2013

Uwaga, odkrycie roku!

Pisałam nieraz, że w sumie to ja nie wiem jak udało mi się wytrzymać na diecie tyle miesięcy. A wiem z kolei, że wiedza ta na pewno pomogłaby niejednemu.

Ostatnio rozmawiałam z przyjaciółką O. o swoim braku dotrzymywania wszelakich postanowień. Strasznie mnie to denerwuje i czuję się niejako pozbawiona charakteru, skoro postanawiam coś, a potem stwierdzam: aaa...pieprzyć to.

O. stwierdziła coś tak banalnego, a zarazem odkrywczego, że muszę to tu podkreślić i najlepiej wyryć na ścianie nad łóżkiem.

Otóż...diabeł tkwi w nastawieniu do celu. Jeżeli coś muszę zrobić to zawsze znajdę wykręt żeby tego nie robić, natomiast wystarczy tylko...chcieć.


To powiedzenie "wystarczy chcieć" zawsze mnie denerwowało. No bo jak to? Przecież całe życie chciałam być szczupła, mądra, znająca 3 języki i...milion innych rzeczy, a nic z tego nie wychodziło. Co zmieniło się niemal 8 miesięcy temu? Otóż nie myślałam o tym, że MUSZĘ schudnąć, żeby być szczęśliwa, kupować fajne ciuchy itd., tylko stwierdziłam, że po prostu chcę i mogę schudnąć.

Pamiętam tę zmianę w myśleniu jak dziś. Nagle, nie wiadomo skąd, przyszło mi do głowy, że skoro mam pracę, zarabiam i stać mnie na dietetyczne jedzenie i fitness, to co stoi na przeszkodzie, żeby tego nie zrobić? Nie znalazłam odpowiedzi, więc...w poniedziałek rano 2 lipca zaczęłam dietę Montignaca, którą (z dłuższymi i krótszymi przerwami) trzymam do dziś.

Czy dałam Ci właśnie cudowny sposób na schudnięcie? Na pewno nie. Część z was może się zawieść, tak jak ja zawsze zawodziłam się, kiedy ktoś mi dawał banalne rady w stylu: uśmiechnij się, pokochaj siebie, a wszystko samo się ułoży.

Cudownych poradników też z tego względu nienawidziłam, bo radosna wiedza z nich płynąca była dla mnie bezsensowna i zupełnie oderwana od rzeczywistości. Kiedyś próbowałam to czytać, a nawet różnych technik autosugestii, ale trzeba w nie wierzyć...i tu wkracza poważna psychologia, której nie potrafię objąć rozumiem.


Jak to się dzieję, że nagle zmieniasz swoje myślenie o 180 stopni? Co sprawia, że po wielu próbach coś się udaje? Że nagle dostrzegasz wartość w banalnych i wielokrotnie powtarzanych sentencji, żeby nie powiedzieć frazesów?

Niestety...banały czasem mówią tak oczywistą prawdę, że nawet nie zastanawiamy się nad nimi. A jeśli zastanawiamy, to nie przyjmujemy ich do wiadomości, tak jak i ja nie przyjmowałam. Zresztą dalej wielu z nich nie przyjmuję, no bo litości ;).

Ale z tej wiedzy, wbrew pozorom, płynie optymistyczne przesłanie. Skoro ja, zdawałoby się beznadziejny przypadek niedotrzymujący żadnych postanowień, dałam radę, to Ty nie dasz?

środa, 20 lutego 2013

Bo to zła dieta była

Środa to mój drugi dzień ważenia. Z pewnymi obawami, ale też ogromnymi nadziejami weszłam na wagę. I pokazała...znowu 91 kg. :(

Niby wiem, że organizm to nie robot i nie zacznie chudnąć, bo JA tak chcę, ale z drugiej strony przecież jeszcze tydzień temu miałam 8 z przodu!



Zaczęłam się zastanawiać. Ok, to mogą być mięśnie, w końcu od 2 tygodni chodzę na trening ze sztangami (i bicepsy rosną!), poza tym w styczniu schudłam niemal 6 kg., a po takim przyspieszeniu zawsze następuje spowolnienie.

