niedziela, 28 lipca 2013

Co ja tu robię, czyli rzecz o portalach randkowych cz. 2

Na portalu randkowym jestem już dwa tygodnie. Trochę więcej też mogę powiedzieć o tym, co tam się dzieje i czy na pewno jest to dobry sposób na poznanie kogoś.

"Kogoś" to chyba dobre stwierdzenie, a lepszym by było - "kogokolwiek". Jeszcze nie jestem na etapie randkowania, ale już dostałam kilka "poważnych" propozycji.


W weekend miewam wysyp maili, zaczepek, chatów itp. Z nich wszystkich utkwiło mi w pamięci kilka przypadków.

Jeden, którego sama zaczepiłam, na dzień dobry zapytał "dla statystyk" dlaczego to zrobiłam, więc z urażoną dumą stwierdziłam, że ujął mnie szczerym opisem siebie i skoro tak, to ja też będę szczera i niech lepiej nie traktuje nikogo jak materiał statystyczny. Po kilku mailach dałam mu pomysł na poznanie kogoś "w realu", bo ten stwierdził, że na portalu są same niepoważne dziewczyny i nawet napisał kilka anegdot na ten temat - że dziewczyny przychodzą z chłopakami, spóźniają się 2 h., na 5 min. przed randką odwołują ją, bo muszą wyjść z psem, no i najlepsze na koniec - szukają księcia z bajki, a najlepiej sponsora.

Z tym sponsorem zresztą niejeden facet mi pisał. Co jest z wami dziewczyny? Szukacie sponsora na portalu randkowym?? A mili chłopcy potem gorzknieją i piszą maile w stylu: "I co myślisz o tym portalu? Bo ja już nie mam siły, nikt tu nie szuka normalnego związku..."

W każdym razie z omawianym panem już nie koresponduję, bo nie rozumiem - facet szuka dziewczyny na portalu randkowym, wykupuje roczny abonament i pisze, że tu nie znajdzie normalnej kobiety...


Inne przykłady są równie klasyczne. Pan pyta czy mam czas, bo on ma samochód i możemy gdzieś pojechać, a najlepiej do niego. Że w sensie kolacja ze śniadaniem. Inny z kolei napisał, że fajny mam profil i z chęcią by mnie poznał o ile nie przeszkadzałoby mi to, że jest aktorem filmów dla...dorosłych (nie no jasne, może mnie przy okazji wciągnie do branży?).

Są też mili chłopcy (zazwyczaj trochę młodsi ode mnie - niestety...), którzy napiszą coś fajnego, szczerego, ja im z radością odpisuję i...cisza. Chyba nie mają pomysłu na kolejne zagajenie. No szkoda...


Poza tym - świeżynka, do tego tak abstrakcyjna, że opiszę ze szczegółami.

Zaczepia mnie miły pan koło trzydziestki, zdjęcie ok, opis trochę dziwny, ale myślę sobie - trzeba dać każdemu szansę. No więc "odczepiam" pana i dostaję wiadomość, że on nie będzie korespondował wirtualnie, że dla niego najważniejsza jest realna osoba i podaje swój numer telefonu.

Na początku olałam, bo przecież nie będę dzwonić do gościa, bo o czym tu rozmawiać? - Gorąco, nie? - nooo...

Potem jednak po kilku ponownych zaczepkach stwierdziłam, dobra! Raz kozie śmierć (Jezu! Milion razy tak sobie w duchu myślałam i nigdy nic dobrego z tego nie wychodziło) i napisałam mu, że wiem, że nie lubi pisać wirtualnie, więc podaję mu swój numer telefonu.

Pan oddzwania. Biorę głęboki oddech, uśmiech numer pięć, odbieram. Ten przedstawia się, ja mu, że "ah cześć" i...cisza. Cisza trwała około 10 sekund, myślałam, że pan spanikował i się rozłączył więc kontrolnie pytam "co tam?", w zamian za to krępująca odpowiedź, więc żeby nawiązać do czegokolwiek mówię mu, że od niego już dostałam kilka "oczek"...ten nagle przerywa mi w pół zdania i stwierdza, że dla niego oczka są abstrakcją, że to wirtualny świat i on szuka poważnej, realnej kobiety itd. itp.

