wtorek, 30 czerwca 2015

Przeraża mnie

Coraz częściej opowiadam kanadyjczykom o Polsce. Kanadyjskie truskawki to NIC w porównaniu z polskimi, nie mówiąc już o chlebie, serze białym i szynce.

W końcu zrozumiałam, że zaczęłam tęsknić. Podczas coponiedziałkowego hikingu James ze współczuciem zapytał czy po raz pierwszy jestem na emigracji? Myślę, że nie chodzi o samą emigrację, ale o to, że to pierwszy wyjazd na tak długo i bez konkretnego terminu powrotu.


Kiedy pomyślę o tym co zrobię po skończeniu terminu ważności wizy kanadyjskiej czuję ekscytację pomieszaną ze strachem, bo wiem, że na Kanadzie się nie skończy. Mam tyle pomysłów, możliwości i pragnień, że czasem mnie to przeraża. Jak każdy normalny człowiek szukam spokoju i poczucia komfortu, ale pieprzone owsiki w tyłku ciągle dają się we znaki (w sensie nie dosłownie, wiesz o co mi chodzi ;)) i diabeł szepczce do lewego ucha: Ciam! Chcesz w tej dziurze spędzić CAŁY rok? A nie lepiej sezon zimowy w innym regionie? Pouczyć się jeżdżenia na nartach? Snowboardzie? No i już ciśnienie lekko podniesione, bo trzeba będzie znowu pakować się, szukać pracy, mieszkania, znajomych, same problemy...

Zresztą tutaj i tak muszę się spieszyć, bo mam sporo gór do zdobycia. Przed każdym poniedziałkiem (święto Ciam - cały dzień wolny!) nerwowo wysyłam wiadomości do znajomych z pytaniem kto ma czas na wspólne zdobywanie szczytów, bo sama w lesie nie czuję się jeszcze pewnie. Poza tym rodzą się plany campingowe, wyjazd do Jasper, gdzieś w oddali wycieczka po Stanach, a jeszcze dalej Australia, Nowa Zelandia i Chiny...kiedy wrócę? Nie wiadomo.

Wizja niezależnego podróżowania po świecie ekscytuje mnie i napawa lękiem, bo docelowo nigdzie nie zagrzeję miejsca na dłużej niż rok. Wszystkie relacje i znajomości będą miały charakter tymczasowy, a znając życie pewnie i tak będę szukała księcia z bajki. Zresztą nawet nie chodzi o tymczasowość znajomości, tylko, że czasem będę polegać na ludzkiej życzliwości i wyciągać rękę po pomoc.


niedziela, 21 czerwca 2015

Uważność

Na pewno znasz to. Stoisz nad ziemniakami i obierając je rozważasz ważkie doczesne sprawy. Zmywając gary wymyślasz historie, które na 99 proc. nigdy nie zdarzą się. 

Myjąc podłogi fantazjujesz o rozmowach z ważnymi dla Ciebie osobami, wygrywasz kłótnie, wyznajesz co chcesz wyznać (albo nie wyznajesz co już niestety wyznałaś), rzucasz gromami, z twarzą wychodzisz z potyczek, wymyślasz różne warianty wydarzeń i odpowiedzi na różne pytania, które na 99 proc. nigdy nie zostaną zadane. 


Wczoraj pracowałam przy zmywaku z Chio. Ja obierałam ziemniaki, ona kroiła paprykę. Stałyśmy i milczałyśmy, obie zatopione w swych myślach. Ja zastanawiałam się czy James (ten i ten sam tu) odpisze mi na sms i co ja mu na niego odpiszę (albo co mu nie odpiszę, hah) oraz jak będzie wyglądało nasze kolejne niecenzuralne spotkanie. Chio myśli nie przytoczę, rozmyślała po japońsku ;).

Nagle między nami pojawił się szef, który krzyknął rozbawiony, że u nas przy zmywaku jest milczący kącik. Bum. Powrót do rzeczywistości. Zaczęły dochodzić głosy, gwar, rozmowy, huk talerzy i garów. Wyrwana z lerargu wróciłam do żywych. Wróciła też uważność - obserwowanie rzeczywistości takiej jakiej jest. Chio też ocknęła się i obie wyrwane ze śpiączki zaczęłyśmy rozmawiać.


