Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2015

Co jest trudniejsze od wyjazdu do Kanady?

Góry skaliste, śniegi po pachy, pająki i niedźwiedzie grizzli - to nic w porównaniu z byciem w związku.

Znowu z weekendowych planów nici, Mason rozchorował się. Oczywiście jak na dorosłą, gotową na związek i zrównoważoną psychicznie kobietę płakałam prawie całą noc, że na bank już mnie nie chce i wymyślił chorobę żeby nie spotkać się. Smarkając w chusteczki obiecałam sobie, że następnym razem pochwalę się, że mam kogoś dopiero na ślubnym kobiercu.


Mason w między czasie napisał mi, że przyjedzie w niedzielę rano i ma nadzieje, że do tego czasu tabletki pomogą. Ja jednak wiedziałam już swoje i zaplanowałam wyjście w góry.

Sulphur Mountain to jedna z niższych gór w tej okolicy (niecałe 1,5 tys. m.), trasa szeroka jak autostrada, po drodze pełno turystów, więc zagrożenie spotkania niedźwiedzia niewielkie. Wchodziłam na szczyt rozkoszując się widokiem i od czasu do czasu spoglądając na telefon w nadziei na SMS. Po dojściu na szczyt i upewnieniu się, że zasięg jest wciąż obecny już chciałam coś mu napisać, że przecież obiecał, że przyjedzie itd., ale Mason mnie ubiegł.

Okazało się, że choroba nie minęła, gorączka, zapalenie, cuda wianki. Endorfiny po wejściu na szczyt dały o sobie znać - odpisałam, żeby nie przejmował się, bo tak myślałam, że nie przyjedzie i poszłam w góry. Widzimy się w takim razie za tydzień.

Jak na prawdziwą samicę alfa przystało nie potrzebuję faceta do bycia szczęśliwą ;). Mason za to stwierdził, że powinnam znaleźć sobie pracę w Calgary żebyśmy mogli częściej widywać się. Zresztą mogłabym tu żyć jakbym chciała.

Podczas schodzenia z góry humor całkowicie mi się poprawił. Przepiękne, zapierające dech w piersi widoki, łatwa trasa, nawet nie padało. No i Mason, który coraz częściej wspomina, że powinnam wyprowadzić się do Calgary.


Budowanie związku skojarzyło mi się z ciążą. W pierwszym trymestrze istnieje największe zagrożenie poronienia dlatego wszystkie objawy psucia się relacji traktuję jak zwiastun najgorszego. Do tego mam PMS (stąd te irracjonalne płacze ;))

sobota, 25 lipca 2015

Ciam dojrzewa!

Wczoraj z pierwszą kanadyjską znajomą podzieliłam się pewnym intymnym newsem.

Dostałam zaproszenie na urodziny Karen. Bąknęłam nieśmiało, że dziękuję, dam znać, bo mój chłopak ma wziąć wolne żeby się ze mną spotkać.


Karen na początku nie załapała i powiedziała - ah ok, rozumiem, możecie wpaść razem. Po chwili jednak krzyknęła na cały regulator -  CIAM???!!!! Masz chłopaka??!!!! To wspaniałe!

Wiadomość niczym ewangelia roznosi się wśród kanadyjskich znajomych i przyjaciół w Polsce. Oczywiście sama też głoszę dobrą nowinę. Czasem jednak dochodzą do mnie irracjonalne myśli - przekonania, że jak tylko podzielę się pozytywną wiadomością to zaraz coś się spieprzy.

Dziś jest brzydka pogoda niesprzyjająca optymizmowi. Do tego czekałam na SMS od Masona od rana, a tu cisza. YouTube proponuje same smutne piosenki, a ja łzawo spojrzałam przez okno myśląc, że to koniec, odwidziało mu się, nie pojedziemy nigdzie, bo: jestem za brzydka, gruba, głupia, lubię góry, a on nie, albo mam zielone oczy, a on woli niebieskie.

Uciszyłam myśli przypominając sobie, że miłość mnie i tak znajdzie i nawet zwizualizowałam sobie małego śmiesznego stworka pędzącego w moją stronę z wielgachnym sercem i zipiąc wołającym: przepraszam, że tak długo!



Po wizji rozkosznego potworka sama wysłałam SMS i zaraz dostałam odpowiedź od Masona, że mnie strasznie przeprasza, ale jest zajęty i napisze jak tylko skończy pracę. Co ciekawe nigdy źle nie reaguję na te jego busy, bo wiem, że naprawdę jest zajęty i nie dorabiam sobie ideologii, że to kolejny pan "jestem-super-zajęty", który nigdy więcej nie odezwie się.

Pomyślałam wtedy, że chyba emocjonalnie dojrzewam do bycia w związku (OMFG).

poniedziałek, 20 lipca 2015

Ciemna strona Ciam

Poetycko zacznę. Drugi człowiek jest Twoim lustrem, do tego myślącym i czasem mówiącym co o Tobie myśli, albo co w Tobie dostrzega. Ostatnio częściej oglądam siebie w oczach Masona.

Cóż, mam szczęście (bądź nieszczęście) bycia osobą o wyraźnych poglądach i wyraźnym usposobieniu. Kiedy poznaję nowego faceta zawsze zastanawiam się co on we mnie dostrzega i na ile zauważa jaka jestem. Po bliższym poznaniu czekam z niepokojem aż stwierdzi, że jestem zarozumiałą, narcystyczną wariatką. 


Egoizm to jedna z wad, którą niewiele osób potrafi znieść, dlatego, że wszyscy jesteśmy egoistami, ale nie wszyscy są z tym pogodzeni. Dziś Mason zauważył, że jestem wymagająca (o matko, bo chcę zrobić wiele rzeczy na raz i wyciągnąć go na różne wycieczki), nie zwracająca uwagi na szczegóły, bo mam je po prostu gdzieś (łącznie z tym, że nie zauważyłam jak zmienił ciuchy w ciągu dnia), szybko nudząca się i zmieniająca temat, do tego nie potrafiąca cieszyć się z małych rzeczy (ale jak mam być zadowolona kiedy nie pojechaliśmy nad jezioro, bo był pożar i stukilometrowy korek?)

