piątek, 29 listopada 2013

No po prostu uwielbiam!

Każdy to powtarza - w klubach fitness bardzo ważna jest atmosfera. W moim klubie panuje atmosfera wzajemnej akceptacji, radości i zdrowej rywalizacji. Kocham to!

Oglądam serial 2XL. Przymykam oko na amerykańską cukierkowość, spłaszczenie świata i...staram się nie patrzeć na Pana Idealnego, bo to co oni tam pokazują zakrawa o sadyzm i znęcanie się nad wrażliwymi fankami serialu ;).

Ale o co chodzi. W jednym z odcinków przyjaciele Agaty mówią jej coś w stylu: "i co, zamierzasz teraz zamknąć się w swoim klubie fitness?" (chodziło o to, żeby wyciągnąć ją do ludzi. Mniej więcej. Możliwe, że przekręcam :P). Wzięłam to trochę do siebie, bo moje życie wygląda podobnie. Cały mój świat, oprócz pracy i spędzania czasu w domu z książką/filmem/kotkami w internecie, obraca się wokół przyjaciół i treningów. No i co? Czy to źle?

W poniedziałki i wtorki chodzę na trening funkcjonalny ze swoją stałą już grupą tytanów, a w czwartki na trening Total Comando, również bywa, że z członkami tytanów :). Wiesz, najlepsze w nich jest to, że każdy ma żonę/dziewczynę/dziecko i czuję się wśród nich...bezpiecznie. Nie wiem, to dziwne, ale dzięki temu nie czuję presji otoczenia, możemy żartować, pośmiać się, oni mnie lubią (jestem ich maskotką), a ja ich. Czy to nie wspaniałe?

Momentami mam wrażenie, że te treningi z grupą tytanów mają dla mnie charakter terapeutyczny. Zostawiam wszystkie troski i bóle świata za progiem. Zdarzało się, że nawet na godzinę przed treningiem szybko ocierałam łzy i starałam się ogarnąć, żeby w sali gimnastycznej tryskać energią, optymizmem i szampańskim humorem.

Wartością dodaną są tu stalowe mięśnie.

sobota, 23 listopada 2013

Ponarzekam

Tydzień eksperymentu nie przyniósł spodziewanego efektu.

Właściwie to wyszło wszystko na odwrót. Nic nie schudłam, rozchorowałam się i miałam kryzys bezsenności po odczytaniu wiadomości od M. (dziad pytał co u mnie. Co on sobie myśli??)

Już wczoraj źle się czułam. Smarkałam, kichałam, głowa mnie bolała, ale oczywiście mądra dobiłam się godzinnym treningiem cardio. Trening był bardzo efektywny, bo według mojego pulsometru spaliłam 700 kcal. Jak to w ogóle możliwe, że tygodniowo paląc średnio ok. 4 tys. kcal nic nie chudnę?

Potem całą czwartkową bezsenność odespałam z nawiązką, bo wczoraj o godz. 21 stwierdziłam, że utnę sobie szybką drzemkę i pewnie maksymalnie obudzę się o 23. Mhm...obudziłam się o 1 w nocy, szybko umyłam się, przebrałam i tak spałam do 8 ;).

Teraz leżę w łóżku pod kołdrą narzekając na czym świat stoi, że nikt się o mnie nie troszczy, że nawet jak tu umrę to nikt mnie nie znajdzie, ani nawet kot nie pożre, bo nie mam kota. Do tego nie mam nic na obiad.

I kiedy tak pławiłam się w swojej rozpaczy zadzwoniła matka z pytaniem jak się czuję. Jak ona mogła dzwonić, kiedy ja tu cierpię na samotność? ;)

W każdym razie, nie rezygnuję z akcji. Co prawda zamiast optymistycznego myślenia (jak widać - idealnie mi idzie :D) próbuję autosugestii, ale efekty powinny być identyczne. Postanowiłam wykonywać trening autosugestii przez miesiąc. Na razie jak widać - efekty znikome. Ani o M. nie zapomniałam, ani "mojekomórkitłuszczowe" nie zniknęły. Chyba, że wraz z chorobą wyłażą moje negatywne emocje i potem już będzie tylko lepiej ;).

