czwartek, 31 stycznia 2013

Faza przejściowa

Życie w fazie przejściowej jest łatwe, ale bywa uciążliwe.

To naturalne, że wiele sobie obiecujemy po schudnięciu do wymarzonej wagi, bo jest to po części też nasza motywacja. Kiedy myślę o sobie 55-kilogramowej to widzę świetlaną przyszłość w różowych barwach. Oczywiście rozsądek nakazuje mi ostudzić ten zapał, bo rozczarowanie może być bolesne, ale...chodzi przecież tylko o to, aby schudnąć i utrzymać wagę.

Cel jest jasny - schudnąć. Środki wymyślasz już sama - jaka dieta, ćwiczenia i ewentualne wspomagacze (w sensie suplementy diety). Pół biedy jak masz do zrzucenia 5 kg. A co, jeśli chcesz schudnąć tyle, że po roku czasu rodzona matka będzie miała problem z rozpoznaniem Ciebie?

Ten czas między byciem "dużo większym" a "dużo mniejszym" to z mojej perspektywy faza przejściowa.

Plusy tej fazy są oczywiste dla takich leniuchów jak ja ;). Nie muszę stroić się, co miesiąc farbować włosów i mieć ładnych paznokci. Po schudnięciu czułabym się zobligowania do lepszej prezencji. Teraz...zakładam dres, wyciągniętą koszulkę i idę do siłowni nie zwracając przesadnie uwagi na swój wygląd.



Poza tym faza przejściowa może być dobrym, bo powolnym rozpoczęciem pracy nad sobą i większą pewnością siebie. Z dnia na dzień nikt przecież nie zmienia swoich cech. A teraz jest idealny moment!

A jakie są minusy? Nie jestem już ani "bardzo duża" ani też szczupła. Noszę wciąż jednak ciuchy sprzed schudnięcia, które oczywiście są za duże, nieforemne, a do tego mają czasem nawet 10 lat.

I co teraz? Kupić kilka bluzek i spodni, które za kilka miesięcy i tak będą za duże? A może kupić nieco obcisłe, żeby wystarczyły na dłużej? Podobnie bielizna. Staniki mam pożal się Boże, ale po co mi dobrej jakości biustonosz idealnie dobrany do figury, który i tak za kilka miesięcy (mam nadzieję!) będzie nadawał się do wyrzucenia?

Pewnym wyjściem z tej sytuacji jest lumpeks, bo nie będzie mi żal wywalić ciuchów za 10 zł., ale...po co mi ładne bluzki w fazie przejściowej?

Ps. Moja waga ostatnio bardzo mnie irytuje, więc żeby uchronić ją przed niechybną śmiercią przez rozbicie, zacznę ważyć się raz w tygodniu.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Nie kopmy siebie

Trochę dziwnie brzmi mój apel, ale - jak wcześniej wspominałam - po przeczytaniu mojego bloga powiało grozą. Czy rzeczywiście aż tak siebie deprymuję i skazuję na niepowodzenie? Lektura swoich przemyśleń otworzyła mi nieco oczy.

Tyle już schudłam, wyglądam coraz lepiej, a dalej myślę o sobie jak najgorzej. I po co? Czy to jakaś obrona przeciw przyszłym atakom skierowanym w moją stronę? Że co o mnie nie powiesz, ja już wcześniej o tym pomyślałam?

Z drugiej strony komplementów nie przyjmuję myśląc sobie - ta, jasne. Na pewno tak nie myślisz.

Pytanie tylko - dlaczego? Dawno nikt mnie nie zwyzywał, ani nie wytykał na ulicy. Ostatni taki atak o którym pisałam tutaj  tak mnie zszokował, że nie wiedziałam co powiedzieć. Za to siebie ciągle poniżam. W myślach i nieraz na głos.

Jak widać, wraz ze zrzuceniem kilogramów problemy nie znikają. Trzeba sobie z nimi osobno radzić. Najwyższa pora zmienić swoje postrzeganie siebie.