Wszystkie te wady albo zaakceptujesz, albo jebniesz mi drzwiami przed nosem. Mason nie jebnął, a ja cóż...też dostrzegam jego wady i też nie jebłam. Może dlatego, że oboje skupiamy się jednak na własnych zaletach i przymykamy oczy na wady pod osłonką różowych okularów?



wtorek, 14 lipca 2015

Mount Rundle

Jak zwykle przed poniedziałkiem - świętym dniem wolnym Ciam - nerwowo szukałam kolejnej trasy i towarzysza podróży. Napisałam do Jamesa czy ma jakiś plan na poniedziałek. Jego odpowiedź zwaliła mnie z nóg. Poinformował mnie, że...znalazł nowego górskiego partnera.

Pierwsza reakcja? Oczywiście ból, upokorzenie, miliony pytań (co ja mu zrobiłam, co złego powiedziałam? Może za wolna jednak jestem?) i ciamajdowata odpowiedź: Ok, dzięki za wcześniejsze wycieczki, było super.


Zwierzyłam się koledze z pracy, że straciłam kolejnego górskiego towarzysza i co mi napisał James. Ten wybuchnął śmiechem i stwierdził, że mój towarzysz to dzieciak z przedszkola, który mówi obrażony: Nie chcę się teraz z Tobą bawić, bo znalazłem nowego przyjaciela. Czemu kurna wcześniej na to nie wpadłam? A ja cipa zamiast dać upust złości to schowałam się znowu w skorupce potulności i za zasłonką biednej ofiary. Wkurza mnie to, że nie potrafię wyzwolić w sobie czystej furii i złości, bo ona w ogóle do mnie nie dociera. Ktoś może być dla mnie totalnym dupkiem, a ja...nic. Cóż, znikąd to się nie bierze, ale nie czas na psychoanalizę.


Upokorzona i zrozpaczona wrzuciłam ogłoszenie na lokalnym fanpejdżu i stwierdziłam, że jestem żałosna, bo szukam przyjaciół w internecie. Okazało się jednak, że nie jestem żałosna, tylko...fantastyczna. Dostałam wiele odpowiedzi, lajków, wszyscy zachwyceni moim podejściem do tematu i ostatecznie umówiłam się z dwoma dziewczynami na Mount Rundle.


Jak zwykle wyszło lepiej niż się spodziewałam. Dziewczyny okazały się fantastycznymi towarzyszkami podróży i doszłam do wniosku, że dobrze, że James mnie olał. Podczas wspinania się miałam też czas na przemyślenia na temat kobiecości (post na ten temat znajdziesz tutaj.) Żaden facet tak radośnie nie ekscytuje się przed wyprawą jak kobiety. Dzięki postowi na facebooku poznałam fantastyczne osoby - Brytyjkę i Kanadyjkę - pełne zapału, pasji i emanującej siły oraz jednocześnie ciepłe i radośnie pomagające innym górołazom. Jedyną "wadą" były długie postoje (co mi się nie zdarzało z Jamesem) i jeszcze dłuższe rozmowy co spowodowało, że wycieczka trwała niecałe...9 godzin. Ale to nic, Mount Rundle było nasze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Canadian dream?

Było słoneczne popołudnie. Szłam do banku zaksięgować swój czek, a wiadomo, że czeki potrafią poprawić nastrój. Zwłaszcza dwa na raz.

To był jeden z tych dni, kiedy wszystkie smutki dnia poprzedniego odchodzą w zapomnienie. Liczyło się bycie tu i teraz, piękna pogoda, fajna muzyka w uszach, dwa czeki, to, że mam dwie nogi, dwie ręce (w sensie swoje, nie ucięte w reklamówce ;)) i kolejne podróże za pazuchą. Optymizm powrócił i wszystko znowu nabrało sensu.


Szłam więc zachwycona wszystkim dookoła i nagle zobaczyłam ją. Zwykłą, czarną koszulkę powieszoną na manekinie przy osiedlowym butiku. Czarna koszulka z wydrukowanym prostym napisem: Love will find a way.

Koszulka trafiła prosto w serce, bo dnia poprzedniego zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam wyzywając James'a (tego od randki, nie gór) od narcystycznych dupków (tak, tak, najlepiej komuś wytknąć własne wady) i może jednak powinnam jakoś inaczej. A może on mnie nie chce, bo jestem za brzydka, gruba, głupia, mądra, woli blondynki, albo powinnam mniej/ więcej gadać, za szybko się otworzyłam? A może za mało? Może nie powinnam tego powiedzieć? Albo powiedzieć coś co przemilczałam? Albo...


Czarna brzydka koszulka z cytatem z Króla Lwa (tłumaczenie polskie: Miłość drogę zna jest jeszcze bardziej kiczowate niż oryginał, ale nie ważne środki, ważny cel) uświadomiła mi, że mam przestać kombinować, zastanawiać się, szukać w sobie błędów, płakać, a już przede wszystkim przestać wierzyć, że nie jestem warta miłości i nigdy takowej nie znajdę, bo ona sama mnie znajdzie. No to przestałam. Jasnymi od oświecenia oczami spojrzałam w niebo i pomyślałam: love will find a way! I poszłam dalej. Potem stał się cud. Ale może od początku.

Dawno, dawno temu, mniej więcej dwa miesiące wstecz umówiłam się na szybki lunch z Masonem (bez konotacji z masonerią - tak wiem, słaby żart). Chłop nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia, miałam go za zapatrzonego w siebie aroganta, do tego wyglądał jakby się gdzieś spieszył (uciec z nieudanej randki?), więc podchodziłam do niego bez zbędnego zaangażowania, a jak mnie wystawił tuż przed kolejnym spotkaniem, wkurwiłam się, wywaliłam go z Facebooka i Skype'a (nie, nie mam trzynastu lat; tak, jestem dorosła) i zapomniałam. No prawie, bo zastanawiałam się dlaczego nawet ten skończony dupek mnie nie chce. Czy ktoś tu się jeszcze dziwi czemu jestem sama?


Dwa tygodnie temu zobaczyłam sms wysłany od niego o drugiej w nocy. Od słowa do słowa znowu umówiliśmy się na kolejne spotkanie zaraz po mojej pracy. Umalowana, ubrana w sukienkę i w szampańskim nastroju poszłam do pracy, z której wyszłam z chmurą gradową nad głową, bo chłop miał czekać jak wół pod hotelem, a tu ni widu ni słychu. Chmurę odgarnęłam myślami, że nikt mnie nie unieszczęśliwi i jadę w góry, a poza tym...love will find a way.