Potem już było tylko gorzej. Siedziałam z telefonem przy uchu i rozdziawioną miną i słuchałam wywodu pana, który w międzyczasie stwierdził, że po pierwsze: najważniejsze w związku jest partnerstwo, po drugie: on nie ma wielkich wymagań i jest wyrozumiały dla każdego rodzaju charakteru, po trzecie: chemia musi być, ale on po moich zdjęciach stwierdza, że chemia jest, po czwarte: w związku nie toleruje lekkomyślności i panien, które same nie wiedzą czego chcą i że dla niego to niepoważne, jeżeli ona woli spędzać czas z koleżankami niż z nim.

No i niby mądrze i polać mu, ale mówił trochę jak wkurwiony wojskowy.

Próbowałam mu wyjaśnić, że przecież nie można tak osaczać człowieka, że każdy musi mieć przestrzeń osobistą itd., ale pan nie dał się przekonać. Na koniec stwierdził, że on po 5 minutach (ba! 5 sekundach!) rozmowy przez telefon, już wie, że może z kimś tworzyć związek i on wie, że ja jestem ok i teraz czas na moją deklarację.


Cóż, poczułam się tak dziwnie, że nie zostało mi nic innego jak wyjaśnić panu, że dla mnie to trochę za szybko, że ja do tematu podchodzę romantycznie, że kwiaty, wzroki, uśmiechy, ale on chyba stwierdził, że jestem niepoważna i nie wiem czego chcę i się rozłączył.

Wieczorem poszłam z przyjaciółką na szybkie zakupy, opowiedziałam jej historię o panu i medytując nad wyborem: brzoskwinie czy nektarynki stwierdziłam: mam 26 lat! Powinnam wiedzieć czego chcę w życiu!

środa, 24 lipca 2013

Moje ćwiczenia

Przy podsumowaniu roku odchudzania przyznałam, że o ile z dietą było różnie, tak trening tylko raz opuściłam - było to po przeprowadzce i po prostu nie zdążyłam na zajęcia.

Jeszcze mi się nie zdarzyło żebym poważnie rozważała odpuszczenie sobie ćwiczeń. Kilka razy zastanawiałam się nad tym dlaczego nie widzę efektów, ale okazało się, że była to kwestia czasu i konieczność zmiany ćwiczeń, bo organizm przyzwyczaił się do dotychczasowego wysiłku.


Nie jestem ekspertem, ale mogę podać Ci kilka wskazówek, także dla osób, które niewiele mają wspólnego ze sportem.

Przede wszystkim nie traktuj ćwiczeń jak zło konieczne i kara boska. Jeżeli uważasz, że MUSISZ zacząć ćwiczyć, ale nie cierpisz wysiłku fizycznego to szybko to olejesz...

...chyba, że zaczniesz skupiać się na samych pozytywach. Ja uwielbiałam (i dalej zresztą uwielbiam) swój euforyczny powrót do domu. Szłam niespiesznie mega z siebie zadowolona i wiedząca, że zaraz zjem coś pysznego.

Apropos! Jedzenie jest tu bardzo ważne. Na godzinę (lub dwie) przed treningiem zjedz porcję węglowodanów i białka. Gdzieś czytałam, że właśnie nie węglowodany, bo to najpierw je będziesz palić, a nie tłuszcz, ale prawda jest taka, że bez tego nie będziesz miała po prostu energii do ćwiczeń. 
Przykładowo zjedz makaron z piersią z kurczaka, albo kaszę gryczaną z soją itp. Po treningu zaś zjedz węglowodany proste + białko. To może być banan z serem białym, albo ryż biały z tuńczykiem itp.

Wracając do ćwiczeń. Nic na siłę. Dostosuj trening do swoich możliwości, a potem stopniowo zwiększaj intensywność. Ja sama ze zdziwieniem zaczęłam robić rzeczy, którym myślałam, że nigdy nie podołam (jak np. męskie pompki czy nożyce, których nienawidzę) i z tej radości sama sobie zwiększałam obciążenia i dawałam czadu :).