A może to jednak dieta? Wymyśliłam, że w dni nietreningowe będę jadła dużo bardziej restrykcyjnie, zero przetworzonych rzeczy, kiełbas, serów żółtych i smażonych potraw. Wczoraj był pierwszy taki dzień i po szybkim przeliczeniu w głowie okazało się, że zjadłam...około tysiąc kalorii. To stanowczo za mało. Ale jak jeść według ekspertów z forów sportowych i zasad Montignaca?

Być może przesadzam. To niemożliwe, żeby ćwiczyć, jeść poniżej zapotrzebowania i nie chudnąć. Może to kolejna stabilizacja wagi?

niedziela, 17 lutego 2013

Po foliowaniu

Dziś zrobiłam sobie - tradycyjnie już - dzień SPA. Po wejściu na wagę i zobaczeniu ponad 91 kg. potrzebowałam pocieszenia.

Strasznie mnie ten skok wagi poirytował, zwłaszcza, że w lutym waga opornie spada, a teraz wróciłam do wagi styczniowej. Ze wstydem muszę przyznać, że wystraszyłam się gigantycznego efektu jojo, że wahania kapryśnej wagi mnie załamią i poddam się na całej linii.

Jak zwykle nieoceniona K. postawiła mnie do pionu stwierdzając, że powinnam być mega z siebie dumna i nic nie powinno mi przeszkadzać w osiągnięciu upragnionego celu. No więc jestem dumna i snuje wizje siebie za rok - swoją wagę, włosy, paznokcie, skórę, ubrania w rozmiarze S itd.

Całe szczęście, że obwody pokazują, że jednak jest różnica między mną styczniową a mną lutową ;). Myślę, że piątkowy skok w bok powinien przejść za maksymalnie tydzień.

W dniu pocieszenia zrobiłam sobie w końcu foliowanie o którym pisałam tutaj. Muszę przyznać, że efekt nie był tak oszałamiający jak za pierwszym razem (kilka lat temu), ale to dlatego, że już mam fenomenalnie gładką skórę ;). Za to stanęłam przed lustrem i nawet jakbym zauważyła mniej cellulitu?

Więcej o efekcie foliowania pewnie napiszę za miesiąc-dwa, kiedy efekty powinny być bardziej zauważalne.

Poza tym wczoraj spotkałam się z koleżanką, która ogłosiła, że wychodzi za mąż we wrześniu i jestem zaproszona na ślub. Mam więc kolejny target - do września wyglądać jak najlepiej i wbić się w ładną sukienkę, najlepiej do kolan :).



sobota, 16 lutego 2013

Przerwa w diecie i powrót do normalności

Moja siostra miała wczoraj urodziny. Jak dzień wcześniej pilnie trzymałam dietę, tak tego dnia wszystko sobie odpuściłam.

Nie był to pierwszy raz w mojej wielomiesięcznej karierze odchudzania, ale tym razem czułam, że było to zupełnie niepotrzebne i bez sensu. Być może dlatego, że włączyłam ostatni bieg i widziałam przed sobą prostą drogę - rzekłabym nawet autostradę - do swego celu. 

Wczoraj to był jednodniowy postój na uboczu. Oczywiście znowu "dzień po" mam kaca moralnego. Bałam się, że rzucę dietę, przytyję i nigdy nie schudnę do upragnionej wagi. Poszłam jednak na ćwiczenia, potem do sauny i mogę ogłosić: znowu przełączam bieg na najwyższy!


W końcu to tylko i wyłącznie ode mnie zależy, nie?

czwartek, 14 lutego 2013

Brace yourself. Valentine's day is coming!

Od kilku lat powtarza się u mnie pewien schemat 14 lutego. W święto zakochanych jako wielkomiejski singiel daje sobie przyzwolenie na bycie smutnym.

Opływam się w tym smutku, rozpaczy i oglądam filmy o miłości, a potem słucham smutnych piosenek. Wydaje mi się, że jest to nawet społecznie narzucone żeby w walentynki pary celebrowały swoją miłość (w formie walentynek albo antywalentynek), single grały w grę i piły piwo zajadając się pizzą, zaś singielki spotykały się w swoim kręgu, piły wino, jadły lody i bez skrępowania płakały sobie w ramiona.

Bezrefleksyjnie powtarzam ten układ od lat, nie zastanawiając się nad jego sensem. No bo tak na prawdę czy muszę być smutna w walentynki? Czy muszę upić się żeby zapomnieć o beznadziejności swej egzystencji? (wyolbrzymianie problemów bywa tu wskazane).