Jazda rowerem pod górę to nie byle sprawa. Po dwóch przystankach, myślach samobójczych i zastanawianiu się czy jestem normalna, że jeszcze będę się wspinać na górę, stwierdziłam, że a co mi szkodzi, zapytam Masona czy coś go nie zatrzymało. Po dojechaniu na parking przy trasie na szczyt dostałam odpowiedź: jestem w drodze.


Wyobraź sobie teraz pustą dwupasmówkę i Ciam na rowerze zapierdzielającą z prędkością światła w dół (aż tak strasznie mi się nie spieszyło, było naprawdę stromo!) żeby wziąć prysznic, ubrać się, umalować i wyperfumować. Szaleństwo.

Wsiadłam do samochodu zmęczona, śpiąca i mało odzywająca się. Nawet nie próbowałam wywierać na nim wrażenia i olałam co sobie o mnie pomyśli. Pomyślał chyba dobrze, bo zaczęliśmy spotykać się.

środa, 1 lipca 2015

Przeraża mnie

Coraz częściej opowiadam kanadyjczykom o Polsce. Kanadyjskie truskawki to NIC w porównaniu z polskimi, nie mówiąc już o chlebie, serze białym i szynce.

W końcu zrozumiałam, że zaczęłam tęsknić. Podczas coponiedziałkowego hikingu James ze współczuciem zapytał czy po raz pierwszy jestem na emigracji? Myślę, że nie chodzi o samą emigrację, ale o to, że to pierwszy wyjazd na tak długo i bez konkretnego terminu powrotu.


Kiedy pomyślę o tym co zrobię po skończeniu terminu ważności wizy kanadyjskiej czuję ekscytację pomieszaną ze strachem, bo wiem, że na Kanadzie się nie skończy. Mam tyle pomysłów, możliwości i pragnień, że czasem mnie to przeraża. Jak każdy normalny człowiek szukam spokoju i poczucia komfortu, ale pieprzone owsiki w tyłku ciągle dają się we znaki (w sensie nie dosłownie, wiesz o co mi chodzi ;)) i diabeł szepczce do lewego ucha: Ciam! Chcesz w tej dziurze spędzić CAŁY rok? A nie lepiej sezon zimowy w innym regionie? Pouczyć się jeżdżenia na nartach? Snowboardzie? No i już ciśnienie lekko podniesione, bo trzeba będzie znowu pakować się, szukać pracy, mieszkania, znajomych, same problemy...

Zresztą tutaj i tak muszę się spieszyć, bo mam sporo gór do zdobycia. Przed każdym poniedziałkiem (święto Ciam - cały dzień wolny!) nerwowo wysyłam wiadomości do znajomych z pytaniem kto ma czas na wspólne zdobywanie szczytów, bo sama w lesie nie czuję się jeszcze pewnie. Poza tym rodzą się plany campingowe, wyjazd do Jasper, gdzieś w oddali wycieczka po Stanach, a jeszcze dalej Australia, Nowa Zelandia i Chiny...kiedy wrócę? Nie wiadomo.

Wizja niezależnego podróżowania po świecie ekscytuje mnie i napawa lękiem, bo docelowo nigdzie nie zagrzeję miejsca na dłużej niż rok. Wszystkie relacje i znajomości będą miały charakter tymczasowy, a znając życie pewnie i tak będę szukała księcia z bajki. Zresztą nawet nie chodzi o tymczasowość znajomości, tylko, że czasem będę polegać na ludzkiej życzliwości i wyciągać rękę po pomoc.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Uważność

Na pewno znasz to. Stoisz nad ziemniakami i obierając je rozważasz ważkie doczesne sprawy. Zmywając gary wymyślasz historie, które na 99 proc. nigdy nie zdarzą się. 

Myjąc podłogi fantazjujesz o rozmowach z ważnymi dla Ciebie osobami, wygrywasz kłótnie, wyznajesz co chcesz wyznać (albo nie wyznajesz co już niestety wyznałaś), rzucasz gromami, z twarzą wychodzisz z potyczek, wymyślasz różne warianty wydarzeń i odpowiedzi na różne pytania, które na 99 proc. nigdy nie zostaną zadane. 


Wczoraj pracowałam przy zmywaku z Chio. Ja obierałam ziemniaki, ona kroiła paprykę. Stałyśmy i milczałyśmy, obie zatopione w swych myślach. Ja zastanawiałam się czy James (ten i ten sam tu) odpisze mi na sms i co ja mu na niego odpiszę (albo co mu nie odpiszę, hah) oraz jak będzie wyglądało nasze kolejne niecenzuralne spotkanie. Chio myśli nie przytoczę, rozmyślała po japońsku ;).

Nagle między nami pojawił się szef, który krzyknął rozbawiony, że u nas przy zmywaku jest milczący kącik. Bum. Powrót do rzeczywistości. Zaczęły dochodzić głosy, gwar, rozmowy, huk talerzy i garów. Wyrwana z lerargu wróciłam do żywych. Wróciła też uważność - obserwowanie rzeczywistości takiej jakiej jest. Chio też ocknęła się i obie wyrwane ze śpiączki zaczęłyśmy rozmawiać.


Odczuwam radość kiedy jestem uważna. Doceniam to co mam, jestem aktywna i wesoła. Rozmawiam z ludźmi, cieszę się otoczeniem, śmieję ze swoich gaf, żyję. Kiedy jednak jest trudno, stresująco, przygnębiająco, albo po prostu nudno - uciekam do świata fantazji, jak zresztą większość z nas. 

Nasz wewnętrzny świat jest wielowymiarowy, w nim każda sytuacja ma nieskończoną ilość wariantów i każdą można omówić, poobserwować, ocenić, a nawet emocjonalnie przeżyć. Tak, nieraz płakałam nad swoimi wymyślonymi historiami, nie, nie mam schizofrenii :p


Utrzymanie uwagi w pracy jest dla mnie bardzo trudne. Przytłacza mnie hałas, wszędzie biegający ludzie i co chwila nowe zadania do wykonania już teraz natychmiast. Dlatego uciekam do swojego wewnętrznego świata żeby jakoś wytrzymać ten gwałt na moje uszy i oczy. Bezmyślnie też podjadam, dupa rośnie, nieszczęście tuż za rogiem. 