Odwiecznym pytaniem jest - jakie ćwiczenia? Ja zaczęłam od treningu aerobowego 3x w tygodniu (indoor walking), a potem dodałam 1x w tygodniu trening siłowy. Teraz ćwiczę 2x w tygodniu siłowy i 3x w tygodniu aeroby. 

"Chcę zrzucić tłuszczyk z brzucha..." - żeby zrzucić tłuszcz ćwicz aeroby. Chcesz mieć płaski brzuch? Skacz na skakance, biegaj, pływaj itd., potem wzmacniaj mięśnie brzucha. Kiedyś pisałam o tym, że ćwiczenia spowodowały zmiany mojej budowy. No cóż...każdy popełnia błędy ;). Okazuje się, że moja budowa była zawsze taka sama, tylko aeroby to wyeksponowały. Ostatnio zresztą z rozpaczą zapytałam swojego trenera o to, czy skłony boczne w leżeniu są na talię (bo z bólem serca przyznaję - nie mam talii!), a ten, że tak! Skakanka też jest na talię! Generalnie po prostu ćwicz, a w końcu dojdziesz do celu :).

Tu też pomagają ćwiczenia w grupie. Polecałabym chociaż na początek pochodzić z miesiąc-dwa do klubu fitness żeby nauczyć się prawidłowo wykonywać ćwiczenia i...mieć motywację do kolejnych. Najlepiej pochodź z pół roku, wtedy jest 100 proc. szansa, że będziesz uzależniona od wysiłku fizycznego i po prostu sama zaczniesz się niecierpliwić żeby pobiegać/poskakać/itd. 

No i najważniejsze - wytrwałość i regularność. Nawet najlepsze ćwiczenia świata nic Tobie nie dadzą, jeśli po miesiącu sobie odpuścisz. Jeżeli czujesz, że nie dajesz rady, że jest za ciężko i Boże dopomóż to...zmniejsz intensywność wysiłku, ale walcz dalej! 

sobota, 20 lipca 2013

Dlaczego ćwiczenia to nie wszystko?

Wczoraj dokonałam szokującego odkrycia. Cały mój świat legł w gruzach, bo okazało się, że jedna rzecz, w którą święcie wierzyłam, była zwykłym...kłamstwem. O co chodzi?

Dla przypomnienia. We wrześniu moja koleżanka ma ślub, na który jestem serdecznie zaproszona. Jeszcze mam oczywiście czas, ale czasem zajrzę na jakieś promocje i podumam nad krojem sukienki.

Znalazłam jedną, według mnie śliczną, sukienkę bez rękawów i lekko rozchodzącą się ku dołu. Co ważne - do kolan, bo tak sobie wymyśliłam, że chcę do kolan i już. Wysłałam link do K., a ta stwierdziła - absolutnie nie! Ty masz szerokie bary, które powinnaś zakrywać.

Ja? szerokie bary?? Zaczęłam się nad tym zastanawiać i poszukałam informacji na temat typów sylwetki. Spojrzałam krytycznym okiem w lustro, dokonałam pomiarów i wyszło jak byk - typ sylwetki - sportowy/ odwróconego trójkąta. Koniec świata. A myślałam, że jestem bardziej kobieca gruszka.

W każdym razie moja sylwetka jest stworzona do uprawiania sportu. I coś w tym jest. Dziś poszłam na body-pump i jako jedyna kobieta ćwiczyłam mięsień naramienny cięższymi hantlami (nie pamiętam, chyba po 2,5 kg. mają), poza tym mięśnie całego ciała (oprócz brzucha :P) są już mocno widoczne, a po napięciu to już w ogóle. Niestety...zwłaszcza górna część radośnie się umięśniła i jak ćwiczę pompki to wyglądam jak NRD-owska pływaczka albo ruska sztangistka :P.

Zresztą obecnie jestem w szczytowej formie. Nie choruje, ćwiczę technicznie i przykładnie jak panie z gazet dla odchudzających się, no i ta radość z kolejnych odkryć zmian sylwetki...

Apropos sylwetki. Do tego samego klubu co ja chodzi gru...korpulentna (:P) dziewczyna, którą widuję od samego początku (czyli od grudnia zeszłego roku). Zwróciłam na nią uwagę, bo wydawało mi się, że miała podobną do mojej figurę.