Szczerze mówiąc często użalam się nad sobą, a walentynki są dobrym do tego pretekstem. Wszędzie serduszka, zakochane pary i tandetne prezenty w witrynach sklepowych. Nie można przecież tego nie widzieć!

Od jakiegoś czas robiąc wycieczki po galeriach handlowych patrzyłam na te walentynkowe pomysły na prezent myśląc: Boże! Tylko nie to! Znowu będą walentynki, a ja znowu będę sama i smutna! Narzekanie na komercję walentynek jest teraz chyba bardziej powszechne niż samo zwykłe celebrowanie tego święta. Tylko czy to czemuś służy oprócz sprzedawcom?

To tak samo jak z tłustym czwartkiem. Odchudzający się dają sobie przyzwolenie na obżeranie się, bo to Tradycja (nie od parady pisane z dużej 'T') i po prostu MUSIMY zjeść pączka i MUSIMY płakać w poduszkę w walentynki.

Tegoroczne walentynki będą inne, bo - mam nadzieję - będą bardziej świadome. Świadomość własnych emocji jest według mnie bardzo ważna, a w moim przypadku wskazana, skoro często popadam w przesadyzm i zanurzam się w otchłani własnych skrajności i fikcyjnych problemów.

A kończąc refleksje na temat walentynek dodam jedno: mam nadzieję, że mój przyszły będzie miał na prawdę dobry gust i nigdy nie będę musiała nosić badziewia na szyi czy w uszach! ;)

Edit: Poszłam na aerobik i mi przeszły pesymistyczne myśli :D Kocham was wszystkich!

niedziela, 10 lutego 2013

Czasem tracimy nadzieję...

Są takie dni, kiedy tracimy nadzieję na zmianę. Chciałam poprawiać swoją samoocenę. Czuję jednak, jakbym się cofała.

Jak zwykle zbyt poważnie podchodzę do niektórych rzeczy. Zamiast żyć jak człowiek i nie analizować każdej sytuacji, to ja siedzę i...myślę. O ileż życie byłoby prostsze, gdybym je brała takim jakie jest.

Teraz wszystkie moje lęki i nieprzetrawione rzeczy z przeszłości wywlekam na wierzch. Boję się konfrontacji, kłótni z ważnymi dla mnie osobami i swobodnie podchodzić do nowych znajomości. Boję się odrzucenia i tego, że wszyscy mnie zostawią. Jakbym zobaczyła taką zalęknioną osobę, pewnie też zostawiłabym ją w spokoju. Więc niby nie dziwię się nikomu.


Jako nastolatka byłam sama, co najwyżej miałam wirtualnych znajomych. Teraz dodatkowo moja siostra robi mi wymówki i rzuca we mnie epitetami. Od tego wszystkiego przypomniały mi się czasy gimnazjum, z których - obawiam się - nigdy nie otrząsnę i nie pogodzę się.

Na pomoc przychodzi lektura Valerio Albisetti "W poszukiwaniu szczęścia":

Życie, powtarzam, nie jest statyczne, stałe, niezmienne. Jest rzeczywistością dynamiczną, stale się zmieniającą. To, co dzisiaj jest prawdziwe, niekoniecznie będzie prawdziwe jutro.

Możemy zatem zmieniać, ulepszać swoje postępowanie, krótko mówiąc - rozwijać się.

Gdybyśmy naprawdę mieli wierzyć, że człowiek nie może się zmienić, życie straciłoby na znaczeniu. Bylibyśmy skazani na pozostanie tym, czym jesteśmy przez całą resztę życia.

sobota, 9 lutego 2013

Nie jadłam pączków w czwartek

Tłusty czwartek był potwierdzeniem tezy według której, czy zrobię sobie dzień wolny od diety czy nie, zależy  tylko i wyłącznie ode mnie.

Na ten czwartek nie nastawiałam się za specjalnie. Na chłodno oszacowałam opłacalność przerwy w diecie, moje samopoczucie (czy potrzebowałam wytchnienia) i moją chęć zjedzenia tego przysmaku.

Wyszło na to, że ani nie jestem wielką fanką pączków, ani nie potrzebuję przerwy w diecie. Nie czułam się też zobligowania do świętowania, bo nie poszłam na żadną imprezę, nikt mnie do niczego nie namawiał, w pracy za to każdy zaopatrzył się we własnym zakresie.