Stresuję się tym, że przytyję, stres zajadam, a jeśli nie zajadam to uciekam w stronę transu, czyli nie zwracania uwagi na otaczającą rzeczywistość, ani nawet swojego bólu i w efekcie nieczucia.


Gdzieś przeczytałam, że jeśli masz problem z wyrwaniem się z myślowego letargu zacznij w swoim otoczeniu szukać wszystkiego co ma kolor niebieski (albo jakikolwiek inny). Zaczniesz przyglądać się ludziom, otaczającym przedmiotom, dostrzeżesz coś na co do tej pory nie zwracałaś uwagi i przestaniesz marnować czas na jałowe dyskusje ze sobą. 

To zabawne, że z jednej strony nakręcają, wręcz podniecają mnie nowe emocje i przeżycia, a z drugiej moja podświadomość nie chce niczego czuć, bo zbyt gwałtowne uczucia są trudne do zniesienia i czuję przymus zagłuszenia ich jedzeniem. Kiedy o tym myślę, płakać mi się chce z bezsilności. 

Co w moim pokoju ma kolor niebieski?

Oh cudowne są te chwile kiedy wyrywasz się z coraz mocniej zaciskających się kleszczy własnych myśli i po prostu śpiewasz!

Ps. Zanim James napisał to ja spaliłam kontakt i uciekłam w popłochu przed zbyt dużymi emocjami.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Coming out Ciam

Moja poniedziałkowa wyprawa na szczyt Mt. Edith zbliża się wielkimi krokami, podekscytowanie rośnie z każdą chwilą, oczy jaśnieją, radość bije z całej postawy...spójrz na mnie, a dowiesz się jak wygląda szczęście.

Muszę przyznać, że wbrew pozorom, gdzie się nie pojawię, jestem uznawana za radosną, beztroską i zabawną osobę bez żadnych zmartwień, a chwilowe chmurki zaraz znikają, bo optymizm to moje drugie imię. Paradoks tkwi w tym, że sama siebie za taką nigdy nie uważałam.


Dziś miałam lekką potyczkę ze współpracowniczką, która opowiadała o swoich zmartwieniach i lekach przeciwdepresyjnych. Ja rzuciłam jakimś hasłem w stylu life is brutal, a ona na to, że co ja tam wiem o ciężkim życiu, ona to ma problemy! Ja w emocjonalnej reakcji na tę niesprawiedliwość rzuciłam: też mam problemy! 

No i się zaczęło. Poczułam się głupio, bo krzyczenie komuś o swoich problemach to żałosne wołanie o uwagę, ale przecież wiem co mi w głowie siedzi i nie są to zawsze jednorożce i tęcza. Mam problem z jedzeniem, relacjami damsko-męskimi i poczuciem własnej wartości. Ja po prostu tego nikomu nie okazuję. Łatwiej mi eksponować radość i zaangażowanie niż przyznać, że mam z czymś problem. Z kolei jak już przyznam się do utrapienia to często (zawsze?) obracam to w żart, jak na przykład swoje poczucie samotności zamieniłam w tragifarsę szukania chłopaka na siłę. 

Dziś jednak przyznałam sama przed sobą bardzo ważną rzecz. Od dawna jestem szczęśliwa. Nie wiem, czy to spełnienie marzenia o Kanadzie, czy coś innego, ale od dawna czuję, że jeśli ktoś zapytałby mnie czy jestem szczęśliwa - odpowiedziałabym pozytywnie.


Nawet roniąc łzy z powodu tęsknoty za kimś potrafię przyznać: tak, jestem szczęśliwa. Mam taką teorię, że zanim się urodzimy, sami sobie wybieramy ścieżkę życiową, miejsce, czas oraz nawet swoich rodziców. Celem tego jest osiągnięcie konkretnych doświadczeń. Poczucie sensu oczywiście jest ważne i pomocne. Jestem świadoma swojego sensu i celu życia, co nie zmienia faktu, że dalej odczuwam bóle i udręki. Wydaje mi się, że są one nierozerwalnie związane z moją drogą życiową i muszę po prostu z nimi pogodzić się. 

Kiedy myślę o sobie, coraz częściej mam obraz spełnionej osoby często doświadczającej przeżycia szczytowe (momenty największego szczęścia). Czułam to na przykład podczas wyjazdów kiedy stałam przed różnymi budowlami jak np. praską katedrą (pamiętam, że wtedy mój moment szczytowy zakłócił pewien Włoch, który chciał mi zrobić zdjęcie hyhy), muzeum Guggenheima w Nowym Jorku (o matko! To dopiero przeżycie!), obrazami Brueghela (prawie się popłakałam), na szczytach różnych gór (radość połączona ze zmęczeniem) itd...itd...nawet dziś miałam poczucie szczęścia przy zmywaku kiedy śmiałyśmy się z japonką i w czterech językach mówiłyśmy, że nie ma nic do roboty.


Tak, teraz świadomie będę skupiać się na szczęściu. Jestem szczęśliwa i wcale nie potrzebuję do tego drugiej połówki.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Co znaczy cute?

Znalazłam drugą pracę i już nie muszę martwić się ani o niedobór godzin ani na niedobór pieniędzy, bo nawet nie mam kiedy ich wydawać.

W drugiej pracy poznałam Chio - pewną japonkę, której skromny angielski i urok osobisty urzekł mnie niemal od razu. Zachwycona rozmawiałam z nią (tyle na ile się dało) o Japonii i planach na dalsze podróże. Chio jest dla mnie kwintesencją uroczości. Jej reakcje rodem z anime są tak urokliwe, że momentami nie wierzę, że ona to robi bezwiednie, ale właśnie cały jej urok tkwi w natualności.


Sama też słyszę na swój temat, że jestem "cute". Mój akcent jest cute, mój śmiech jest cute i w ogóle cała jestem cute. Nigdy nie wiedziałam jak mam na takie oświadczenie reagować i właściwie od jakiegoś czasu przestałam brać to jak komplement.

Niestety jestem cute jak popełnię jakieś głupstwo, że mam ochotę palnąć sobie w łeb, albo jak zaczynam opowiadać coś tak podekscytowana, że polski ancent staje się jeszcze wyraźniejszy. Opowiadam na przykład jakąś anegdotkę, mówię coraz szybciej i szybciej, historia nabiera rumieńców, a ktoś zamiast mnie słuchać to odpowiada: ale jesteś cute. No i nagle czuję się po prostu głupio.