Po ponad pół roku ona dalej wygląda jak wyglądała, a ja jestem mimo wszystko dużo szczuplejsza. Jak to się stało? Odpowiedź nadeszła w piątek.

Tegoż dnia akurat trafiłam na nią przy portierni. Ta szła przede mną do szatni i nagle z jej kieszeni wypadł papierek po...snickersie.


Z kolei inna dziewczyna (szczupła notabene) podeszła raz do mnie i stwierdziła, że ładnie schudłam, zapytała ile kilogramów itd. Potem smutno powiedziała, że ona przecież tyle ćwiczy a nic nie schudła. Zapytałam więc ją o dietę. Ta zrobiła wielkie oczy i powiedziała: tyle ćwiczę to mam się jeszcze ograniczać?

...No na to wygląda...

Nawet ciężkie i bardzo wyczerpujące ćwiczenia niczego nie dadzą jeśli nie wprowadzisz odpowiedniej diety.

środa, 17 lipca 2013

Jak mi się żyje samemu

Niedawno byłam u swojego ulubionego fryzjera i poza zachwytami długością i jakością moich włosów (to on mi robił keratynowe prostowanie), opowiedziałam mu o swojej wyprowadzce.

Pełna radości zaczęłam mówić, że wyprowadziłam się do kawalerki i jestem szczęśliwie sama. W. stwierdził, że on by tak nie mógł, bo ktoś musi się w domu kręcić. Wygląda na to, że jestem typem samotnika, bo ja w swoim m1 czuję się doskonale i w życiu bym nie wróciła do rodziców.

Tak to jest, człowiek całe życie żył jak żył, a kiedy wyrywa się z dotychczasowego marazmu to dziwi się, że tyle mógł wytrzymać...

Oprócz cudownej ciszy, nieskrępowania i możności robienia wszystkiego czego się zapragnie, odnowiłam swoją pasję - eksperymentowanie w kuchni. U rodziców w domu nie mogłam za bardzo eksperymentować, bo zaraz mi zaglądali do garów, krzyczeli na burdel w kuchni itd., więc dawałam sobie spokój i na szybko gotowałam kurczaka i zajadałam pokrojonym pomidorem.

Teraz cała kuchnia należy do mnie!

(no właśnie, brakuje mi do szczęścia piekarnika :( )

Moje eksperymenty pojawiły się z powodu konieczności unikania jajek i nabiału. Pierwsze co zrobiłam to mleko sojowe (niestety chyba dodałam za dużo wody i wyszło takie sobie...), potem to mleko zsiadło, więc teraz zrobiłam tofu (w odróżnieniu od mleka jest przepyszne i jutro poszukam jakichś ciekawych przepisów!), poza tym z okary (pozostałości soi po zrobieniu mleka) zrobiłam...sernik na zimno. Jutro będę testować :D.

Do standardowego repertuaru swojego menu dodałam chleb własnego wypieku i dżem własnej roboty.

Z tego wszystkiego najlepsze jest to, że moje jedzenie jest przepyszne i jednocześnie dietetyczne, bo nie używam cukru ani tłuszczu. Jeżeli okaże się, że faktycznie jestem uczulona na jajka i powinnam unikać nabiału to nie będę płakać. Nawet się ucieszę, bo poszukiwanie nowych, ciekawych przepisów jest dla mnie bardzo inspirujące.


Nawet myślałam o tym, żeby zostać przy tej oszukanej diecie wegańskiej (oszukanej, bo jednak jem mięso...), albo nawet w ogóle przejść na weganizm, chociaż trochę boję się tej soi, bo czytałam, że nie powinno jej się tak często jeść. No zobaczymy. Na razie pełen zachwyt, relaks i zabawa :D

wtorek, 16 lipca 2013

Trochę śmieszno, trochę straszno

Stało się! Założyłam konto na dwóch portalach randkowych. Oczywiście zrobiłam to pod wpływem impulsu, ale taka już jestem ;).

Pierwsze kilka godzin spędziłam na zastanawianiu się o co tu chodzi. No więc zakładasz konto, ustawiasz najlepsze swoje zdjęcie profilowe (moje wzięłam z Facebooka, które K. wyśmiała i kazała zmienić na inne), piszesz parę słów o sobie (co również 2 razy zmieniałam) i...i co dalej?