Przeziębienie ma jednak pozytywną stronę. Bez wyrzutów sumienia oglądam kotki w internecie, nadrabiam wszystkie seriale i zanurzam się w rozpaczy, mroku i braku nadziei na lepsze jutro. No znikąd pomocy.



piątek, 15 listopada 2013

Kiedy sobie to uświadomiłam...

Idąc ulicą nagle przystanęłam. Uświadomiłam sobie coś tak niesamowitego, że aż plasnęłam się w czoło! A o co chodziło?

Często bywa tak, że zmierzając gdzieś zastanawiam się nad różnymi rzeczami. Rzeczonego dnia myślałam o swoim braku konsekwencji w czymkolwiek. Postanowień to mam milion, ale z wykonaniem bywa trudniej. Cud, że nie poddałam się z dietą, nie mówiąc już o ćwiczeniach.

Jednym z większych wstydów, bo publicznych, to moja Akcja Optymizm, która skończyła się po...dwóch dniach (o akcji poczytasz tutaj i tutaj). I już miałam kajać się za tę publiczną porażkę, kiedy stwierdziłam, że wprost przeciwnie! To nie była porażka! To był w przewrotny sposób dowód sukcesu!

Nagle uświadomiłam sobie, że między pozytywnym myśleniem, a wyprowadzką z domu może zachodzić związek przyczynowo-skutkowy. Nie myślałam pozytywnie tylko o samym odchudzaniu. Ogólnie pozytywnie nastrajałam się do siebie i świata. Potem akcję zarzuciłam, bo nie miałam do tego głowy. Wiadomo - taki ogrom szczęścia nie zdarza się na co dzień ;).

Wyprowadzka, oprócz wiadomych skutków, miała również ogromne znaczenie dla mojego komfortu psychicznego. Odsunęłam natrętne myśli od pewnego pana, który na szczęście obecnie w ogóle mnie sobą nie zajmuje. Do niego też pozytywnie nastrajałam się. Jak widać los bywa nieprzewidywalny, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Coraz częściej myślę, że jest jednak pewna Moc, która nade mną czuwa, bo to wszystko ma jakiś cel. Nie odgadłam jeszcze celów wszystkich wydarzeń w swoim życiu, ale może za kilka lat...

kocham tego psa :D

Teraz wracam do akcji. Od wczoraj myślę o swoich znikających komórkach tłuszczowych i staram się odsuwać złe myśli. Celem akcji też jest zapomnienie o M. i powrót do stanu nirvany :). Jak na razie nic ciekawego się nie wydarzyło, chyba, że wydarzyło się, a ja uświadomię to sobie za pół roku.

wtorek, 12 listopada 2013

"Nowy"

Do naszego "skromnego" grona tytanów treningu funkcjonalnego dołączył nowy osobnik.

Nie zwróciłam na początku na niego uwagi. Ot zwykły chłopak ok. 25-letni, sylwetka normalna, wygląd normalny. Wiadomo, nie będę przecież przyglądać się, w końcu nie po to tam przyszłam.

Okazało się jednak, że Nowy skrywa w sobie ciemniejszą stronę mocy...


Trening u J. jest bardzo intensywny od samej rozgrzewki, a potem jest już tylko gorzej (ciężej). Kiedy przyszło do pompek Nowy zaczął...jęczeć. Ale tak jęczeć, że w życiu czegoś takiego nie słyszałam :P Prawdę mówiąc rozpraszało mnie to i zamiast liczyć ilość powtórzeń słuchałam jęków, "ufów" i "achów".

Najlepsze było na koniec. Wpadł na chwilę syn któregoś z panów i zadał pytanie konspiracyjnym szeptem: "tatooo...a kto wydaje takie dziwne dźwięki?"

Równie konspiracyjnie parsknęłam pod nosem.

czwartek, 7 listopada 2013

Człowiek trochę schudnie i same problemy z tego...

No dobra, do Miss Polonia (czy choćby nawet Miss Koziej Wólki) mi daleko, ale co jakiś czas pokręci się jakiś facet przy mnie.

Będąc osobą sporo grubszą snułam marzenia, że jak tylko schudnę (co oczywiście zrobię w rok-dwa i będę piękna i szczupła) to znajdę wielką miłość, albo najpierw sobie poflirtuje z kilkoma - najlepiej naraz - bo w końcu czemu nie. Kiedyś będę chudsza, bardziej pewna siebie i nie będę bała się rozbieranych randek. Grubas oczywiście może tylko pomarzyć, bo przecież wówczas to nawet mi do głowy nie przychodziło żeby cokolwiek z kimkolwiek...