Na facebooku, blogach i stronach dla sportowcach aż zaroiło się od postów o pączkach. Dowiedziałam się mimochodem ile mają kalorii (notabene każdy podawał inną wartość), co trzeba zrobić żeby je spalić i zobaczyłam kilka przepisów na "dietetyczne pączki". Zbiorowe szaleństwo.

Jeśli ktoś ma ochotę na pączka - niech go zje. Bez wyrzutów sumienia i bez płakania po kątach. Najlepiej żeby zjedzenie czegokolwiek wychodziło z naszej potrzeby, a nie jakiegoś odgórnego nakazu: mamy tłusty czwartek więc MUSISZ zjeść minimum 1 pączka, bo inaczej to...no właśnie. Co?

Ja nie czułabym się z tym najlepiej, więc sobie darowałam świętowanie. Z innymi rzeczami nie pójdzie już tak łatwo, bo za tydzień moja siostra ma urodziny, ale dobra tam. Od tortu się nie umiera :).

Ps. Dziś wywaliłam 4 pary starych, nieraz dziurawych spodni. Nie wiem po co je trzymałam, ale od razu zrobiło mi się lżej na sercu :).

środa, 6 lutego 2013

Kolejna "dyszka" za mną!

Stało się. Stanęłam na wadze, bo stwierdziłam, że z ważenia codziennego do cotygodniowego to za duży przeskok, więc pomyślałam, że będę ważyć się 2 razy w tygodniu. I to był świetny pomysł!

Stanęłam na wadzę a tam 89,9 kg. Niby niewielka różnica, ale...jest osiem z przodu!!



Miałam sobie prezent kupić (w końcu 8 z przodu nie widziałam od kilku ładnych lat...), ale zaczęłam się zastanawiać. Tyle już pieniędzy na siebie wydałam, pracę mam niepewną, a co jeśli zaraz to wszystko runie i zostanę bez pracy i pieniędzy? Potem jednak stwierdziłam, że niecodziennie świętuje się zgubienie "dyszki" więc w nagrodę kupiłam sobie spodnie.

Poszłam do zwykłego osiedlowego sklepiku - żadnej sieciówki! - i zaczęłam się niepewnie rozglądać. Miła, uśmiechnięta pani podeszła do mnie i zapytała w czym pomóc. Powiedziałam więc o tym, że szukam spodni i nie wiem jaki mam rozmiar. Pani rzuciła tylko na mnie okiem i podała kilka par, które na moje oko byłyby zbyt obcisłe, ale dobra...spróbuję!



Okazało się, że we wszystkie się zmieściłam, ale wybrałam te, które najbardziej mi pasowały i które też były w miarę obcisłe, żeby jednak trochę mi posłużyły :).

Jak już pisałam tutaj nie cierpię zakupów w sklepach odzieżowych. Dzisiejszy dzień uświadomił mi jednak, że nie ma się czego bać i rzadko kiedy sprzedawczynie rzucają pogardliwe spojrzenie w stronę klienta. Poza tym noszę rozmiar 42! Szok! Myślałam, że jestem bliżej 50tki ;).

poniedziałek, 4 lutego 2013

Jestem tak podekscytowana, że nie zasnę!!

Musiałam Ci o tym powiedzieć! Kupiłam laserową korekcję wzroku!

Jutro zapisuję się na wstępne badanie, które mam nadzieję przejść pomyślnie. Jeśli wszystko się uda...za jakiś czas będę mogła raz na zawsze pożegnać się z okularami! Jestem niepomiernie szczęśliwa!



Poza tym dziś byłam u bratfiterki i kupiłam odpowiedni stanik, który zapinam na ostatnie zapięcie, więc - o ile same piersi dużo mi nie zlecą - będzie mi służył przez jakiś czas.

Zresztą okazało się, że noszę rozmiar miseczki DD, co mnie nieco zbiło z pantałyku ;). Do tej pory myślałam, że mam raptem C, a tu proszę...

Dziś w ogóle doszłam do wniosku, że cała moja dieta, przemiana wewnętrzna jak i zewnętrzna została na początku lipca zaprogramowana. Moje ciało dąży do realizacji planu: schudnąć i wyglądać pięknie. Skóra sama z siebie oczyszcza się i jest gładka, waga nie rusza z kopyta w górę, nawet po 2 tygodniach objadania się, a mi samej nie chce się rzucać diety nawet po wpadkach, po których zazwyczaj ciężko mi było podnieść się.