Nie zamierzam stawać nago przed lustrem i mówić sobie "jestem piękna", bo wydaje mi się to strasznie głupie, ale z drugiej strony, może jednak potrzebne? Na razie zaczęłam unikać poniżania siebie w myślach.

Nie myśl jednak, że mówię sobie wprost - jestem gruba i obleśna. Robię sobie prztyki gorzko-humorystyczne powiewające smutną autoironią, z których śmieję się, ale takie uszczypliwe uwagi przecież są bolesne. Do tego - w moim wypadku - najbardziej zgubne, bo niby śmieszne i niewinne.

Tego od dziś już nie robię. Nie jestem idealna, ale też i nie jestem najgorsza :).

niedziela, 27 stycznia 2013

Pesymista - optymista?

Nasze postrzeganie siebie często (o ile nie zawsze) odbiega od rzeczywistości. Pisanie pamiętnika ma tę zaletę, że kiedy do niego wracasz - odkrywasz nieznaną siebie.

Pisałam tego bloga myśląc, że wyrażam zdanie raczej sucho i bez zbędnych emocji podkreślając często, że jestem z tym wszystkim pogodzona i mam to gdzieś. To takie oszukiwanie siebie, do tego - w tym wypadku - publiczne.

W swoich oczach bywałam optymistką, która dla spokoju sumienia przejmowała się wszystkim, żeby nie zarzucać sobie, że nie starałam się. Tu przelewam same negatywne emocje i pesymizm. Nikomu w tym nie pomagam, a już najmniej sobie.


Postanowiłam więc zmienić taktykę. To co czuję będąc grubasem w dużej mierze już wiesz. Odchudzajmy, ćwiczmy i nabierajmy pewności siebie, ale bez - za przeproszeniem - wyrzygiwania negatywnych emocji, które działają jak perpetuum mobile.

Często wątpię w siebie. Chodzę ze spuszczoną głową i myślę o sobie w samych negatywach. Ostatnio coraz bardziej popadałam w melancholię i najwyższa pora to zatrzymać. To się raczej nadaje do psychologa niż na bloga, więc albo go zamknę, albo przestanę tak ciągle skomleć :).

No to pora na paczkę dobrych wibracji. W łazience mam duże lustro, w którym można siebie oglądać z góry na dół. Podczas nakładania oliwki na uda zauważyłam, że już prawie mi nie widać cellulitu! Stanęłam więc przed lustrem i oczom nie wierzę. Kiedy to się stało? :)

czwartek, 24 stycznia 2013

Jak dbam o skórę?

Od początku diety zastanawiałam się nad tym jak będę wyglądała po schudnięciu...ponad 60 kg. Czy będzie mi wisiała skóra? Czy będzie widać, że przez niemal całe swoje życie nosiłam na sobie tyle tłuszczu?

Schudłam 25 kilo, do najmłodszych też nie należę. Teoretycznie skóra już powinna mi wisieć. Na szczęście zachowuje sprężystość i wygląda w miarę dobrze. Jak mi się to udało?

Te pół roku diety nawet mi zleciało. Przez pierwszych kilka miesięcy nie zaprzątałam sobie za specjalnie głowy myśleniem o skórze i jej kondycji, ani nawet o mięśniach. Dopiero dwa miesiące temu zebrałam się w sobie i poszłam do fitnessclubu.

Najlepszym jednak - według mnie - rozwiązaniem było kupno masażera na podczerwień. To chyba dzięki niemu nie mam problemów z nadmiarem skóry. Również sporo się ruszam, latem jeździłam rowerem do pracy, teraz chodzę 3x w tygodniu na zajęcia w fitnessclubie.