Na jednym z najpopularniejszych portali założyłam konto premium, które pokazuje m.in. kto oglądał Twój profil. Nawet mam podgląd life i widzę kto i ile czasu spędzał na moim profilu. Zazwyczaj było to kilka sekund, czasem dłużej, ale w olbrzymiej wielkości kawaler ów leciał dalej w poszukiwaniu tej jedynej.

Potem dostawałam wiadomości i z przykrością muszę stwierdzić, że otrzymywałam je albo od 50 latków (no litości chłopie! Przy sprzyjających wiatrach mógłbyś być moim ojcem!), albo od jakichś ciap/wazonów/placków.

Nagle okazuje się, że jestem jednak krytyczna i mam swoje wymagania ;).

Ale do rzeczy. Mam naturę romantyka i mój romantyzm legł w gruzach na tych portalach. Ty jesteś towarem, a inni oglądają Twoje zdjęcie jak przechodzień wystawę sklepową. Jak się spodobasz to nie ma nieśmiałych uśmiechów, ani delikatnych sugestii. Facet wysyła Ci buziaka, kwiatek, puszcza oczko, albo od razu pisze: "poznamy się?". Kto w rzeczywistości robi takie rzeczy?

Z drugiej strony możliwość wysłania komuś buziaka jest dużym ułatwieniem dla nieśmiałych panów. Ty ten buziak dostajesz (czasem od na prawdę takich gachów, że szkoda gadać) i nawet mu w pysk nie dasz, tylko musisz jakoś przełknąć tę zniewagę i zignorować :).

Rzadko też ktoś do Ciebie pisze. Ludzie wolą dawać taki dziwny sygnał zainteresowania. Dodają Twój profil do ulubionych (po cholerę??), albo wysyłają głupie prezenty. Nie piszą, bo szkoda czasu. Jest przecież tyle kobiet do zaczepienia...


W każdym razie po dwóch dniach siedzenia na tych portalach z jednego zrezygnowałam, bo okazało się, że są na nim sami panowie z piwem, dziwnymi minami, o dziwnych pozach i generalnie wyglądający jak pan Mieciu spod budki z piwem (serio!! Przejrzałam kilkadziesiąt stron w poszukiwaniu chociaż trochę normalnego!). Na drugim portalu zresztą nie jestem super rozchwytywana.

Aha - i oczywiście kwestia budowy ciała. Dałam "normalna" - takie małe kłamstewko, ale przecież jest normalna! ;)

niedziela, 14 lipca 2013

Tusza i duchowe cierpienia

Nie zwariowałam! Tyle razy ludzie mi mówili: puknij się w głowę, nikt tak nie myśli! Ale jednak! Oto słowa XIX-wiecznej pisarki Jane Austen:

"Tusza i duchowe cierpienia rzadko do siebie przystają. Korpulentna osoba ma wprawdzie takie samo prawo do głębokich wzruszeń jak osoba najzgrabniejsza na świecie. Ale, choć to niesprawiedliwe, pewne połączenia, pomimo wskazań rozsądku, budzą niesmak lub śmiech."

Dlatego czasem wstydzę się okazywać uczucia. Chodzi mi o te głębsze, bo powiedzmy...nie należę do osób zamkniętych w sobie. Z drugiej strony nie ma w tym niczego złego, w końcu żyjemy w świecie, w którym ludzie rozmawiają o swoich prywatnych sprawach na przystanku, przez telefon, w poczekalni i czekając w kolejce w sklepie.

Nie raz przypadkowo i niechcący (bo co mnie to obchodzi?) słyszałam zwierzenia dziewczyn, że ona go kocha, on jej nie chce, albo tylko się bzykają, a ona chce więcej. Albo, że chyba jest w ciąży i co teraz...i tak dalej i tak dalej.

Prawdę mówiąc, gdybym zaczęła tak na przystanku opowiadać o sobie, czułabym się w oczach innych po prostu żałośnie. Bo co taka grubaska chce od życia?