Po już miesiącu chodzenia na fitness stałam się dużo bardziej sprawna i hmm...elastyczna. Teraz to z podziwem oglądam swoje mięśnie. Na prawdę czuję, że jestem skazana na sukces!

niedziela, 3 lutego 2013

A dietetyk mówi...wszystko źle!

Cały poranek przeznaczyłam na czytanie forum i artykułów dla sportowców. Według niego powinnam co najwyżej przytyć na swojej diecie...

Według dietetyków, dieta Montignaca była dawno temu modna i szerzyła kłamliwe przekonanie, że mieszanie tłuszczy z węglowodanami jest złe. Na indeks glikemiczny dobrze jest patrzeć, ale nie powinniśmy na nim opierać swojego menu. Właściwie to jest on dobry dla osób chorych na cukrzycę, a tak na prawdę dalej uważa się, że najważniejszy jest ujemny bilans energetyczny.

Cóż...25 kg. to chyba cud przy diecie, która nie powinna działać? A może faktycznie chodzi tylko i wyłącznie o ujemny bilans energetyczny, który na pewno osiągałam, bo jadam około 1500 kcal. dziennie. Z drugiej strony dietetycy polecają jedzenie mało przetworzonych produktów, czyli takich, jakie zaleca Montignac, a co nie zawsze udaje mi się utrzymać...


Myślę, że dalej będę jadła według zaleceń Montignaca, ale stopniowo zacznę zaostrzać swoją dietę, ponieważ spodziewam się z czasem, wraz z ubywającym tłuszczem, coraz większych trudności z chudnięciem.

Co wykluczę z diety? Nigdy już nie zjem wafli ryżowych (raz zjadłam, bo myślałam, że skoro ryż brązowy, to można...) i kupny dżem niskosłodzony, który zastąpię dżemem własnej roboty.

Przestanę też jeść fruktozę, która ma niski IG, ale za to...a sama zresztą przeczytaj:

"Spożywanie dużych dawek fruktozy sprzyja produkcji tłuszczu w organizmie, co w dalszym etapie przyczynia się do zaburzeń profilu lipidowego krwi. Dodatkowo fruktoza zaburzać może działanie insuliny oraz zmniejszać aktywność tlenku azotu. Wszystko to sprawia, że jest raczej wrogiem naszego zdrowia i smukłej sylwetki niż ich sprzymierzeńce."

Nie jem co prawda dużo fruktozy (1 opakowanie starcza mi na pół roku), ale następnym razem kupię polecany Ksylitol.

Poza tym stopniowo odstawię (a przynajmniej mocno ograniczę) śmietanę, majonez, ser żółty, kiełbasy i smażenie potraw. Ze wstydem przyznaję, że bez skrępowania objadam się takimi rzeczami...



Dodam za to: więcej kurczaka i ryb oraz naturalnych przypraw (ostatnio - znów przyznaję ze wstydem - przyprawiam gotowymi mieszankami). Na pewno kupię kurkumę, rozmaryn i cynamon, które są bardzo polecane przy odchudzaniu.

To co mnie najbardziej interesowało to posiłki potreningowe. Po treningu zaleca się posiłek zawierający białko + węglowodany. Podstawą tego posiłku jest pełnowartościowe białko, którego źródłem jest np. jogurt naturalny, twaróg, ryba, mięso i jajko. Poleca się jedzenie również prostych cukrów, mogą to być owoce.

Jaki jest plan? Na pierwszy ogień rzucam smażenie potraw. Od przyszłego tygodnia zaczynam też chodzić do sauny. Na razie treningu nie zwiększam, bo na fitness chodzę dwa miesiące i za każdym razem mam mokrą koszulkę, więc ciało jeszcze nie przyzwyczaiło się do takiego wysiłku :).

sobota, 2 lutego 2013

Ciam po 7 miesiącach odchudzania

Myślałam, że dziś napiszę o kolejnej pokonanej "dyszce", no ale niestety...może w przyszłym tygodniu :).

Na szczęście po grudniowym "obżarstwie" nie ma już śladu. Od stycznia schudłam 5,4 kg. i spadł mi 1,1 proc. tłuszczu (chociaż prawdę mówiąc nie wiem jak działają te wagi, które liczą mi ilość wody i tłuszczu). Z ramienia schudłam 2 cm (-8 cm. od początku), z talii -2 cm (-24 cm.), z bioder -3 cm. (-23 cm.) i z uda - 2 cm. (-19 cm.). Reszta bez większych zmian (po -1 cm.)