Poza tym niewiele niestety robiłam ze swoją skórą. Od dwóch tygodni zaczęłam smarować się oliwką po kąpieli, ale zamierzam też raz w tygodniu robić sobie tzw. "foliowanie". Kiedyś robiłam takie zabiegi i muszę przyznać, że dawały rewelacyjne rezultaty. Podaję przepis :)


Składniki:
- balsam do ciała: zwykły, regenerujący, lub odżywczy.
- olejki eteryczne naturalne: cynamon, rozmaryn, grapefruit, geranium, jałowiec. Nie muszą być wszystkie, ale musi być cynamon.
- kubeczek plastikowy albo miseczka

Przepis:
Do miseczki nakładamy taką ilość balsamu, jaka jest potrzebna do nabalsamowania ciała od kostek do pasa, ewentualnie można też olejkować ramiona. Nie olejkujemy górnej połowy, w szczególności nie olejkujemy biustu mieszanką z cynamonem. Z innymi olejkami nie ma przeciwwskazań, ale z cynamonem nie.

Do balsamu wkrapiamy olejki po 4-7 kropli - Uwaga: cynamon w ilości maksymalnie 7 kropli ze względu na silne właściwości rozgrzewające. Co do pozostałych olejków nie ma ograniczeń (wystarczy 5-6 kropel).

Mieszamy aż do połączenia. Następnie nakładamy mieszankę grubą warstwą na ciało.

Potrzebna jest folia spożywcza, przeźroczysta, i nie sztywna. Dużo folii po olejkowaniu zawijamy ciało (od kostek do pasa) w folię - każdą nogę osobno, biodra, brzuch. W tym do łóżka, pod ciepły koc albo kołdrę. Pocimy się do woli. Można też ćwiczyć na rowerze stacjonarnym albo stepperze.

Charakterystyka olejków:

*cynamon rozgrzewa, więc jest niejako podstawą olejkowania (zwłaszcza z folią).

Przeciwskazania: bardzo wrażliwa, skłonna do podrażnień skóra, skóra z popękanymi naczynkami (bo mogą jeszcze bardziej zostać uszkodzone). Naczynka najczęściej pękają na udach - nie ma wtedy przeciwskazań, żeby olejek cynamonowy użyć na biodra, brzuch, talię i pośladki.

*Grapefruit i rozmaryn mają silnie drenujące działanie, więc są w połączeniu z cynamonem skuteczne - i ja je najbardziej lubię.

*Geranium - trzeba uważać, bo jak się wchłania, może osłabić działanie tabletek antykoncepcyjnych.

*Jałowiec - miałam, stosowałam w mieszankach. Nie mam zdania, dobry czy słaby.

niedziela, 20 stycznia 2013

Promocja otyłości cz. 2

Poprzedni post o promocji otyłości wywołał sporą dyskusję. Uwielbiam wymieniać się z Tobą poglądami, dlatego spójrzmy na temat jeszcze raz.

Jest wiele rzeczy, których nie rozumiem, a czasem nawet w które trudno mi uwierzyć. Na przykład zjawisko zwiększenia ilości samobójstw po ogłoszeniu w mediach tego aktu dokonanego przez znaną osobę. Dlaczego ktoś odbiera sobie życie pod wpływem informacji w mediach? Czy w związku z tym media dosłownie mają władzę nad naszym życiem?

Oczywiście większość osób jest odporna na taki przekaz, ale teoretycznie zadaniem państwa jest chronienie tych najsłabszych, stąd na przykład zakaz palenia marihuany, która w większości przypadków relaksuje i rozluźnia, ale są osoby, którym może poważnie zaszkodzić (o słuszności i niesłuszności tego zakazu, wielkości kary itp. nie wypowiadam się).

Idąc tym tropem, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że są osoby, które widząc nadwagę i otyłość w szklanym ekranie - będzie się nią inspirować. I w to trudno jest mi uwierzyć.



