środa, 24 września 2014

Cholera, nie mogę

Przerosły mnie wątpliwości i strach. Nie jestem już w stanie publikować tego co czuję. Powiększająca się lista "wersji roboczych" jest tego dowodem.


Jesień (jesieni, jesienio??), dlaczego tak na mnie źle wpływasz?


I przepraszam, nie mam dziś wesołej anegdotki do opowiedzenia, ani nastroju na zabawnego gifa. W wersjach roboczych same filozofowania. 

środa, 10 września 2014

Nie fizoluj

Kanada swoje, a życie swoje. Dziś trochę tego i tego. Wypiłam w pracy kawę i się ożywiłam, więc trochę Ci poopowiadam.

Niedawno dostałam maila od faceta z pośrednictwa pracy z pytaniem czy nagrałam film z autoprezentacją (o czym pisałam tutaj). Film ten zmontowałam pół roku temu i od razu mu wysłałam, więc ciśnienie skoczyło mi ze 120 do 220 w dwie sekundy, że koleś jakiś nieogarnięty i w tym tempie jak on zajmuje się moją sprawą, to ja do tej Kanady w przyszłym roku wylecę.

(kocham tę dziewczynkę. Jeśli miałabym dziecko, to tylko ją!)

Managerka moja z pracy za to dowiedziała się o Kanadzie przez przypadek. Koledze opowiadałam o planach emigracyjnych i przebojach z serii "od pomysłu do realizacji", a ta wpadła do mojego pokoju w pół zdania. Kolega nie wiedział, że ona nie wtajemniczona i zapytał przy niej: "no i co, straciłaś pracę i postanowiłaś lecieć do Kanady?" Managerka zdziwiła się i musiałam już wszystko wszystkim powiedzieć. Odwrotu nie ma. Potem tylko kolega mnie przeprosił za klasyczne podpierdolenie ;). Na szczęście nic się nie stało, mam tylko powiedzieć szefostwu o wylocie wcześniej niż na dzień przed.

Tyle o Kanadzie. Jak widać żyję przyszłością i czekam z utęsknieniem na wylot, który wyzwoli mnie z marazmu teraźniejszości. A co w teraźniejszości? Imam się różnych zajęć, byle tylko czymś zająć się. Napisałam o tym wielkiego posta, ale nie wiem, może innym razem opublikuję ;).

A teraz coś zupełnie z innej beczki.

Wczoraj zagadał na GG pewien podstarzały amant, lat ok. 45. Amant ów zadał krótkie pytanie: wolę kino czy shopping? Raczej nie odpisuję na tego typu zaczepki, ale stwierdziłam, że dobra tam, pytanie jest tak kretyńskie, że może chociaż będzie z czego pośmiać się.

Po upewnieniu się, że chodzi o to co myślałam, zapytałam amanta, co dzieje się z dzisiejszymi dziewczętami, że żadna nie chce darmowych zakupów i sponsorzy sami muszą szukać chętnych. Amant przyznał mi rację, że kiedyś było łatwiej. Wygląda na to, że mamy koniec kryzysu gospodarczego, skoro dziewczęta nie potrzebują już dżinsów za loda. Rozmowa dalej ciągnęła się w tym tonie, moje zaintrygowanie rosło, bo niecodziennie jest rozmawiać ze sponsorem, ale ten nagle przerwał twierdząc, że nie chce mu się ze mną gadać, bo filozofuję. Cóż, jestem w takim stanie mentalnym, że nawet sponsorzy nie chcą ze mną gadać.


Ps. Czy wszyscy mnie rozumieją? Bo od nadmiaru rozmów ze sobą, zaczynam stosować niezrozumiałe skróty myślowe.

piątek, 5 września 2014

Praca w Kanadzie, czyli jak Ciam się sfrajerowała

Kanada po tygodniu oczekiwania wysłała Złote Runo, św. Graala i Arkę Przymierza w jednym, czyli POE Letter of Introduction.

POE (Port of Entry) Letter of Introduction to właściwie mały świstek z kodem kreskowym, numerem i datą ważności, który trzeba pokazać urzędnikowi na granicy (czyli na lotnisku), a on na jego podstawie ma wydać pozwolenie na pracę. Na ten świstek czekałam około pół roku i przez cały ten czas nieco zmienił się mój stosunek do tematu.