A swoją drogą wczoraj oglądałam strasznie głupi i prymitywnie wykonany, bo na modłę hollywoodzką, koreański film 200 pounds beauty (Minyeo-neun goerowo). W skrócie: komedia romantyczna. Ona jest gruba, ma niskie poczucie własnej wartości i jest zakochana w swoim współpracowniku, który jest dla niej miły, ale w sumie nie wiadomo czy chce czegoś więcej.

O swojej skrytej miłości rozmawia ze swoją przyjaciółką która mówi jej: dziewczyno! Litości! Taka jak ty, nie jest przeznaczona dla takich jak on. Nasza bohaterka więc podejmuje życiową decyzję: zamyka się na rok w klinice chirurgii plastycznej, chudnie, operuje sobie wszystko co się da i wstrzykuje tyle silikonu co Pamela Anderson ;). Czy tym razem podbije serce swojego ukochanego? Spoilerować nie będę.


Nie polecam osobom, które cenią sobie realizm w filmie, ale jedno pokazali boleśnie prawdziwie: miłości grubych są na prawdę obśmiewane i w oczach innych wyglądają po prostu groteskowo.

Z drugiej strony nie pomagam sobie myśląc w ten sposób. Ale serio, też masz takie wrażenie, że cierpiąca chudzinka wygląda tak, że tylko podejść, przytulić i pocieszyć (co pewnie duża część facetów robi), a grubaska niech sobie radzi sama, najlepiej zamknięta w czterech ścianach?

środa, 10 lipca 2013

Plany na kolejny rok

Podsumowanie roku było w poprzednim poście. Dziś zajmę się planami na przyszłość :).

CEL

Głównym celem jest oczywiście zrzucenie kolejnych 30 kilogramów i dojście do wymarzonej wagi 55 kg.

Nie chcę jednak powiedzieć, że za wszelką cenę muszę zobaczyć na wadze tę magiczną liczbę 55 i choćbym wyglądała jak szczypiorek jedzący liść sałaty - muszę tyle ważyć! Tak na prawdę moim celem jest zdrowa, szczupła i wysportowana sylwetka. Jeżeli taką osiągnę ważąc 65 kg. - nie będę płakać ;).



ŚRODKI

Po roku eksperymentowania z dietami dochodzę do wniosku, że do każdej należy podchodzić zdroworozsądkowo i często to, co piszą w prasie o najnowszych doniesieniach naukowców, nie zawsze musi być prawdą objawioną.

Dlatego ponownie wracam na łono diety Montignaca, bogatsza jednak o wiedzę z diety zbilansowanej i licząca się z możliwą alergią pokarmową.

Przede wszystkim nie wolno jeść poniżej BMR (podstawowego zapotrzebowania kalorycznego), co u mnie wynosi 1670 kcal. Niestety, kalorie trzeba liczyć, zwłaszcza ja, osoba która nie zawsze wyczuwa kiedy zje za mało, albo za dużo ;).

Zbilansowana dieta nauczyła mnie unikania wszystkiego co przetworzone. Wykluczam więc wszystkie kiełbasy, które wcześniej jadłam i jem wszystko co sama przygotuję.


Poza tym przez miesiąc wykluczam nabiał i jajka, jeśli wysypka mi minie to wprowadzę stopniowo najpierw nabiał, potem ewentualnie czyste mleko i zobaczymy co się stanie. Z drugiej strony myślałam o wykluczeniu w ogóle nabiału, bo znowu naczytałam się, że to czyste zło i laktoza to nasz wróg, ale...kilka linijek temu pisałam o zdrowym rozsądku, nie?

Ważne, żeby nie dopuścić do kolejnych "wolnych dni" od diety. Przy diecie Montignac najlepiej mi to szło i po prostu, kiedy będę na prawdę głodna i miała straszną chętkę na coś słodkiego, to sobie nie odmówię, ale w granicach rozsądku i zgodnie z zasadami Montignaca ;).

Poza tym oczywiście sport. Obecnie ćwiczę 5x w tygodniu i myślę, że tyle mi na razie wystarczy.


INNE CELE

W tym poście pisałam o akcji "chuda dziwka". Czyli włosy, paznokcie, zęby itd. Część z tych postanowień już zrealizowałam, część jestem w trakcie realizowania.