Ktoś tu jednak pisał, że "promocja otyłości" jest groźna, bo daje przyzwolenie na bycie grubym. A z tym przecież trzeba walczyć. Moim jednak zdaniem grubasy potrzebują akceptacji. Czy myślisz, że szykanowanemu nastolatkowi łatwiej będzie podjąć walkę z otyłością niż akceptowanemu przez otoczenie? Na moim przykładzie widać, że najłatwiej mi idzie odchudzanie, kiedy nikt mi nie wytyka, że jestem gruba i obleśna. Albo, że zaraz umrę na cukrzycę i zawał serca. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która potrzebuje wsparcia, a nie wszechobecnej informacji: gruba, czyli nieudacznik, który jeśli niczego ze sobą nie zrobi to przegra życie.

W gimnazjum, kiedy zaczęłam próby z odchudzaniem, nikt mnie nie akceptował, a moje diety trwały maksymalnie jeden dzień. Wiem, że to wymówki, ale człowiek, dla którego jedynym znanym pocieszeniem jest pączek, nie będzie z niego łatwo rezygnował. Zwłaszcza, że nawet nie ma z kim o tym porozmawiać.



Modelki plus size i portale poświęcone pięknu krągłości pokazują, że można dobrze wyglądać nawet mając tu i ówdzie nieco za dużo. Czy to oznacza, że wysyłają podprogową informacje: "jesteś gruba i to dobrze"? Myślę, że tak naprawdę tylko akceptującej siebie osobie wyjdzie dieta. Osoba, która mówi sobie: akceptuję siebie, ale chcę zeszczupleć dla zdrowia, ma ogromne szanse na powodzenie.

Nie ukrywajmy zagrożeń płynących z bycia otyłym. Jednak patrząc na nagonkę "pulchności w mediach" mam wrażenie, że większość komentujących sprawę nie chce samego dobra dla grubasów, tylko czerpie satysfakcje z poczucia wyższości - ja jestem szczupły/a, a ty gruby/a, więc jestem lepszy/a, bo wyglądam lepiej.

sobota, 19 stycznia 2013

Promocja otyłości - temat na topie

Kiedy myślimy o poszkodowanej przez matkę naturę kobiecie, jednym tchem mówimy "brzydka i gruba". Utarło się takie przekonanie, że jest to najgorsze co może spotkać dziewczynę.

Właściwie temat otyłości i nadmiernej chudości budzi od lat skrajne emocje i bądź tu mądry, kiedy przed Tobą wypowiadało się (i dalej będzie wypowiadać się) miliony osób. Kiedy byłam nastolatką myślałam (jak to większość nastolatek), że życie jest niesprawiedliwe i powinno się coś z tym zrobić. Dlaczego moja otyłość ma mnie definiować? Co takiego zrobiłam, że wszyscy mnie za to karzą?

Dziś - poniekąd pogodzona z losem - mówię, że tak to już jest, że ludzie traktują grubasa jak kogoś brzydkiego. Nie ważne czy ma ładną twarz (o której pisałam tutaj), czy "piękne wnętrze" (o czym pisałam tutaj). Jesteś gruba, więc większość oceni Cię jako mało atrakcyjną.

Z drugiej strony istnieje pewna grupa ludzi zachwycona krągłościami. Pomijam już definicję krągłości, bo dla większości facetów "krągłość" oznacza po prostu figurę Dity von Tesse, a dla innych kobietę o rozmiarze powyżej 40 (ale powiedzmy sobie szczerze - maksymalnie 44). Inni znowu cenią sobie tylko duże piersi i okrągłe pupy.

Skupmy się na tej drugiej grupie. To ona wywołuje najwięcej emocji. Moja znajoma, z którą studiowałam, na Facebooku opublikowała to zdjęcie:


Chwilę później nawiązała się zażarta dyskusja, że to promowanie otyłości, a sam portal (kraglosci.pl) to krąg wzajemnej adoracji grubasów. Wypowiadające się osoby stwierdziły, że publikowane zdjęcia są "obrzydliwe", a kobieta jest "strasznie zaniedbana".

