wtorek, 31 marca 2015

Kanadyjscy drwale

Ostatnie dni do wylotu są nieco wolniejsze. Prawie wszystko mam już pozałatwiane, wydrukowane, sprawdzone i dopięte na ostatni guzik.

Dziś mam ostatni dzień w pracy, dostałam mnóstwo prezentów, życzeń i dobrych rad (pamiętaj o gazie pieprzowym na niedźwiedzie!). Po imprezie pożegnalnej cały dzień leczyłam kaca. Ahh...pożegnania są trudne.

Teraz została część bardziej przyjemna, czyli jakieś tam zakupy i...szukanie znajomych w Kanadzie.

Jeśli chodzi o zakupy to po szybkim researchu cen w kanadyjskich sklepach dochodzę do wniosku, że niczego na zapas nie kupuję i biorę ze sobą stare, napoczęte kosmetyki do wykończenia, a potem zacznę stosować kanadyjskie. Ciuchy, plecak trekkingowy i jakiś nowy laptop też sobie darowałam, bo w Kanadzie ceny są w miarę podobne (albo mniejsze).

Co do nowych znajomości to tutaj pełno niespodzianek. Nie mogę jeszcze mówić o jakichś różnicach kulturowych, bo za krótko z Kanadyjczykami rozmawiam, ale wszyscy są dla mnie bardzo mili i chętni do pomocy. Generalnie w ciągu dwóch tygodni znalazłam z dziesięciu ochotników do podwózki mnie z lotniska, na szczęście sam boss po mnie przyjedzie więc muszę odmawiać.

Poza tym nasłuchałam się tyle komplementów, że obrosnę w piórka. Od takiej ilości słów uznania idzie zgłupieć i zastanawiam się czy Kanadyjczycy mają inny gust (w sensie lepszy), Polacy są wybredni, czy po prostu nasi rodacy nie są tak skorzy do komplementowania. Zresztą temat urody jest dla mnie bardzo ryzykowny i staram się nie przywiązywać do komentarzy na swój temat większej uwagi, chociaż komplementy są tak miłe...

Poza tym podrywy kanadyjskie wyglądają czasem równie topornie jak polskie. Wiadomości od napaleńców mają podobnie jak w Polsce różną postać, od bardziej dosadnych w stylu: "ładna jesteś, ruchałbym Cię", po bardziej subtelne: "czeka tu na Ciebie coś twardego do potrzymania".


Na szczęście wśród tego tłumu znajdują się perełki, które dodają mi otuchy, że w Kanadzie na pewno sama nie będę i zawsze mogę liczyć na ich pomoc i wsparcie. 

piątek, 27 marca 2015

Co się dzieje z Ciam?

Długo, bardzo długo nie pisałam. Wszystko nagle przyspieszyło. Dostałam pracę w Kanadzie i wylatuję 6 kwietnia do Alberty.

Pracę znalazłam sama. Wysyłałam dzień w dzień po kilka(naście) aplikacji i przeszłam kilka rozmów kwalifikacyjnych w tym jedną od pośrednika. Tego samego dnia, kiedy rozmawiałam przez Skype'a z hotelem złapanym przez pośrednika, dostałam maila od mojego pracodawcy, że z chęcią ze mną porozmawia.

Po bardzo krótkiej rozmowie zszokowana usłyszałam, że za chwilę dostanę na maila kontrakt do podpisania i mam przylatywać jak najszybciej. Wręcz wybłagałam żebym mogła zostać w Polsce do świąt. Łaskawy pracodawca przystał na to :).

Niemal natychmiast wpadłam w wir przygotowań, zakupów, zamykania różnych spraw, szykowania imprezy pożegnalnej itd. W między czasie wyjechałam na weekend do Londynu, trenuję i chodzę do psycholki. Pozamykałam konta bankowe, kupiłam ubezpieczenie, poszłam do dentysty, dałam wypowiedzenie w pracy...


U psycholki doszłam do wniosku, że naprostowałam to co miałam do naprostowania. Czuję się silniejsza i gotowa na przygodę. Minęły wątpliwości i strach, teraz po prostu skupiam się na załatwianiu wszystkiego. We wtorek mam ostatni dzień w pracy i może wtedy dotrze do mnie, że naprawdę wyjeżdżam...

Trener Ł. pieje z zachwytów i mówi (uwaga, cytuję!), że jestem chuda jak nigdy! Trochę boję się, że od syropu klonowego przytyję, ale w mieście do którego jadę będzie siłownia, więc możliwości są.

Postaram się informować na bieżąco. Przede mną niezłe wyzwanie. Przesiadka w Nowym Jorku i wylot do Kanady z innego lotniska niż przylot. Lecę dolce kupować i drukować możliwe sposoby dojazdu (wg Tripadvisora będzie ciężko...)


Swoją drogą ile par skarpetek spakować na roczny wyjazd? :D