Odczuwam radość kiedy jestem uważna. Doceniam to co mam, jestem aktywna i wesoła. Rozmawiam z ludźmi, cieszę się otoczeniem, śmieję ze swoich gaf, żyję. Kiedy jednak jest trudno, stresująco, przygnębiająco, albo po prostu nudno - uciekam do świata fantazji, jak zresztą większość z nas. 

Nasz wewnętrzny świat jest wielowymiarowy, w nim każda sytuacja ma nieskończoną ilość wariantów i każdą można omówić, poobserwować, ocenić, a nawet emocjonalnie przeżyć. Tak, nieraz płakałam nad swoimi wymyślonymi historiami, nie, nie mam schizofrenii :p


Utrzymanie uwagi w pracy jest dla mnie bardzo trudne. Przytłacza mnie hałas, wszędzie biegający ludzie i co chwila nowe zadania do wykonania już teraz natychmiast. Dlatego uciekam do swojego wewnętrznego świata żeby jakoś wytrzymać ten gwałt na moje uszy i oczy. Bezmyślnie też podjadam, dupa rośnie, nieszczęście tuż za rogiem. 

Stresuję się tym, że przytyję, stres zajadam, a jeśli nie zajadam to uciekam w stronę transu, czyli nie zwracania uwagi na otaczającą rzeczywistość, ani nawet swojego bólu i w efekcie nieczucia.


Gdzieś przeczytałam, że jeśli masz problem z wyrwaniem się z myślowego letargu zacznij w swoim otoczeniu szukać wszystkiego co ma kolor niebieski (albo jakikolwiek inny). Zaczniesz przyglądać się ludziom, otaczającym przedmiotom, dostrzeżesz coś na co do tej pory nie zwracałaś uwagi i przestaniesz marnować czas na jałowe dyskusje ze sobą. 

To zabawne, że z jednej strony nakręcają, wręcz podniecają mnie nowe emocje i przeżycia, a z drugiej moja podświadomość nie chce niczego czuć, bo zbyt gwałtowne uczucia są trudne do zniesienia i czuję przymus zagłuszenia ich jedzeniem. Kiedy o tym myślę, płakać mi się chce z bezsilności. 

Co w moim pokoju ma kolor niebieski?

Oh cudowne są te chwile kiedy wyrywasz się z coraz mocniej zaciskających się kleszczy własnych myśli i po prostu śpiewasz!

Ps. Zanim James napisał to ja spaliłam kontakt i uciekłam w popłochu przed zbyt dużymi emocjami.

środa, 17 czerwca 2015

W Parku Narodowym Yoho

Miała być Mount Edith, a wyszło Paget Peak. Też dobrze. Chociaż znowu ekstremalnie.

James (nie ten) stwierdził, że pogoda nam nie sprzyja i nie ma czasu na wielkie wspinaczki, bo istnieje zagrożenie burzy z piorunami. Jako, że jeszcze niespieszno nam na drugi świat, wybraliśmy mniejszy szczyt z możliwością przedłużenia wspinaczki o kolejny (w zależności od pogody).

Widok z Paget Lookout

Weszliśmy na szeroki, wygodny szlak, który skończył się po wejściu na Paget Lookout. Po krótkim odpoczynku (szybko, szybko, musimy zdążyć przed burzą!) zaczęliśmy ostrą wspinaczkę po skałach. W między czasie zaliczyłam dwa kryzysy. Rzucałam pod nosem kurwami i zastanawiałam się po cholerę tak się męczę i co ja takiego widzę w tych pieprzonych górach. James nie słyszał, bo wybył daleko do przodu.

Wspinaczka po górach skalistych jest trudna. Po raz kolejny pokaleczyłam sobie dłonie (koniecznie muszę kupić rękawiczki do wspinaczki!), stąpasz po chwiejących się skałach, łapiesz wielki kamor, który zaraz się wywraca i zlatuje z hukiem. Smaczku dodają różne dziwne stworzenia i oczywiście możliwość skręcenia sobie kostki tudzież karku.


Po wejściu na szczyt James stwierdził, że mam wybór, albo zostaję, kontempluję widok, albo idę z nim na drugi szczyt Mount Bosworth. Oczywiście stwierdziłam, że idę dalej, chociaż wejście na kolejny szczyt również przypłaciłam zachwianiem wiary w swój zdrowy rozsądek. James wybył znowu daleko w przód po tym jak rzucił krótką informację gdzie mam iść (widzisz ten szczyt tam daleko, daleko?) a ja po zejściu z Paget Peak stwierdziłam, że...nie wiem gdzie dalej iść. Na szczęście znalazłam świeże ślady na śniegu...