Prawdę mówiąc, patrząc na to zdjęcie nie widzę tej "chorobliwej otyłości", prędkiej miażdżycy czy zawału w wieku 30 lat. Widzę za to piękną, zmysłową kobietę z fantastycznymi włosami i ujmującym uśmiechem. 

Może, przez swoją wieloletnią otyłość, zatraciłam poczucie gdzie zaczyna się zdrowa krągłość, a gdzie chorobliwa otyłość. Kobieta na zdjęciu - przyznaję - nie jest szczupła. Ciężko mi jednak określić ile waży. Zawsze wydaje mi się, że jestem od każdego grubsza i na pewno ona jest szczuplejsza ode mnie. Rzadko kiedy udaje mi się przyznać, że ktoś jest grubszy ode mnie.

No, ale wracając do tematu. Czy portal prezentujący zdjęcia dziewczyn z nadwagą sieje zło i zniszczenie? Czy rzeczywiście każda osoba publiczna, która ma nadwagę - promuje otyłość? Czy istnieje na świecie osoba, która patrząc na rodzinę Grycanów dochodzi do wniosku, że chce być tak jak oni, czyli po prostu gruba?



Nie wiem skąd to przekonanie, że ktokolwiek w cywilizowanym świecie chciałby być grubym. Nawet osoby za szczupłe - jeśli już chcą lepiej wyglądać, to idą do siłowni i "tyją" tak, żeby mieć prawidłową wagę, a nie nadwagę.

Nie przeceniajmy siły rażenia promujących się osób z nadwagą. Ja ich podziwiam za odwagę i determinację, dzięki której nie poddają się fali krytyki i nie uginają pod naporem nienawiści osób zupełnie im obcych. Trzeba mieć w sobie wiele mocy, by nie uciec od pełnego pogardy wzroku. Jednak nie uważam, żeby ktokolwiek chciał ich naśladować w nadwadze. Kult zdrowego wyglądu trwa dłużej niż niektórym się wydaje. Ale o tym w następnym poście...

niedziela, 13 stycznia 2013

Miłość, miłością, ale co z dietą?

No dobra. Ja tu się rozwlekam nad facetami, miłościami i tym podobne, a zapomniałam o napisaniu co z moją dietą.

Jak już wcześniej wspominałam - bardzo dobrze. Dziś miałam ważenie i mierzenie i...wyniki są wręcz zachwycające. Od początku odchudzania tu na blogu schudłam 22,5 kg. Po świątecznym podskoku wagi nie ma już śladu. Cud?

Oczywiście przy odchudzaniu nigdy nie ma mowy o cudach. Podczas świąt regularnie chodziłam do siłowni i mimo, że wracałam do stołu, by objadać się mało dietetycznymi potrawami - nie odłożył mi się tłuszcz.

Wydaje mi się, że sporą w tym zasługę ma moja dieta, która nie ogranicza kalorii, a jedynie zabrania pewnych potraw i łączenia tłuszczy z węglowodanami. Ogromnym zaskoczeniem był brak efektu jo-jo po zupełnym zaprzestaniu diety przez 2 tygodnie! Wygląda na to, że ta dieta jest - w moim przypadku - strzałem w dziesiątkę. (No chyba, że to efekt zauroczenia ;) ).

Cieszę się z tego wyniku również dlatego, że daje dobre rokowania na przyszłość. Kiedyś przecież schudnę do swojej upragnionej wagi i będę musiała ją utrzymać, co jest rzeczą trudniejszą od samego odchudzania. Patrząc na efekty po świętach - wystarczy chodzić na fitness i jeść rozsądnie według zaleceń II fazy Montignaca (obżarstwo świąteczne mimo wszystko nigdy nikomu nie służyło, ale przy wpadce po prostu wrócę na kilka dni do I fazy diety).