W poprzednią niedzielę zrobiłam sobie dzień SPA. U SIEBIE w domu ;). Planuję tak co tydzień. Jak to wygląda? maczanie przez pół godziny paznokci w zagrzanej oliwie (ja daję oliwę z oliwek + olej rycynowy), olejkowanie włosów (nakładam olej arganowy + olej rycynowy), peeling kawowy, maseczki, manikiur, pedikiur i oglądanie filmów :D. Polecam każdemu!

No to w drogę!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Ciam po roku odchudzania

Masakra, nie sądziłam, że faktycznie powstanie taki post, tu na blogu. Podsumowanie całego roku odchudzania jest trudne i być może karkołomne, ale spróbuję.

Po roku czasu schudłam...29,5 kg. Do celu zostało mi jeszcze 31,1 kg. więc "mniejsza połowa" za mną. Zaczynałam od BMI równego 42,98 (otyłość zagrażająca życiu), obecnie mam 32,01 (otyłość zagrażająca zdrowiu).

No to teraz konkrety.


DIETA

Moją pierwszą dietą była Montignaca, jadłam 2 posiłki węglowodanowe i 1 tłuszczowy, czyli była bardzo lekka, bezproblemowa, mogłam nauczyć się jedzenia mało przetworzonych rzeczy. Potem zaczęłam kombinować. I to był chyba błąd.

Patrząc na tabelkę z centymetrami, którą uzupełniam regularnie raz w tygodniu, najwięcej zrzucałam (i wagę i centymetry) do końca zeszłego roku. Czyli przez jakieś pół roku. Potem było coraz ciężej, zaczęłam kombinować z dietą, jadłam więcej białka i tłuszczy, obcinałam do granic możliwości węglowodany i po pół roku takiego jedzenia prawdopodobnie nabawiłam się...alergii pokarmowej. Podejrzewam jajka, ale nie wykluczam nabiału. W każdym razie pod koniec lipca idę do alergologa. Pokazałam wysypkę lekarce i mnie skierowała na badania...

Moje kombinacje wzięły się chyba stąd, że miałam pewne obawy co do słuszności swojej diety, że przecież nie można wiecznie odchudzać się jedząc 2 dania węglowodanowe, bo przecież cukry to zło. Skończyłam na tym, że jadłam ok. 2 jajka dziennie, 100-150 g. sera białego i ok. 1-2 szklanki kefiru/maślanki + mleko do kawy. Do tego oczywiście dużo mięsa/ryb i oleju + orzechów. Źle się na niej czułam, ale myślałam, że tak musi być. Wychodzi na to, że najgorszą rzeczą jest poprawianie dobrego :).

SPORT

Jestem osobą, która generalnie lubi ruch. Może niekoniecznie bieganie, czy skakanie, ale lubię jeździć rowerem i bardzo polubiłam aerobik. Odkąd zapisałam się do fitnessclubu, jestem w tam niemal codziennie. W grudniu zaczynałam od 3x w tygodniu, teraz chodzę 5x i tak chyba na razie zostanie.

Niestety, ze względu na wyprowadzkę, musiałam się z niego wypisać i będę chodzić tylko do końca sierpnia. Potem zamierzam albo ćwiczyć w domu (tylko nie wiem jak z samodyscypliną...), albo zapiszę się gdzieś bliżej siebie.

Ćwiczenia bardzo poprawiają mi humor. Kondycje mam dużo lepszą, cały czas też pisałam o zmianach w wyglądzie. Nieźle sobie wymodelowałam sylwetkę, która pewnie dużo lepiej by wyglądała gdyby nie tłuszcz ;). W każdym razie, dzięki ćwiczeniom mam sprężystą skórę i coraz bardziej widoczne mięśnie.

Zresztą, chyba uzależniłam się od ruchu, ale trochę boję się, że w domu to jednak nie będzie to samo i to, co sobie wypracowałam przez ponad pół roku, zaraz mi zniknie.

INNE

Oprócz diety i sportu zajęłam się innymi rzeczami. Przede wszystkim - lepiej się ubieram. Wydałam już na ciuchy masę pieniędzy, trochę z potrzeby (musiałam wiele rzeczy wywalić, bo wyglądałam w nich jak w worku po ziemniakach :D), trochę ze względu na zwykłą chęć podobania się. Poza tym cały czas zapuszczam włosy i w piątek mój fryzjer zachwycił się, że mam wyraźnie dłuższe i super lśniące włosy dzięki keratynowemu prostowaniu.