James z kolei powiedział mi, że w ogóle nie muszę nic robić, po prostu czasem coś zaświergotać z polskim akcentem i już pełen zachwyt, bo jestem taaakaaa cute, że do porzygu. Czuję się poniżona, a moja duma została zdeptana i opluta, tym bardziej, że stwierdzenie, że jestem cute brałam za dobrą monetę i wyraz zainteresowania. O naiwności.

Oświadczenia wszystkich panów na temat mojej uroczości są niewarte funta kłaków i właściwie sprowadzają mnie do roli głupiej laleczki. Uroczość w ogóle nie pomaga w kontaktach z facetami, chyba, że komuś zależy na jednorazowym, acz intensywnym rendez-vous, a potem wszyscy są super busy, albo ekstra chorzy...

wtorek, 26 maja 2015

Ciapaki, British Colombia i brzydka prawda o Ciam

Wiedziałam, że tak będzie. Słuchałam sfrustrowanych współpracowników na temat nadchodzącego sezonu ze zdziwieniem, nieco z zakłopotaniem oraz może z wyższością: o nie, ja taką frustratką nie jestem. Nie będę sobie psuła nerwów sezonową robotą.

Oczywiście, że jestem frustratką!


Sezon jeszcze w pełni nie zaczął się, a już zaczynam odczuwać początki rasizmu do Hindusów i Chińczyków. Przychodzi hołota do hotelu, pełnym wyższości tonem i łamaną angielszczyzną żąda dodatkowych mydełek, szamponów, wiadra kawy, narobi burdel w pokoju, nawrzeszczy na opieszałą obsługę i jeszcze napisze negatywną ocenę na booking.com, bo nie daliśmy 50 proc. zniżki za brak sałatki owocowej.

Kiedy z podniesionym ciśnieniem żalę się reszcie załogi wszyscy kiwają ze zrozumieniem głową. Starzy wyjadacze mówią zaś z dobrotliwym uśmiechem, że to jeszcze nic, poczekaj na Izraelitów. Strach się bać.


Dziś stałam za ladą z francuzką housekeeperką i rozmawiałyśmy o ciężkim żywocie pracowników hotelu. Na poprawę humoru temat zszedł na podróże (a potem na bajki Disney'a hyhy). Podróże (Disney zresztą też) zawsze poprawiają mi humor. Oczywiście wszyscy zamierzamy po skończeniu sezonu wybrać się gdzieś w siną dal po Kanadzie i USA. Sama jeszcze nie wiem do końca gdzie i jak, ale mam kilka punktów do odhaczenia.

Francuzka po raz kolejny rozpływała się nad Whistler, BC, a ja doszłam do wniosku, że w sumie czemu nie rzucić dotychczasowej pracy po letnim sezonie i zimowy spędzić w innym miejscu? Takim na przykład Whistler, który jest równie dobry jak każdy inny kurort w Kanadzie. I tu można kogoś poznać.

Pisząc tego posta oświeciło mnie po co tak naprawdę umawiam się z tymi facetami. Refleksja jest przygnębiająca.


Otóż znowu liczyłam na szczęście, że znajdę miłego kanadyjskiego drwala - zapalonego podróżnika, z którym wybiorę się w podróż. Po kolejnej nieudanej randce z panem, który okazał się byłym alkoholikiem, który stracił prawko i siedział pół roku w więzieniu za jazdę po pijaku, stwierdziłam, że o nie droga Ciam, życie wyraźnie Ci pokazuje, że wszystko musisz zdobyć sama, bez drogi na skróty. Nie pierwszy raz zresztą. Jestem samodzielna, bo muszę, a nie - bo chcę.

Zamiast luksusowego podróżowania z miłością życia muszę zapakować się w turystyczny plecak i sama sobie wszystko zorganizować. Przecież potrafię. Całe szczęście znalazłam fundację, która między innymi organizuje wycieczki z przewodnikiem po górach skalistych za małe pieniądze, więc nie muszę szukać po omacku doświadczonych wspinaczy i traperów, żeby nie zginąć zjedzona przez niedźwiedzie tudzież pumy. 


No cóż, przynajmniej dowiedziałam się, czemu jestem sama. Jestem strasznie interesowna i niczego od siebie nie daję. Tu nawet nie chodzi o miłość. Chciałam żeby ktoś się w końcu mną zaopiekował, zadbał, powiedział, żebym się o nic nie martwiła, ja zapłacę, załatwię, przyniosę i podam. Ale nie kurwa, wszystko muszę sama. Dzięki losie! Fuck you!

sobota, 23 maja 2015

Moja droga życiowa

Luźna rozmowa po 22 z pewnym nieznajomym.

Scenariusz takich rozmów wygląda podobnie. Najpierw pytają skąd pochodzę, jak mi się tu podoba, od kiedy jestem, na ile zostaję, co zwiedziłam. Amerykanie zaś często (nie wiedzieć w sumie czemu) pytają o gospodarkę Polski by potem nie zważając na to co mówię pokiwać litościwie głową, że ah ta biedna Polska.

Wracając do dzisiejszej rozmowy. Pan pyta na ile zostaję, ja zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy odpowiadam, że na rok, a pan na to, że ah to w takim razie luźna turystyka i co jeśli się zakocham.


Znowu zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy i znajomością swoich uczuć stwierdziłam, że jak się zakocham ze wzajemnością (co jak wiadomo bywa trudne do osiągnięcia) to bez wahania zostaję.

Nagle doznałam Deja vu. Jeszcze będąc w Polsce jak już zwierzałam się ze swoich planów i otrzymywałam dokładnie to samo pytanie to odpowiadałam, że jakbym się zakochała ze wzajemnością (kurewsko trudne do osiągnięcia!) to bez wahania zostaję.

Teraz tak sobię myślę, ile jeszcze razy będę zaklinać rzeczywistość i rzucać wyzwanie losowi - gdzie ta odwzajemniona miłość! Zostaję gdziekolwiek się pojawi!


A jak się nie pojawi to przynajmniej będę miała wiele ciekawych romansów na całym świecie i będzie co kotom na starość opowiadać ;).

środa, 20 maja 2015

Wyprawa do Lake Louise

W tygodniu mam tylko jeden cały dzień wolny. Staram się go wykorzystać maksymalnie i gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Lake Louise od niemal początku było na liście must-see.

