środa, 26 sierpnia 2015

Poronienie

No dobra, poroniłam w mniej więcej drugim miesiącu związku.

Nie żałuję jednak. Zauważyłam, że niepokój i smutek napędzają mnie, sprawiają, że uciekam przed nimi w ramiona nowych przygód, emocji i wydarzeń. Bez tego nie byłoby mnie w Kanadzie i nie robiłabym wielu rzeczy, bo byłoby mi za dobrze i zbyt wygodnie.


Z przyzwyczajenia zaczęłam siebie osłabiać myśląc o sobie, że jestem do niczego, że może Mason dostrzegł, że jestem słaba i szukałam w jego ramiona pociechy zbyt nachalnie.

Tak się jednak złożyło, że mój były do mnie napisał. Po iluś tam latach (może dziewięcu?) w końcu potrafiłam mu powiedzieć, że nie noszę w sercu urazy. Temu chyba ulżyło i stwierdził, że zawsze będzie mnie ciepło wspominać.

Kiedy mam wątpliwości czy uda mi się jeszcze kiedykolwiek stworzyć związek przypominam sobie, że przecież już jeden zbudowałam. Chyba nawet udany. No i jak mantra, że miłość mnie znajdzie, że jestem warta, bleble itd.

Z tym blogiem też nie potrafię się rozstać. Rozstania nigdy nie były moją mocną stroną.


sobota, 15 sierpnia 2015

Zamykam

Wybacz, opuszczam Cię. Założyłam w końcu nowy blog.

Na nowym blogu zamieszczam relacje ze swoich wycieczek, bez już sentymentalnych wynurzeń. Na koniec tylko opowiem Ci prywatną anegdotkę.

W sklepie w którym pracuję na dodatkową ćwiartkę (albo i mniej) etatu podeszły do mnie wczoraj dziewczyny z Filipin i Meksyku i chórkiem krzyknęły:

- Ciam! Słyszałyśmy, że Twój chłopak jest przystojny!!! Czy to prawda?
- hyhy
- I że jest bogatym menadżerem!!!
- haha!
- A ma brata?! :p


Poczułam się jak w jakimś Harlequinie, gdzie wszystko dobrze się kończy. Tak też zamierzam zakończyć tego bloga.

...i żyli długo i szczęśliwie.


sobota, 8 sierpnia 2015

Na cierpienie, smutek i odrzucenie

Góry i lasy są moim panaceum na wszelkie utrapienia życia doczesnego. Nie wiem co bym zrobiła gdybym nie miała wyjścia i musiała siedzieć całymi dniami w domu.

Dziś miałam jechać nad jezioro z nowo poznaną przez ogłoszenie na Facebooku koleżanką z Włoch, jednak ta rano stwierdziła, że nie jedzie. Potem Mason ogłosił, że na tydzień leci do Vancouver, Polacy z hotelu również pojechali na wycieczkę, której nawet mi nie zaproponowali, a ja poszłam robić pranie, usiadłam przed pralką podobną do naszej poczciwej Frani i zapłakałam gorzko. Jak płakać to tylko w malowniczej scenerii.


Nie potrafię zintegrować się z tutejszymi Polakami, Filipińczykami ani w ogóle z nikim z hotelu. Momentami czuję się jak w liceum, tyle, że nawet wtedy miałam swoją bratnią duszę siedzącą wiernie ze mną w tej samej ławce.

Co tydzień publikuję wiadomości na Facebooku o nowym pomyśle poniedziałkowej wycieczki, jednak już mi się najzwyczajniej w świecie nie chce. Moi "hiking buddies" skojarzyli mi się z jednorazowymi kochankami, którzy najpierw Ci mówią, że jesteś piękna i cudowna, razem przeżywacie wspaniałe chwile, a potem nigdy więcej nie widzicie się.

Kiedy Frania zakończyła cykl prania, rozwiesiłam ciuchy, otarłam łzy, przebrałam się w odpowiednie ciuchy, zabrałam plecak, sprej na niedźwiedzie i wsiadłam na rower by zaliczyć w końcu Healy Creek - trasę będącą od chyba dwóch miesięcy na mojej liście must-do.


Zabłocone po wczorajszym deszczu i kamieniste Healy Creek to trasa rowerowa znajdująca się w lesie. Podjazdy powodowały niezłą zadyszkę, za to zjazdy - zawał serca żeby tylko nie wyrąbać się w błoto albo spaść prosto na kamienie. Wróciłam do domu ubłocona i zachwycona.