Zachwyt na szczycie Mount Bosworth również nie trwał za długo (widzisz tę mgłę tam? To deszcz, lepiej żeby nas nie złapał na skałach). Znowu pytanie do Ciam: idziemy z powrotem tą samą drogą, czy schodzimy z drugiej strony, chociaż nie ma tam szlaku? Pełna entuzjazmu stwierdziłam, że chcę zobaczyć jak wygląda druga strona góry. Więc poszliśmy.


Znowu śnieg. Dużo śniegu. Bardzo dużo puchatego śniegu w który właziłam po kolana, a nawet uda. Dwa razy tak wdepłam, że ledwo udało mi się wykopać nogę. Wtedy do mnie dotarło, że jestem szalona, a do tego w towarzystwie drugiego szaleńca. Czy ja chcę wyczynowo popełnić samobójstwo?

Po przejściu kilometra w śniegu z radością wgramoliłam się na skały, po których hasałam jak koza-paralityk. Wbrew pozorom wchodzenie na skały jest dużo prostsze od schodzenia, a to i tak nic w porównaniu ze schodzeniem po pokruszonych kamieniach i piasku. Wkurwiona niemiłosiernie nie odzywałam się prawie w ogóle, ale humor nieco poprawił mi się, jak w końcu doszliśmy do lasu, a ja prawie obeschłam po pływaniu w śniegu. James rzucił, że jakby co ma nóż na niedźwiedzie i pumy, ja dodałam informację o swoim gazie pieprzowym na niedźwiedzie i dziarsko weszliśmy w las gwizdając i przyśpiewując (nie wiem czemu, ale do głowy przychodziły mi najpierw piosenki Queen, a potem Myslowitz, Długość dźwięku samotności. James nie komentował polskich przyśpiewek).


Po znalezieniu szlaku oszaleliśmy z radości. Podczas spokojnego spaceru wzdłuż jeziora rozmyślałam nad tym co mnie popchnęło do ponownego zejścia ze szlaku (to nie mój pierwszy raz niestety...) i czy szukanie nowych wrażeń nie poszło za daleko. James z kolei stwierdził, że jest pod ogromnym wrażeniem, że mam jeszcze siłę iść, a ja dumna z siebie pomyślałam, że kondycję jednak dalej mam dobrą (panicznie boję się przytycia i utraty formy). W sumie wyprawa trwała 9 godzin. Deszczu z burzą nie było.

Oh tak, lubię, pociąga i kręci mnie ryzyko pod różną postacią. Myślałam, że szczęście pomyliłam z euforią, albo i fazą maniakalną, ale spokojne szczęście czuwa gdzieś głęboko we mnie przykryte chmurą niestabilności. Wczoraj na zmywaku kucharz stwierdził, że jestem cute, bo dużo się śmieję. Myślę, że odnajdywanie radości w każdej sytuacji, w tym w małych, codziennych rzeczach jest moim sposobem na szczęście w życiu.


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Coming out Ciam

Moja poniedziałkowa wyprawa na szczyt Mt. Edith zbliża się wielkimi krokami, podekscytowanie rośnie z każdą chwilą, oczy jaśnieją, radość bije z całej postawy...spójrz na mnie, a dowiesz się jak wygląda szczęście.

Muszę przyznać, że wbrew pozorom, gdzie się nie pojawię, jestem uznawana za radosną, beztroską i zabawną osobę bez żadnych zmartwień, a chwilowe chmurki zaraz znikają, bo optymizm to moje drugie imię. Paradoks tkwi w tym, że sama siebie za taką nigdy nie uważałam.


Dziś miałam lekką potyczkę ze współpracowniczką, która opowiadała o swoich zmartwieniach i lekach przeciwdepresyjnych. Ja rzuciłam jakimś hasłem w stylu life is brutal, a ona na to, że co ja tam wiem o ciężkim życiu, ona to ma problemy! Ja w emocjonalnej reakcji na tę niesprawiedliwość rzuciłam: też mam problemy! 

