czwartek, 16 października 2014

Shit, shit, shit!

Są takie chwile, kiedy mam ochotę usiąść na najwyżej gałęzi najwyższego drzewa i krzyczeć na całe gardło.


Nie pisałam na blogu, bo postanowiłam, że kolejną notkę poświęcę informacji, że kupiłam już bilet do Kanady i lecę tego to a tego dnia. Okazuje się, że decyzję tę musiałam odłożyć w czasie...Jak w ogóle do tego doszło?

Zaraz po otrzymaniu wizy przeszłam ponowną rozmowę przedkwalifikacyjną na Skype. Pani pośredniczka z Toronto po krótkiej rozmowie stwierdziła, że oczywiście kwalifikuję się do programu, jestem super, mam świetne referencje i ona wysyła dalej moje CV, a ja mam czekać na rozmowę kwalifikacyjną już z konkretnym pracodawcą. 


Czekałam na wiadomość i przy każdym powiadomieniu o nowym mailu dostawałam mikrozawału. W między czasie załatwiałam inne sprawy, poszłam do ginekologa, dentysty itd. itd. Czekanie na interview przedłużało się, a ja popadałam w coraz większą melancholię i bez powodu wybuchałam płaczem. 

Zaczęłam się bać. Nie miałam za bardzo z kim o tym pogadać, bo wszyscy moi znajomi chcieli odwieść mnie od pomysłu wylotu i moje obawy brali za dobrą monetę. Coraz częściej więc leżałam w łóżku i rozmyślałam o tym jak strasznie boję się tego, że będę w tej Kanadzie sama jak palec i do tego na moje życzenie, bo często separuję się od ludzi. Swoje przemyślenia pisałam na blogu, ale nie publikowałam tego. Wzmacniały mnie tylko książki i blogi samotnych podróżniczek, które podziwiam i darzę ogromną sympatią.

Od Kanady odwodził mnie nawet mój pracodawca, który...zaproponował mi podwyżkę i awans, co początkowo mnie zdziwiło, a potem nawet uradowało, bo w końcu miałam niezłą wymówkę, żeby jeszcze nie lecieć...W każdym razie, po miesiącu czekania i jednym ponagleniu podjechałam do J. (polskiego pośrednika) z myślą, że coś jest stanowczo nie tak i trzeba  to rozwiązać. 

J. zapytał uprzejmym tonem, w czym może mi pomóc, bo ja to już chyba wszystko mam gotowe? Powiedziałam, że owszem, mam wszystko, oprócz pracy. J. na to zdziwiony! Że jak to nie mam pracy! Przecież ponoć już mam wszystko! (tu do tej pory zbieram szczękę z podłogi, jak można tak olać klienta i nie interesować się jego sprawą). 


Co się okazało. Pośredniczka z Toronto zwolniła się z pracy i nikt nie przejął mojej aplikacji, a na ten sezon nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem (teraz to nawet brzmi zabawnie ;)). Mogę na siłę lecieć i pracować jako sprzątaczka, ale wiem, że szukałabym innej pracy, a nie po to przecież płacę ciężkie pieniądze żeby nie być zadowoloną z pracy. Postanowiłam więc rozwiązać umowę i poszukać czegoś na własną rękę i wylecieć w przyszłym roku (a to czy rozwiążę to druga sprawa, bo oczywiście pośrednicy nie są tak chętni żebym zrezygnowała).

Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem, ale intuicja mi podpowiada, że nie jestem jeszcze psychicznie gotowa na daleką i długą podróż samemu. Na szczęście łatwiej mi będzie przezimować w Polsce mając awans i podwyżkę ;).

1 komentarz:

  1. Jak to mawiają nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dostałaś awans, podwyżkę, możesz spokojnie jak sama wspomniałaś przezimować i pojechać na wiosnę :) Powodzenia w szukaniu nowej pracy (w Kanadzie ofkors).

    OdpowiedzUsuń