Oprócz tego smaruję się różnymi kremami, oliwkami, robię peelingi kawowe, nakładam maseczki i wszystko to co kobiety lubią robić w czasie spa-day ;)

Największą jednak zmianą była laserowa korekcja wzroku, dzięki czemu raz na zawsze pozbyłam się okularów. Po ostatniej wizycie okulista był zachwycony wynikami, a ja przedwcześnie martwiłam się słabszym lewym okiem, które po prostu dłużej do siebie dochodzi.

ZMIANY W PSYCHICE

One również powoli zaczynają pojawiać się. Oczywiście czuję się bardziej pewna siebie i nie chodzę ze spuszczoną głową. Nie odczuwam jednak spektakularnych zmian. Dalej mam problemy z jedzeniem, zajadam emocje i dobrze mi idzie dieta tylko wtedy jak mam uporządkowane i w miarę spokojne życie. Przeprowadzka mocno zaburzyła mój wewnętrzny świat i wprowadziła lekki zamęt, ale już wychodzę na prostą :).

WNIOSKI

Będąc przez rok na diecie wiele się nauczyłam. Przede wszystkim zdrowego odżywiania i treningu. A im bardziej się w to zagłębiam tym mizerniejsze były efekty. Wpadki niestety zdarzały się i dalej będą się zdarzać.

Ludzie z mojego otoczenia obojętnie patrzą na pudełka z "dziwnym" jedzeniem, nie obrażają się, gdy po raz milionowy odmawiam słodyczy, a nawet czasem czuję się jakby mnie traktowali jak z żelaza i bezpardonowo zajadają się pysznościami przy mnie. Czuję przez to pewną presję, ale to chyba dobrze.

Poza tym ten blog i rok na diecie wiele mnie nauczyły o sobie. Dzięki lekturze bloga mogłam zobaczyć, że jestem typem marudy i malkontenta ;) (taki żarcik).

Ten rok oceniam na 4-, bo ostatnie miesiące, mimo zwiększenia rygoru, były słabsze pod względem wyników na wadze i diety, ale bardzo mocne jeśli chodzi o trening.

Plany na przyszłość napiszę w kolejnym poście :).

wtorek, 2 lipca 2013

Ciam w totalnym rozgardiaszu

Dziś mija dokładnie rok od mojej diety, a ja nie mogę napisać porządnego podsumowania, bo dopiero trzy dni jestem już na swoim i nie potrafię jeszcze ogarnąć się.

Przede wszystkim - wyprowadziłam się ze ścisłego centrum do terenów raczej podmiejskich - tak zwanej sypialni. Z tego względu muszę jeszcze przyzwyczaić się do myśli, że nie wyjdę o byle której i nie wsiądę do byle którego autobusu, czy tramwaju i jakoś dojadę do rynku. Nie mówiąc już o tym, że do tej pory do pracy szłam na piechotę. Teraz takiej możliwości nie mam, ale...od czego jest rower :).


To wszystko zdarzyło się tak nagle, że ciężko jest mi w to jeszcze uwierzyć, nie mówiąc już o tym, że moje życie zostało przewrócone do góry nogami.

Czy rok temu spodziewałam się, że za 12 miesięcy będę lżejsza o niemal 30 kg. (jednak nie udało się, został mi niecały kilogram) i w końcu wyprowadzę się do...kawalerki? Na pewno nie. Kiedy na spokojnie usiądę i zdam sobie sprawę z tego gdzie jestem, co robię i jakie prowadzę życie to mogę być z siebie na prawdę zadowolona.


Nie jestem idealna. Mam pajączki na nogach, nadwagę, rano wyglądam jak po ciężkiej nocy, nie mam super płatnej pracy, ani męża u boku, ale za to sukcesywnie realizuje swoje marzenia. Powoli, bo powoli, ale...cierpliwości też trzeba się nauczyć.

Ps. Podsumowanie napiszę jak tylko znajdę jakiś kabel do internetu w domu, a że muszę jeszcze oddać laptopa do naprawy to bądź...cierpliwa ;)