czwartek, 29 maja 2014

Bo grubasom to się tylko dokucza

Niedawno zadzwoniła do mnie dziennikarka żeby przeprowadzić ze mną wywiad na temat otyłości (tak, tak, Ciam robi się sławna :P). Miałam wrażenie, że jej chodzi o jedno - by udowodnić (!), że grubasom jest ciężko w życiu.

Pomijam już fakt, że nie ma czego udowadniać, bo to jest taka oczywistość jak to, że ładni szybciej dostają prace. Ale czy na pewno? 


Skupmy się na dzieciństwie, w końcu to czas kiedy wszystkie grubasy przeżyły jakąś traumę. Drążenie tematu mojego dzieciństwa dawno przestało mnie bawić, ale żeby udowodnić, że osoby otyłe są dyskryminowane, musiałabym tylko opowiadać o czasach gimnazjalnych, kiedy rzeczywiście - mówiąc kolokwialnie - łatwo nie było.

Wiem dlaczego gimnazjum było dla mnie trudne. Dzieciaki w tym wieku często są okrutne i nie są świadome konsekwencji swoich słów/czynów. Myślę, że gdybym dziś spotkała swojego "oprawcę" i powiedziała jak wielką wyrządził mi krzywdę, na pewno by się zdziwił i zapytał dlaczego go nie powstrzymałam. Proste, prawda? Niestety, w mojej naturze, czy też z powodu wychowania, leży wrażliwość i brak umiejętności samoobrony. Sama przyznaj, że pyskatej dziewczynie, choćby nie wiem jak wyglądała, nikt nie podskakuje :). Inna sprawa, że dorośli - rodzice, wychowawca, pedagog - powinni coś z tym zrobić, ale wiadomo - gimnazjum rządzi się swoimi pierwotnymi prawami natury. 


Od liceum rzadkością były chwile kiedy ktoś starał mi się udowodnić, że jestem gorsza. To ja sama o sobie tak myślałam i szukałam potwierdzenia u innych. To jest oczywiście mechanizm obronny, który dawno już nie był potrzebny - zanim ty o mnie powiesz coś złego, ja zrobię to wcześniej. Jak się okazuje, z dużo większym okrucieństwem.

Grubasy narzekają i płaczą, że świat jest niesprawiedliwy, ale w rzeczywistości nie chcą wziąć sprawy w swoje ręce i przyznać, że są dyskryminowani na tyle, na ile sami na to pozwolą. Do porzygu powtarza się, że lekarze się naśmiewają zamiast pomóc, sprzedawczynie w sklepach z ciuchami patrzą z pogardą, dzieciaki wytykają palcami, a wszyscy patrzą z obrzydzeniem i rzucają pod nosem epitety w stylu: "ale tłuścioch", "grube babsko", "byś schudła wieprzu" itp. 

Nie mówię, że mnie to nigdy spotykało, a i pewnie nie raz jeszcze spotka. Ode mnie jednak zależy czy wezmę te epitety do siebie i jak zareaguję na te pożal się Boże odzywki. Czy nie łatwiej jest pomyśleć, że wszyscy ci ludzie podnoszą sobie swoją niską samoocenę? Czy nie lepiej jest ich wyśmiać w duchu i powiedzieć sobie, że te epitety i i naburmuszone miny pokazują ich zerową kulturę osobistą i zaściankowość? Nade wszystko jednak słabość, bo tylko człowiek, który czuję się z jakiegoś powodu zagrożony, słaby i niepewny siebie jest agresywny. 


Oczywiście - jak niemal wszystko w życiu - proste to to nie jest. To, dlaczego lubimy sobie utrudniać życie, wolimy samobiczowanie i umartwianie od spokoju ducha, jest już sprawą indywidualną, ale każdy (powtarzam: KAŻDY!) musi sobie uświadomić, że poczucie bycia gorszym to tylko i wyłącznie jego wybór. Weź odpowiedzialność za swoje samopoczucie i nie zrzucaj winy na innych. Jesteś na tyle dyskryminowana, samotna i nieszczęśliwa, na ile sama sobie taki los zgotujesz. Amen.

piątek, 23 maja 2014

Gotowanie poprawia humor?