Oczywiście rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nie mam pewności siebie flirciar, a niska samoocena spowodowała, że jestem łatwym łupem egocentrycznych dupków, którzy chcą sobie podnieść samoocenę czyimś kosztem :).

Nie rozumiem ich. Niby są prości, ale zwodzą baby na każdym kroku. Najgorsze, że każda potem mówi: nic na to nie wskazywało! Ale to nie prawda. My po prostu przymykamy oko na niektóre sprawy myśląc: ostatecznie wszystko się ułoży.

Taaa...jasne.

Dziś czuję dumę połączoną ze wstydem. Rozprawiłam się z M. z czego jestem dumna, ale wstyd mi, że w ogóle się dałam tak długo zwodzić. Kontakt jednak na razie muszę z nim utrzymać, bo jeszcze ma mi oddać mojego pendrive'a, którego przekaże A. Mnie oficjalnie w mieście nie ma. Potem kontakt urywam. Taki mam przynajmniej plan ;).


I tak sobie myślę. O ile prościej było być grubasem. Zamknięta w obtłuszczonej skorupie miałam niezłą wymówkę czemu nikogo nie poznałam. Teraz ta wymówka nie działa i coraz częściej słyszę: jak ty ślicznie wyglądasz, zabieraj się do roboty, bo od facetów to się pewnie nie odpędzasz!

A mnie ogarnia przerażenie. Czytam porady, co tu zrobić żeby takiego utrzymać przy sobie. Że kobieta musi być tajemnicza, nie oddawać siebie na tacy, stosować różne sztuczki, gierki, powłóczyste spojrzenia, niewinne uśmiechy, czasem brać na przetrzymanie...

Serio?? Każda musiała takie rzeczy robić żeby zainteresować sobą faceta? A może zbyt idealistycznie podchodzę do tematu myśląc: jeżeli to ma być "to", to na pewno będziemy razem bez tych sztucznych gierek i skoro nie wyszło, znaczy, że tak miało być...

wtorek, 5 listopada 2013

Tak na szybko - porada dla trenujących

Wczoraj miałam test sprawnościowy w swoim fitnessclubie. Robimy to raz w miesiącu - burpees, brzuszki, przysiady i pompki na czas.

Niestety nie znam swojego progresu, bo w zeszłym miesiącu mnie nie było - spotykałam się z M., którego oczywiście traktowałam jak kogoś ważniejszego od jakichś głupich treningów...

Trudno. Za to w porównaniu z innymi chłopakami (na treningi funkcjonalne chodzę jako jedyna kobieta) stoję na naprawdę wysokim poziomie. Powiem więcej, w ciągu 20 minut (+ przerwy między kolejnymi ćwiczeniami) zrobiłam 100 pompek, 65 burpees, 160 przysiadów i 90 brzuszków ;). Ok pompki robiłam damskie, do przysiadów też się jakoś nie przykładałam (poszłam na ilość, a nie jakość...), ale resztę wykonywałam tak jak trzeba. Skutek jest taki, że dziś mnie masakrycznie bolą ramiona i brzuch.

Pan, który ćwiczył ze mną stwierdził, że siara na maksa, że baba zrobiła więcej od niego. No dobra, po niemal roku chodzenia na ćwiczenia mogę przyznać - kondycję mam naprawdę niezłą. Gorzej z wagą.

Najśmieszniejsze były czwartkowe pomiary na wadze pokazującej skład masy ciała. To też robię raz w miesiącu i wyszło, że schudłam ok. 1,5 kg. tłuszczu i...przytyłam 1,5 kg. mięśni + trochę wody. Stąd przestój wagi.

Z drugiej strony cieszę się, że masa mięśniowa rośnie, a nie maleje, jak to bywa przy diecie odchudzającej. Ciekawa jestem ile by mi mięśnie urosły gdybym była "na masie" :P

I porada na koniec. J. - mój trener, stwierdził, że zamiast robić cardio po - lepiej robić przed treningiem. W związku z tym następnym razem będę przychodzić pół godziny wcześniej i chodzić na bieżni, albo latać na orbitreku.