Do Lake Louise mogłam dojechać autobusem Greyhound, jednak udało mi się znaleźć towarzystwo i pojechaliśmy z Jamesem samochodem.


Lake Louise to nazwa jeziora oraz pobliskiego miasteczka turystycznego. W pobliżu jeziora usytuowane jest tzw. Chateau, ale z zamkiem ma on niewiele wspólnego. No może wielkość...w każdym razie "zamek" urodą nie powala.

Samo jezioro niestety było zamarźnięte. Tak, mamy połowę maja, a w Lake Louise panuje sroga zima, śnieg na drodze, brakuje tylko niedźwiedzi polarnych i neandertalczyków.


Z Jamesem weszliśmy na krótki szlak mierzący 5 km w jedną stronę. Wydawało mi się, że to będzie przyjemny spacerek, trochę pod górę, ale raczej płaski teren. Dla mnie pestka, za to James okazał się człowiekiem o słabej kondycji i silnej potrzebie zwrócenia uwagi na swój ból i cierpienie. Ja za to podczas powrotu wywróciłam się na tyłek, który potem strasznie mnie bolał (ubrałam głupia zwykłe adidasy, bo pomyślałam, że po co mi buty trekkingowe na 5 km. płaski teren), ale to i tak nic w porównaniu z jękami i stękaniem Jamesa, dla którego 10 km. to dużo.

No dobra, ciekawskich oświecę. James to randka do tego niepokojąco przypominająca sprzed wieków A. (więcej o nim tutaj), czyli wysoki, przystojny, ale...dziwny. Raczej drugi raz się z nim nie spotkam. Chociaż z drugiej strony...czemu wariaci mnie pociągają? Swój swojego ciągnie, czy co?


sobota, 11 kwietnia 2015

Z pamiętnika Ciam na obczyźnie

Doleciałam. Żyję. Kanada zachwyca i sprawia, że czuję się jak u siebie. Ale po kolei.

Napisałam strasznie długiego posta o tym jak minęła mi podróż, ale pomyślałam, że to bez sensu i trochę przynudzam ;). W skrócie więc: czułam się jakby cały świat mi sprzyjał i chciał żebym do Kanady doleciała bez problemów (nawet mimo celowej partyzantki i spania na lotnisku w Newark). Wszystkie po drodze rzeczy załatwiałam sprawnie i szybko. Urzędnik imigracyjny stwierdził, że jestem szczęściarą jak mu opowiedziałam dokąd jadę i co będę robiła. Z radością wlepił mi do paszportu pozwolenie na pracę i życzył szczęścia.

Zdjęcie zrobione komórką, ale co tam. To moja okolica ;)

Szczęście mnie nie opuszczało i w samej pracy, gdzie szef kazał mi na początek dużo odpoczywać, a potem dbał o to, żebym dobrze się czuła. Pracuję z kilkoma Polakami, którzy są mili i pomocni. Na razie tylko przyglądam się co ludzie z Front Desku robią i czasem stresuję się czy będę rozumiała czego chcą ode mnie klienci. Prawdę jednak mówiąc w Kanadzie nie ma takiego zróżnicowania akcentów jak w Stanach, gdzie kiedy po raz pierwszy tam przyleciałam, przez tydzień miałam depresję, że tych Jankesów w ogóle nie rozumiem.

Zaczynam też powoli poznawać Kanadyjczyków. Cóż, prawdą jest, że mają chyba trochę inne pojęcie zimna jak Polacy. 2st C i słońce to właściwa pora na ubranie koszulki i japonek, a dzieci jedzące lody na ulicy przestały mnie już nawet dziwić. Poza tym, jak wszyscy Amerykanie, są uprzejmi, pomocni i przy okazji nie narzucający się.


Wracając do tematu szczęścia. W sprawach sercowych chyba mnie opuściło, choć trzeba przyznać, że Kanadyjczycy różnią się od Polaków mocno w sprawach seksu. Polakowi jak mówię nie, to rzadko on to szanuje. Kanadyjczyk (a przynajmniej ten, którego poznałam) od razu odpuścił i nie liczył, że nagle jednak zmienię zdanie i ochoczo się z nim bzyknę. Po tym sobie po prostu poszedł. Wydaje mi się, że oczami mu więcej powiedziałam jak słowami, bo jak na mnie spojrzał to zrobiło mu się glupio i zaraz się zawinął. Przez ułamek sekundy poczułam, że naprawdę potrzebuję miłości a nie seksu z pierwszym lepszym. Potem jednak doszłam do siebie. Mam nadzieję, że nie będę więcej straszyła oczami spragnionego miłości Bambi ;)

wtorek, 31 marca 2015

Kanadyjscy drwale

Ostatnie dni do wylotu są nieco wolniejsze. Prawie wszystko mam już pozałatwiane, wydrukowane, sprawdzone i dopięte na ostatni guzik.

Dziś mam ostatni dzień w pracy, dostałam mnóstwo prezentów, życzeń i dobrych rad (pamiętaj o gazie pieprzowym na niedźwiedzie!). Po imprezie pożegnalnej cały dzień leczyłam kaca. Ahh...pożegnania są trudne.

Teraz została część bardziej przyjemna, czyli jakieś tam zakupy i...szukanie znajomych w Kanadzie.

Jeśli chodzi o zakupy to po szybkim researchu cen w kanadyjskich sklepach dochodzę do wniosku, że niczego na zapas nie kupuję i biorę ze sobą stare, napoczęte kosmetyki do wykończenia, a potem zacznę stosować kanadyjskie. Ciuchy, plecak trekkingowy i jakiś nowy laptop też sobie darowałam, bo w Kanadzie ceny są w miarę podobne (albo mniejsze).

Co do nowych znajomości to tutaj pełno niespodzianek. Nie mogę jeszcze mówić o jakichś różnicach kulturowych, bo za krótko z Kanadyjczykami rozmawiam, ale wszyscy są dla mnie bardzo mili i chętni do pomocy. Generalnie w ciągu dwóch tygodni znalazłam z dziesięciu ochotników do podwózki mnie z lotniska, na szczęście sam boss po mnie przyjedzie więc muszę odmawiać.

Poza tym nasłuchałam się tyle komplementów, że obrosnę w piórka. Od takiej ilości słów uznania idzie zgłupieć i zastanawiam się czy Kanadyjczycy mają inny gust (w sensie lepszy), Polacy są wybredni, czy po prostu nasi rodacy nie są tak skorzy do komplementowania. Zresztą temat urody jest dla mnie bardzo ryzykowny i staram się nie przywiązywać do komentarzy na swój temat większej uwagi, chociaż komplementy są tak miłe...