Na początku była oczywiście euforia związana z impulsywną decyzją wylotu za wielką wodę. No może nie do końca impulsywną, bo od powrotu trzy lata temu z USA rozmyślałam nad kolejną destynacją i padło na Kanadę. Od tamtej pory każdy zaoszczędzony grosz odkładałam "na Kanadę", chociaż przez te trzy lata trochę też defraudowałam swoje środki (np. na operację oczu, o czym przeczytasz min. tutaj.)

Kiedy zostałam zwolniona z poprzedniej pracy, stwierdziłam: jestem wolna. Mogę robić cokolwiek. O mój Boże! Kanado, nadchodzę! Wtedy też szybko poleciałam do biura pośredniczącego pracy i podpisałam umowę myśląc, że bez tego nie da rady szybko wszystkiego ogarnąć. W ogóle nawet nie wpadłam na to, że mogłabym sama cokolwiek załatwić.

Od tamtej pory zostało mi tylko czekanie, które wydłużyło moje niezałapanie się na listę uczestników programu International Experience Canada (ilość wolnych miejsc rozeszła się w ok. 25 minut). Z jakiego powodu możesz przeczytać tutaj. (uwaga, post zawiera opis niewyobrażalnych wydarzeń, w które byłoby mi ciężko uwierzyć, gdyby nie to, że one faktycznie miały miejsce...)

Teraz, kiedy mam już wszystko co trzeba, mogę w każdej chwili wsiąść w samolot i zacząć pracować na terenie Kanady jak długa i szeroka. A ja dalej czekam. Wczoraj ponownie wypełniłam wewnętrzne dokumenty firmy pośredniczącej oraz wskazałam trzech pracodawców, którzy mnie interesowali i trzy stanowiska pracy. Jakie stanowiska? Wiadomo, że nie kierownicze ;). Były do wyboru różne oferty, w zależności od umiejętności językowych, więc od zwykłych boyów hotelowych, pomoc sprzątającą, przez sprzedawców po recepcjonistów, a nawet pracowników biurowych. Ja mierzę wysoko, więc aplikuję na recepcjonistkę i pracownika biurowego w dziale HR, a co z tego wyjdzie to będzie wiadomo po rozmowach kwalifikacyjnych. Jest to pewne ograniczenie i mogę w ogóle nie dostać żadnej pracy, bo zestresuję się i powiem tylko: me want to work :D.

Wyjazd z firmą pośredniczącą ma wiele zalet, ale i coraz częściej dowiaduję się o wadach. Po pierwsze - cena. A chodzi o kilka tysięcy, które wydajesz na to, że masz zapewnioną pracę, pomoc przy sporządzaniu dokumentów i zakwaterowanie, ubezpieczenie oraz ew. pomoc z dojazdem.

Kiedy w lutym poleciałam do tego biura nie wpadłam na pomysł, że mogę pracodawcę sama znaleźć. Okazuje się, że nieprawdą jest, że nie podpiszesz umowy nie będąc jeszcze w Kanadzie (tak przynajmniej twierdzą ludzie na forach i blogach). Od tego jest Skype żeby przejść rozmowę kwalifikacyjną. Również papierologią, która mnie przerażała i z radością chciałam ją oddać komuś innemu, sama w efekcie się zajęłam.
O transporcie i ubezpieczeniu nawet się nie wypowiadam, bo to akurat jest dla mnie najmniejszym problemem ;).

Ogromnym plusem, którym się pocieszam jest pewność pracy oraz zakwaterowanie. W USA nie miałam zakwaterowania i po tygodniu w hotelu prawie wylądowałam na plaży ;). Poza tym dla mnie dużym plusem jest miejsce pracy. Prawdopodobnie wyląduje w małym, cichym miejscu turystycznym, czyli nie Vancouver ani Toronto, w którym mogłabym zginąć marnie ;). Małe miasteczka, w których pracują uczestnicy programu, mają tę ogromną zaletę, że będzie łatwo integrować się.

Teraz czekam na terminy rozmów kwalifikacyjnych i tu pojawia się kolejna wada pośrednictwa pracy. Nie mogę przebierać w ofertach i mam mieć maksymalnie dwie rozmowy kwalifikacyjne. Na szczęście nie jest tak jak w Polsce, że żeby znaleźć pracę trzeba przejść kilka takich rozmów, ale i tak tylko dwie szanse nie nastrajają mnie optymistycznie ;).