Zauważyłam, że szybciej mi lecą centymetry niż waga, co jest rzeczą oczywistą - sporo ćwiczę, a mięśnie są dużo cięższe od tłuszczu, co nie zmienia faktu, że ten miesiąc jest jednym z bardziej udanych w całej mojej karierze odchudzania :).



Po siedmiu miesiącach schudłam dokładnie 25,1 kg. (lub 27,1 kg. bo nowa waga, którą ważę się od jakiegoś czasu, pokazuje około 2 kg. więcej). Średnio wychodzi 3,5 kg. na miesiąc co jest wynikiem dobrym, ale nie rewelacyjnym. 

Zapewne jest to spowodowane - po pierwsze - kiepsko zakończonym grudniem i dwutygodniowym urlopem w diecie, a po drugie moim bardzo liberalnym podejściem do diety i stosunkowo częstymi "skokami w bok" (jak np. dziś - kawa z bitą śmietaną). Zastanawiałam się nad tym dzisiaj i stwierdziłam, że może powinnam jednak nieco zaostrzyć swoją dietę? Nie chodzi jednak o "skoki w bok" - one niech sobie będą dla komfortu psychicznego, poza tym i tak wkrótce będą kolejne święta. Ale może jednak powinnam bardziej przyłożyć się do metody Montignaca i ściślej jeść według jego zaleceń? 

Poczytam trochę na ten temat, zwłaszcza co jeść przed i po treningu i napiszę Ci do czego doszłam :).

Poza tym jestem niepomiernie szczęśliwa. Dziś byłam u fryzjera i poczułam się jak wszystkie te modne damy z amerykańskich filmów i seriali. Kaweczka, ploteczki...relaks jednym słowem. Fryzjer stwierdził, że z moich włosów uda się zrobić gęstą, grubą, a nade wszystko, długą fryzurę. Potrzeba do tego czasu, tabletek z witaminą B i odpowiednich kosmetyków, ale potwierdził, że moje marzenie może się spełnić! 

No, a wieczorem poszłam do siłowni, co jeszcze bardziej mnie rozradowało. Do tego w poniedziałek idę do bratfiterki i kupuję stanik. Nawet już byłam bliska wykupienia laserowej korekcji wzroku (wstrzymałam się, bo musiałabym wziąć 2 tygodniowy urlop w pracy, w poniedziałek pogadam z szefem...)

Niesamowite! Rzeczywiście realizuje wszystkie swoje postanowienia! 



piątek, 1 lutego 2013

Ale schudłaś! Jak to zrobiłaś?

Pewnego dnia usłyszałam dzwonek do drzwi. Nikogo nie spodziewałam się, ale otwieram, a tam...znajomi moich rodziców (tak, mieszkam z rodzicami).

Kiedy weszli, chwilę później zaczęli piać peany na mą cześć, że tak schudłam, że ładnie wyglądam, że och i ach, a potem posypały się miliony pytań: ile schudłaś? Jak to zrobiłaś? Jaką stosujesz dietę? Dużo ćwiczysz? Itd...itd...

Nie żebym nie lubiła takich pytań. Z radością prezentowałam nową figurę, mówiłam ile schudłam i skwapliwie potakiwałam jak to fantastycznie się teraz czuję. Potem jednak przyszła pora na konkrety.

"Bo wiesz...ja też chcę schudnąć, ale coś mi nie idzie..."

Na pytanie, jaką dietę stosuję, nie odpowiadam jednym zdaniem, w stylu: Dukana, tysiąca kalorii, czy żetpe (słynne "żryj połowę"). Metodycznie, z uśmiechem na ustach, zaczęłam opowiadać jaką to ja nie mam fantastyczną dietę, że dużo jem, że jest łatwa i przyjemna i że jest rewelacyjna. 

Potem same suche fakty: nie wolno łączyć tłuszczy z węglowodanami, nie wolno jeść przetworzonych potraw, cukru i białego chleba. Nawet zaoferowałam pożyczenie książki ("Szczupła bez wyrzeczeń"). I co?

"A to wiesz...przy okazji..."

To po jaką cholerę pytasz?