Poza tym podrywy kanadyjskie wyglądają czasem równie topornie jak polskie. Wiadomości od napaleńców mają podobnie jak w Polsce różną postać, od bardziej dosadnych w stylu: "ładna jesteś, ruchałbym Cię", po bardziej subtelne: "czeka tu na Ciebie coś twardego do potrzymania".


Na szczęście wśród tego tłumu znajdują się perełki, które dodają mi otuchy, że w Kanadzie na pewno sama nie będę i zawsze mogę liczyć na ich pomoc i wsparcie. 

sobota, 31 stycznia 2015

Gatunki ludzi

Na pierwszy rzut oka ludzi klasyfikuje się ze względu na wygląd. Ten chudy, ten gruby, tamten biały, a ten tu czarny. Gdzieś tam widzimy rudego, zezowatego, z kręconymi włosami czy niebieskimi oczami.

Wyższy poziom jazdy to pierwsze wrażenie, charakter. Ta zabawna, ten zamknięty w sobie, ci poważni.


Gdyby zamknąć nas w te klasyfikacje, łatwo byśmy dobierali się w grupy podobnych do siebie osób. Wysocy i poważni z wysokimi i poważnymi, weseli z wesołymi itd. Łączyć może też hobby. Relacje z najbliższym mi otoczeniem pokazują jednak, że to nie wszystko.

Pracuję w pokoju z sześcioma zupełnie różnymi (jak to w życiu bywa) osobami. To moje najbliższe otoczenie przez jakieś osiem godzin dziennie. Na jedną z dziewczyn ciągle warczę (eh, wstyd przyznać), z inną ciągle śmieję się, kolejna jest miła, ale czasem walczę z irytacją, następna jest mi obojętna, inną bardzo lubię, ale ona chyba czuje do mnie dystans, ostatnia za to żadnej z nas nie lubi ;). W szóstkę (ta jedna separuje się od nas) tworzymy team wspaniałych kobiet, które chodzą ze sobą na obiad i dyskutują na każdy temat. To co mnie zastanawia to relacje pomiędzy nami wszystkimi.


W większości jesteśmy wrażliwe i wyczuwamy nastroje innych czy mniej lub bardziej wnikamy wgłąb siebie. Jedna z nas ma szczególny dar i dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Uważa ona, że niewidzialna nić porozumienia jest między dwoma dziewczynami, z których z jedną najbardziej się dogadywałam i uważałam, że to właśnie ona jest moją bratnią duszą. Poczułam się odrzucona i samotna i zaczęłam zastanawiać się, to kto właściwie mógłby zostać moją bratnią duszą.

Co do bratnich męskich dusz, często dokonywałam pomyłek. Myślałam, że nim jest M., dlatego na początku entuzjastycznie do niego podchodziłam, a później poczułam się tak zraniona i odrzucona, że długo dochodziłam do siebie. Niedawno zresztą moja wspaniała koleżanka przeżyła kolejne rozczarowanie miłosne, tym mocniejsze, że też myślała, że znalazła w końcu tego jedynego, z kim doskonale dogadywała się.

Ostatnio zresztą u psycholki wyszedł temat M. Nie rozmawiałam jeszcze z nią na jego temat, bo czuję, że jeszcze nie mam dość siły i odwagi, by stawić czoło demonom przeszłości. Wczoraj jednak wpadłam na pomysł jak tłumaczyć takie pomyłki.



Otóż gdzieś w środku nas drzemią różne gatunki zwierząt. Ja jestem tygrysem (potwierdza to mój horoskop chiński :P) i M. mogłam pomylić z nie wiem, wilkiem czy innym lisem. Mogłam się pomylić? Mogłam! Swój gatunek ciężko określić, a co dopiero czyjś. To, że wilk nie chciał tygrysa to nie dlatego, że tygrys jest zły (wprost przeciwnie! Fuckin majestic!), tylko po prostu...nie ten gatunek.

Uff...jaka ulga.

niedziela, 14 grudnia 2014

Kiedy schudniesz...

Zbliżają się moje urodziny. Poszłam z tym faktem do trenera zapytać o menu.

Ł. okazał się nad wyraz łaskawy i powiedział: "A jedz co chcesz". Od razu oczy mi się zaświeciły od wizji przeróżnych smakołyków i bym tak tkwiła w rozmarzeniu, gdyby nie to, że byłam na treningu.


Nie o tym jednak chciałam. Ł. zapytał o moje urodzinowe plany i tak od słowa do słowa wyszło, że spędzam je z koleżankami, a nie z ukochanym, którego rzecz jasna nie mam. Od tamtej pory Ł. chyba niechcący chce mi podrzucić kolejną motywację do odchudzania, czyli: jak schudniesz to znajdziesz sobie faceta. Chcąc nie chcąc - temat powrócił jak bumerang, do tego trafiając mnie prosto w twarz.

Najpierw śmiałam się razem z Ł. i słuchałam złakniona jego komplementów, że wyglądam super, opad szczęki, męskie wzroki i podziw jak podnoszę sztangi coraz większe i większe. No nie powiem, jest mi miło i lubię swoją dwa-razy-tygodniowo dawkę komplementów, ale gdzieś tam z tyłu głowy czuję bunt.


Wiadomo, mężczyźni są wzrokowcami i dla nich bardzo ważne jest czuć pożądanie do kobiety, ale nie wiem czy jestem w stanie uczestniczyć w tym tańcu godowym (zwłaszcza, że jestem niepewna swojej kobiecości). Ostatnio zresztą weszłam w polemikę z koleżanką, która jako kontrargument zapytała czy chciałabym faceta, który jest obleśny i gruby.

Co to za argument i jak on ma się do sugestii psychola, że każdy ma prawo do miłości i nie jest to zależne od wagi?

Z jednej strony rozumiem, że w związkach damsko-męskich ważny jest wygląd, ale jeżeli z jego powodu (tzn. zaniedbania jednej ze stron) ludzie się rozchodzą, to...ja podziękuję za taką relację.


Ps. Na urodziny postanowiłam, że zrobię menu oparte na zdrowych, naturalnych produktach, już szukam fajnych przepisów bez mącznych itp :) 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Wracam do początku

Myśli, które przewijają mi się w głowie są podobne do tych na początku odchudzania. Zataczam koło...