No i się zaczęło. Poczułam się głupio, bo krzyczenie komuś o swoich problemach to żałosne wołanie o uwagę, ale przecież wiem co mi w głowie siedzi i nie są to zawsze jednorożce i tęcza. Mam problem z jedzeniem, relacjami damsko-męskimi i poczuciem własnej wartości. Ja po prostu tego nikomu nie okazuję. Łatwiej mi eksponować radość i zaangażowanie niż przyznać, że mam z czymś problem. Z kolei jak już przyznam się do utrapienia to często (zawsze?) obracam to w żart, jak na przykład swoje poczucie samotności zamieniłam w tragifarsę szukania chłopaka na siłę. 

Dziś jednak przyznałam sama przed sobą bardzo ważną rzecz. Od dawna jestem szczęśliwa. Nie wiem, czy to spełnienie marzenia o Kanadzie, czy coś innego, ale od dawna czuję, że jeśli ktoś zapytałby mnie czy jestem szczęśliwa - odpowiedziałabym pozytywnie.


Nawet roniąc łzy z powodu tęsknoty za kimś potrafię przyznać: tak, jestem szczęśliwa. Mam taką teorię, że zanim się urodzimy, sami sobie wybieramy ścieżkę życiową, miejsce, czas oraz nawet swoich rodziców. Celem tego jest osiągnięcie konkretnych doświadczeń. Poczucie sensu oczywiście jest ważne i pomocne. Jestem świadoma swojego sensu i celu życia, co nie zmienia faktu, że dalej odczuwam bóle i udręki. Wydaje mi się, że są one nierozerwalnie związane z moją drogą życiową i muszę po prostu z nimi pogodzić się. 

Kiedy myślę o sobie, coraz częściej mam obraz spełnionej osoby często doświadczającej przeżycia szczytowe (momenty największego szczęścia). Czułam to na przykład podczas wyjazdów kiedy stałam przed różnymi budowlami jak np. praską katedrą (pamiętam, że wtedy mój moment szczytowy zakłócił pewien Włoch, który chciał mi zrobić zdjęcie hyhy), muzeum Guggenheima w Nowym Jorku (o matko! To dopiero przeżycie!), obrazami Brueghela (prawie się popłakałam), na szczytach różnych gór (radość połączona ze zmęczeniem) itd...itd...nawet dziś miałam poczucie szczęścia przy zmywaku kiedy śmiałyśmy się z japonką i w czterech językach mówiłyśmy, że nie ma nic do roboty.


Tak, teraz świadomie będę skupiać się na szczęściu. Jestem szczęśliwa i wcale nie potrzebuję do tego drugiej połówki.

sobota, 13 czerwca 2015

Oh wszyscy jesteśmy tacy podekscytowani!

Raz mój znajomy zapytał mnie ile wyrabiam tygodniowo godzin w pracy. Do dziś nie wiedziałam, że około 65-70 h...

Nie jestem oczywiście jedyną pracoholiczką w całym miasteczku. Prawie wszyscy moi znajomi mają po dwie prace, co powoduje, że rzadko kto ma czas na cokolwiek.

Wczoraj stałam z koleżanką, która opowiadała podekscytowana, że w piątek ma wolne i zamierza cały dzień spać, ja z kolei opowiadałam jej o moim poniedziałku, na który mam zaplanowaną wspinaczkę na Mount Edith. Nagle zza termosu z kawą wychyla się Nick - hotelowy housekeeper, który po standardowej wymianie uprzejmości (hi, how are you etc.) stwierdził niemniej od nas poruszony, że niedługo ma wolne i...tu cała lista fantastycznych rzeczy, które zamierza wykonać.


Doszłam do porozumienia z szefem. Pracuję teraz częściej przy śniadaniu niż na front desku, co przyjęłam z ogromną ulgą, bo mogę na luzie rozmawiać z klientami bez strachu, że im karta kredytowa nie przejdzie, albo drzwi do pokoju nie otworzą się...do tego ustaliłam, że w poniedziałki będę miała zawsze wolne, a dzień ten pokrywa się z wolnym dwójki moich znajomych - jedną koleżanką poznaną przez ogłoszenie, w którym napisałam, że szukam towarzyszy do wyjazdów w góry, oraz znajomym z którym byłam dwa razy w górach i który jednak...odzywa się do mnie (o nim pisałam tutaj). Tak, tak, drama queen w Kanadzie również dochodzi do głosu.