A oto efekty półrocznego odchudzania:

                                                         02.07.2012           13.01.2013
Waga:                                               115,6 kg.               93,1 kg. (-22,5 kg.)
Tłuszcz:                                             41,7 %                  37,1 %  
Woda:                                               42,5 %                  45,9 %
Mięśnie:                                            15.8 %                  17 %
BMI:                                                 42,98                     34,61 (- 8,31)
Szyja:                                               38 cm.                   34 cm. (- 4 cm.)
Ramiona:                                          136 cm.                 122 cm. (- 14 cm.)
Ramię (biceps):                                 42 cm.                   36 cm. (- 6 cm.)
Ręka:                                               31,5 cm.                 28 cm. (- 3,5 cm.)
Biust:                                               115 cm.                 109 cm. (- 6 cm.)
Talia:                                                116 cm.                 92 cm. (- 24 cm.)
Brzuch (w najszerszym miejscu):       121 cm.                 113 cm. (- 8 cm.)
Biodra:                                             129 cm.                 105 cm. (- 24 cm.)
Udo:                                                84 cm.                   66 cm. (- 18 cm.)
Łydka:                                             52 cm.                   46 cm. (- 6 cm.)
Kolano:                                            47 cm.                   41 cm. (- 6 cm.)
Kostka:                                           27,5 cm.                 25,5 cm. (- 2 cm.)

Razem zeszło ze mnie 121, 5 cm. w obwodach!!!



A co się zmieniło? Oczywiście czuję się dużo lepiej ze sobą, jestem nieco pewniejsza siebie i bardziej sprawna. Mogę dłużej spacerować, wyraźnie widać mięśnie na łydkach, czy ścięgna na rękach (nie wiem czemu, ale lubię na nie patrzeć ;)). Zmieniły się drobne rzeczy, na które nikt szczupły nie zwraca uwagę. Bez problemu zakładam nogę na nogę, dżinsy mi się nie ścierają tak bardzo, jak wcześniej, pierścionek jest luźny, zakładam pasek na trzecią od końca dziurkę (więcej o dziurce w pasku czytaj tutaj), czy bez problemu wspinam się na drabinie, z którą niejedna szczupła osoba ma problem (np. na rusztowania, czy w dzwonnicy - nie pytaj, jestem miłośnikiem zabytków :)).

Poza tym chętniej pozuję do zdjęć, czy w ogóle patrzę na siebie w lustrze. Nie spuszczam też wzroku kiedy jakiś facet na mnie patrzy (a przynajmniej wytrzymuję te 2-3 sekundy). Z każdym kilogramem moja samoocena wzrasta i poprawia się ogólne samopoczucie. A to wszystko bez wielkiego wysiłku, czy wylewania łez, o czym niektórzy piszą.

Do końca celu zostało mi 38,1 kg. Dam radę! Jestem pewna sukcesu!

piątek, 11 stycznia 2013

Grubas i jego paranoja

Wierzę w przeznaczenie i to, że nic nie dzieje się bez powodu. Wiara ta pomaga mi w wyciąganiu - jakże ważnych przecież - wniosków.

Zaczęłam zastanawiać się, po co mi był potrzebny ten chwilowy "romans". Czy po to, żebym nie zapomniała o czystych odruchach serca? Żebym nie zapomniała, że coś jeszcze jest poza pracą i dietą? A może po to, żebym otworzyła się na nowe uczucia? Albo po to, żebym wiedziała kogo potrzebuję i z kim chciałabym być?

Z drugiej strony świat widzę w negatywnych barwach. Złośliwy los miał mi pokazać cukierek, dać go - za przeproszeniem - liznąć, a potem okrutnie go zabrać. 

Potem przychodzą mi do głowy jeszcze gorsze myśli. Że on (ten chłopak) teraz siedzi u siebie w domu i śmieje się z mojej naiwności. Paranoja jednym słowem. W końcu komu chciałoby się uwodzić mnie dla zabawy? 


Oczywiście paranoiczne myśli nie biorą się z niczego. W podstawówce byłam obiektem żartów i kpin, a stałe zainteresowanie mną (negatywne oczywiście) spowodowało, że teraz wszędzie widzę złośliwych żartownisiów. 