Dziś zastanawiam się między innymi nad swoją główną motywacją odchudzania. Jak być może pamiętasz, kiedyś pisałam, że moim cichym motorem napędzającym odchudzanie było znalezienie chłopaka. Być może rozczarowanie czymś na co niekoniecznie mam wpływ spowodowało, że wszystko się posypało. Mowa oczywiście o M.


A'propos M. Na całe szczęście zdystansowałam się do niego i nawet mogłam mu powiedzieć, że wydawało mi się, że niedawno ze mną flirtował. Odpowiedź znowu zbiła mnie z pantałyku. Otóż M. stwierdził, że zupełnie nie to miał na myśli i był po prostu...miły, a ja mam problem z interpretacją znaków. Na koniec zresztą M. przyznał, że takich idiotek jak ja ma więcej, wszystkie mentalnie kastruje i sprowadza do roli swoich przyjaciółek, a on biedny otoczony wianuszkiem fanek, nie rozumie dlaczego one wszystkie się na niego fochają (ok, nie przytaczam jego słów literalnie ;p). Wkurwiłam się nie na żarty i...wszystkie jego zalety zostały przysłonięte przez zalewającą mnie krew i trafiający szlag.

Do tej pory miałam chyba jakieś dziwne poczucie wyjątkowości (jedyna w nim nieszczęśliwie zakochana?), ale kiedy okazało się, że nawet w tym nie jestem wyjątkowa to...przestało mi na nim zależeć. Bum! Koniec dramatu. Kurtyna.

Z tą zalewającą mnie krwią i trafiającym co rusz szlagiem pojechałam wczoraj na Śląsk na groby dziadów, pradziadów i prapradziadów (!) ze strony mojego ojca. Modliłam się wyjątkowo długo do jednego prapradziada, do którego czuję ogromną sympatię i chyba nawet jego krew płynącą w moich żyłach, po tym jak usłyszałam, że był powstańcem, komunistą i uciekał przed sądem aż do Chin (od razu wyjaśniam ewentualne niejasności - nie, nie jestem komunistką ;)).

Wracając do dziadów. Stałam nad tymi grobami i błagałam ich, żeby dali mi mądrość w znalezieniu odpowiedniego chłopa, albo chociaż wybili mi to z głowy. No i żebym schudła. W zeszłym roku prosiłam o to żeby robili co trzeba i co uznają za słuszne w sprawie M. bo jestem załamana...po roku doczekałam się, więc liczę na nich i w tej sprawie. Swoją drogą moi przodkowie muszą mieć ze mną przerąbane, wiecznie przyłażę i czegoś od nich chcę ;).

Po zapaleniu świeczek pojechałam z ojcem do ciotki i kuzynek na kluski śląskie. Jedna z kuzynek jest do mnie chyba podobna z charakteru, czyli "śląska dziołcha", dosadna, zabawna i bardzo otwarta, ale i czasem wybuchowa. Zastanawiałam się dlaczego taka fajna, bardzo inteligentna i otwarta babka po trzydziestce nie może sobie znaleźć męża. Zasępiłam się nad kluskami i doszłam do wniosku, że albo brak seksapilu i kumplowskie zachowanie do wszystkich mężczyzn, albo jest za fajna i za mądra, więc odstraszająca facetów. Płynnie oczywiście przeszłam do siebie i stwierdziłam, że ja to na pewno jestem pozbawiona uwodzicielstwa, bo o spore przewyższanie facetów inteligencją bym siebie nie posądzała, zresztą znam inteligentne dziewczyny, które mają facetów. Właściwie, jak facet mi mówi, że jestem wyjątkowo mądra to zastanawiam się z kim do tej pory rozmawiał, bo ja znam tylko takie jak ja.


W domu zrobiłam szybki research i zapytałam wujka Google, dlaczego faceci widzą we mnie tylko koleżankę. Sobie odpowiedziałam, że to dlatego, że sama u mężczyzn najpierw szukam przyjaciela, ale wujek nie pozostawił mi złudzeń i podrzucił kilka artykułów, w których dużo mężczyzn pisało, że jeżeli masz zainteresowania i trochę oleju w głowie to może chodzi o...wygląd i trzeba po prostu wziąć się za siebie (ładnym i mądrym zostało obniżenie wysokich wymagań).

Momentalnie łzy mi stanęły w oczach i zaczęłam myśleć, że no pewnie, żeby ktoś w ogóle zainteresował się mną, muszę schudnąć, inaczej to wszyscy będą mnie traktowali jak kumpelę, im szczuplejsza tym jestem bardziej pewna siebie, więc zaczynam już od dziś i w Kanadzie jakoś to pójdzie, znajdę faceta, wszystko się ułoży, będzie...



Stop. Znów formułuje sobie zewnętrzną motywację. Zadałam więc sobie pytanie: gdyby teraz stanął przede mną jasnowidz (hipotetycznie mówiący prawdę i tylko prawdę :P) i powiedział: "nie znajdziesz faceta, nawet jeśli będziesz wyglądać jak modelka" to co by było powodem odchudzania? I czy w ogóle wtedy chciałabym schudnąć?

Pierwszą odpowiedzią, która by każdemu nasunęła się to oczywiście zdrowie. Gorzej, jeśli chora nie jestem i jakoś żadna z dalekich i możliwych chorób mnie nie straszą. Po prostu zdrowie to nieoceniona zaleta, ale mnie - jako osobę zdrową - nie motywuje. Nie staje się wielkim pragnieniem i moim "dlaczego". Pragnienie za to znalazłam w swoim hobby.


Chcę schudnąć, aby bez problemu, szurania kolanem po brzuchu i straszliwej zadyszki wspinać się po górach, nauczyć się nurkowania, pojechać na kilku- dniową/tygodniową wyprawę rowerową (samodzielną), nauczyć się jazdy na nartach w Kanadzie (za horrendalnie wielkie pieniądze wpłacone pośrednikowi będę miała możliwość nauki jazdy na nartach i snowboardzie), a także w końcu wybrać się na piechotę do Santiago de Compostela drogą św. Jakuba.

To są moje nowe powody odchudzania i teraz zamiast ważyć się i mierzyć, będę podnosić wydolność/gibkość i sprawność. Pal licho urodę i męża.