W każdym razie wracając do ogłoszenia. Co jakiś czas piszą do mnie różni ludzie i staram się dopasować grafik do nich. Z jednym nowym panem - Shaunem, wybieram się w niedzielę na Sulphur Mountain, pobliską niziutką, bo mierzącą niecałe 2,5 tys. m. górę, na którą będę miała 5 godzin, bo potem idę do drugiej pracy. Podejrzewam, że na takie krótkie wyjazdy będę mogła sobie pozwolić co niedzielę, co przyjmuję z ogromną radością i silnym podekscytowaniem, który jest niczym w porównaniu z możliwościami wyjazdowymi w poniedziałki - dni bez pracy. Poza tym, żeby utrzymać formę - trzy razy w tygodniu chodzę do siłowni. 


Wracając do rozmów z dwójką znajomych. Kiedy tak we trójkę odpływaliśmy do krainy naszych marzeń, pomyślałam nie wiadomo po raz który, że naprawdę jestem szczęśliwa.

czwartek, 4 czerwca 2015

Zagubiona

Czasem mam wrażenie, że za dużo się dzieję i powoli przestaję ogarniać.

Szef nawet wezwał mnie na dywanik i powiedział, że ma wrażenie, że nie może mnie zostawić samej na front desku, bo sprawiam wrażenie jakbym myślami była gdzieś indziej. Fakt, dwie prace, burzliwe życie towarzyskie i brak snu powodują spięcia w mózgu ;). 


Mam wrażenie, że faktycznie nie nadaję się do reprezentacyjnej pracy, w Polsce byłam kiepskim liderem (z biznesowego punktu widzenia) i żadna ze mnie managerka. Coś czuję, że w życiu się nie ustatkuję i na starość będę żebrać albo dostawać jedzenie za historie z życia wzięte.

Ps. uwielbiam tę babkę z początku filmiku! Jak zrobię coś głupiego albo za bardzo się przejmuję życiem to sobie pomyślę: fuck this shit! I'm fabulous



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Co znaczy cute?

Znalazłam drugą pracę i już nie muszę martwić się ani o niedobór godzin ani na niedobór pieniędzy, bo nawet nie mam kiedy ich wydawać.

W drugiej pracy poznałam Chio - pewną japonkę, której skromny angielski i urok osobisty urzekł mnie niemal od razu. Zachwycona rozmawiałam z nią (tyle na ile się dało) o Japonii i planach na dalsze podróże. Chio jest dla mnie kwintesencją uroczości. Jej reakcje rodem z anime są tak urokliwe, że momentami nie wierzę, że ona to robi bezwiednie, ale właśnie cały jej urok tkwi w natualności.


Sama też słyszę na swój temat, że jestem "cute". Mój akcent jest cute, mój śmiech jest cute i w ogóle cała jestem cute. Nigdy nie wiedziałam jak mam na takie oświadczenie reagować i właściwie od jakiegoś czasu przestałam brać to jak komplement.

Niestety jestem cute jak popełnię jakieś głupstwo, że mam ochotę palnąć sobie w łeb, albo jak zaczynam opowiadać coś tak podekscytowana, że polski ancent staje się jeszcze wyraźniejszy. Opowiadam na przykład jakąś anegdotkę, mówię coraz szybciej i szybciej, historia nabiera rumieńców, a ktoś zamiast mnie słuchać to odpowiada: ale jesteś cute. No i nagle czuję się po prostu głupio.


James z kolei powiedział mi, że w ogóle nie muszę nic robić, po prostu czasem coś zaświergotać z polskim akcentem i już pełen zachwyt, bo jestem taaakaaa cute, że do porzygu. Czuję się poniżona, a moja duma została zdeptana i opluta, tym bardziej, że stwierdzenie, że jestem cute brałam za dobrą monetę i wyraz zainteresowania. O naiwności.

Oświadczenia wszystkich panów na temat mojej uroczości są niewarte funta kłaków i właściwie sprowadzają mnie do roli głupiej laleczki. Uroczość w ogóle nie pomaga w kontaktach z facetami, chyba, że komuś zależy na jednorazowym, acz intensywnym rendez-vous, a potem wszyscy są super busy, albo ekstra chorzy...