Nie myśl jednak, że siedzę zahukana w domu i boję się ludzi. Raczej obawiam się tego gorącego uczucia i oczywiście odrzucenia. Zwykłych znajomości nie boję się. Poza tym ostatnio byłam zakochana ponad 2 lata temu, do tego bez wzajemności. Źle ulokowane uczucia dały mi w kość i najzwyczajniej w świecie - sparzyłam się. W każdym razie z tym chłopakiem już nie rozmawiam. 

No, ale my tu gadu gadu, a waga spada :). Już wkrótce zobaczę 8 z przodu na wadze! Ostatnio ósemkę widziałam kilka ładnych lat temu (chyba z 5), więc nie mogę się doczekać! Jeszcze nie wiem co sobie kupić w nagrodę, po grudniowych prezentach mało jest rzeczy (tych większych), które potrzebuję, a na niektóre chcę jeszcze poczekać, jak na przykład sportowa torba na fitness, czy odpowiednie buty. 

Może nawet uda mi się zobaczyć ósemkę jeszcze w styczniu?

wtorek, 8 stycznia 2013

Powrót do normalności

Wygląda na to, że wszystko powoli wraca do normy. Przedwcześnie zamartwiałam się nad przyszłym dramatem i wizją kataklizmu. Ale po kolei.

Wczoraj okazało się, że na szczęście nie będę musiała płacić za wyrobienie nowej karty do fitnessclubu. Wieczorem - jak planowałam - nasmarowałam się oliwką i wymasowałam cellulit. Poza tym weszłam dziś na wagę i przeżyłam szok. Równe 93 kg. Tyle to ja nawet nie ważyłam przed świętami, więc muszę przyznać, że jestem z diety bardzo zadowolona!

Praca również jaka była, taka jest. Dziś przyjechał do nas szef i bałam się, że chce mnie zwolnić, ale jak zwykle gadka-szmatka o niczym.

Rozmawiałam również z moim niedoszłym. Chciałam go trochę podpytać jak on to wszystko widzi i niestety nie widzi. Trochę przykro mi się zrobiło i zaczęłam to sobie tłumaczyć po swojemu - że po prostu nie chce być ze mną, że było miło, ale przez 2 tygodnie.

Wiesz, to nie jest tak, że nie chcę walczyć, ale chcę robić to wspólnie. Myślę, że warto czekać na kogoś, kto i na Ciebie będzie czekał. Poza tym nie mam już 16 lat żeby wierzyć w bezkresną miłość, która pokona wszystkie przeciwności losu. Dlatego wolę wycofać się już na początku niż leczyć głębsze rany po kilku miesiącach.

Jak by nie było, powrót do tego co było ma smak słodko-gorzki. Słodki - bo stabilizacja, wiesz co zrobisz jutro, za tydzień i za miesiąc. Gorzki - bo miałaś nadzieję na coś innego, ekscytującego.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Na przekór wszystkiemu

Powoli układam sobie wszystko od początku. Poszłam na policję, potem do banku i niestety nic nie załatwiłam. Pogodziłam się z myślą, że straciłam wszystkie dokumenty i pieniądze (z portfela, na koncie są na szczęście całe i zdrowe).

Mimo to, staram się realizować swoje noworoczne postanowienia. Wczoraj jeszcze dałam sobie spokój z balsamem i masażem antycellulitisowym, ale dziś po wieczornym prysznicu już na pewno! Poza tym miałam dziś kupić kilka kosmetyków, no ale znowu się nie udało (z powodu banku, który stwierdził, że mi nie da pieniędzy), więc odkładam takie rzeczy na później. Najważniejsze i tak mam w domu.

Cały dzień miałam przed oczami tę stratę portfela. Ciągle krew mnie zalewa i szlag trafia jak o tym pomyślę. Nieco głębiej, pod kopułą widzę utracone uczucie i złamane serce. Pytasz, czy na pewno nic nie da się zrobić. Odpowiadam - niestety nie. Nie będę dokładnie wyjaśniać skomplikowania tego uczucia, ale musiałabym żyć w komedii romantycznej, albo XIX-wiecznym romansie żeby coś takiego wypaliło, miłość zwyciężyła itd.

Możliwe też, że sama siebie skazuję na niepowodzenie i myślę, że ten prędzej czy później i tak mnie zdradzi z ładniejszą = szczuplejszą. Tak wygląda związek z zakompleksioną grubaską. Pewnie, gdybyśmy stworzyli jednak ten związek to bym go nieświadomie, albo świadomie popychała w ramiona subtelnej, wiotkiej blondynki.

Ewidentnie nie jestem gotowa na miłość.

No, ale wracając do tematu. Postanowienia nie mam szczególnie nowego i chcę kontynuować to, co zaczęłam pół roku temu. Mam do schudnięcia 40 kg. Chcę mieć ładne, długie włosy (biorę tabletki z witaminą B), zadbane dłonie i stopy (będę je maczać w oliwce itd.), proste nogi (muszę zapisać się do ortopedy) i białe, zdrowe zęby (nie mam żółtych, ale w sumie mogłabym wybielić ;)).

Myślę, że w rok jestem w stanie to zrobić. Potem jeszcze laserowa korekcja wzroku i będę laska.

niedziela, 6 stycznia 2013

Na ten nowy rok...

Świetnie zaczął się ten nowy rok. Żyłam w zawieszeniu (także diety) od soboty przed świętami do praktycznie wczoraj. Wszystko za sprawą komplikacji w rodzinie i pewnego...chłopca.

Nie owijając w bawełnę: ustrzeliła mnie strzała amora, w nim też coś zadziałało i byłoby świetnie, gdyby nie to, że uczucie to nie powinno mieć miejsca i z góry jest skazane na niepowodzenie.

To nie było tak, że spojrzeliśmy na siebie i już było wszystko jasne. Wyrzuty sumienia i próba samokontroli spowodowała, że przyznaliśmy się do tego, że "coś wisi w powietrzu" dosyć późno. Nazwaliśmy rzecz po imieniu i stwierdziliśmy, że dla naszego dobra będziemy starali się siebie unikać. Wyszło jak wyszło, ale pierwszy pocałunek mieliśmy dopiero w pustym autobusie - kiedy go odwoziłam do pewnego miasta, z którego wracał już do siebie - innego państwa.

Nie miałam już siły na nic innego. Starałam się nie myśleć o tym, że po sylwestrze ten jedzie do siebie i zobaczymy się najszybciej w kolejne święta, chyba, że coś innego wymyślimy. Ale to ja bym musiała rezygnować z siebie, pracy, domu, przyjaciół - i jechać za miłością. A tego nie chcę robić.

Dramaty te zupełnie mnie roztroiły. Stałam się bardziej ckliwa, a teraz po prostu smutna. W domu już i tak panowała przez całe święta napięta atmosfera z powodów rodzinnych, więc przez ten czas nawet nie mogłam się porządnie wyspać. Na koniec jeszcze straciłam portfel, więc chce się powiedzieć tylko jedno: ja pierdolę.

Co do diety, to dziś wróciłam na swój dawny tor. Nie przytyłam bardzo dużo - jak na dwa tygodnie folgowania sobie (w tym święta) - dodatkowe 2 kilo to jak nic. Chciałam dziś iść do sklepu i kupić kilka kosmetyków by zacząć od nowego roku bardziej dbać o siebie - no i wtedy zauważyłam, że nigdzie nie ma portfela...

Szacując efekty mojego zapomnienia - straciłam jakieś 250-300 zł w gotówce + wyrobienie dokumentów, kupno nowego portfela itd. to koszt jakiś 400 zł.

Fuck you 2013!