Wpadłam w przedburzowe przygnębienie. Mówię przedburzowe, bo z niewiadomych powodów zaczęłam myśleć o tym, że czas pogodzić się z tym, że w życiu nie będę szczupła. Chwilę potem błysnął piorun i nastąpiło gwałtowne oberwanie chmury.

W tych jakże malowniczych okolicznościach zaczęłam zastanawiać się nad tym, że coraz mniej się sobie podobam, niechętnie pokazuję nawet łydki (co jeszcze niedawno nie sprawiało mi najmniejszego problemu) i co bym zrobiła, gdybym powiedziała sobie raz a dobrze: ok Ciam, nie trudź się, nigdy nie będziesz top-modelką.

Pomyślmy nad dwiema opcjami. Pierwsza jest taka, że dodałabym: "ale i tak jesteś fajna, wartościowa babka" i przestała być neurotyczna. Boże, jak dobrze. Odpoczęłabym od wiecznych lęków samotności, poczucia zagrożenia i zaczęła normalnie funkcjonować nie zastanawiając się nad tym, że swoją osobą urągam poczuciu estetyki. Nie dokopywałabym sobie w myślach, ani nie bała się konfrontacji z innymi. Nie sprawiałabym wrażenie zawstydzonej i lękliwej. W ogóle miałabym w dupie co kto o mnie myśli.

Drugie wyjście jest oczywiście tego przeciwieństwem. Powiedzenie sobie, że i tak dieta mi nie wyjdzie byłoby zwykłą wymówką dla zjedzenia czekolady/lodów/frytek/whatever i udowodnieniem sobie i całemu światu, że jestem beznadziejna. Na to pozwolić sobie nie mogę, bo cofnęłabym się o jakieś dwa lata. Zresztą nawet nie chcę. 


Skąd w ogóle takie myśli? Jestem sfrustrowana swoim metabolizmem. Walczę ciągle ze swoim ciałem, który broni się rękoma i nogami (hyhy wyobrażasz to sobie? :D) byle tylko nie spalić tłuszczu. No, ale przecież nie można walczyć ze sobą, z własnym ciałem, które trzeba szanować, a nie myśleć, że jest paskudne i do niczego. Stąd myśl, żeby pogodzić się, że najzwyczajniej w świecie - szczupła nigdy nie będę, choćby nie wiem co. No trudno, nie założę na plaży dwuczęściowego kostiumu, miniówki, ani nawet nie będę miała długich włosów. 

A wiesz co jest najgorsze? Że jak pomyślę, że w życiu nie będę szczupła, to zaraz czuję lęk, że nigdy nikogo normalnego nie znajdę. Z tym strasznym lękiem samotności i pragnieniem bycia w związku też muszę się pogodzić, bo przed ludźmi (a już na pewno przed sobą) chcę pokazać, że jestem niezależna i nikogo nie potrzebuję. 

W międzyczasie burza minęła, a ja zrobiłam dżem z owoców róży ze stewią, bo ten syrop glukozowo-fruktozowy w sklepowych dżemach źle wpływa na moje samopoczucie :P No i jakoś mi się humor poprawił od tego gotowania.

sobota, 17 maja 2014

O fryzjerze, który zburzył moje marzenia

Pamiętasz o moim projekcie "chuda dziwka"?  To było prawie półtora roku temu! Cel jak dotąd nie zrealizowany...

No może nie do końca. Postawa dalej nie skorygowana (zapomniałam o wizycie u ortopedy, na którą czekałam prawie rok...), zęby może nie są olśniewająco białe, ale w miarę dobrze wyglądają, wzrok za to mam sokoli!


Włosy...zapuszczałam i zapuszczałam, zrobiłam sobie keratynowe prostowanie, potem cotygodniowe olejowanie, trzymałam maski, cuda wianki, nawet jakieś tabletki łykałam, ale ostatecznie, po zmyciu keratyny, skończyłam z puszącymi się strąkami i zrezygnowana postanowiłam pójść do swojego fryzjera niczym córa marnotrawna...

Fryzjer z wrodzonym taktem stwierdził, że trzeba minimum pięć centymetrów obciąć (serio! Są na świecie fryzjerzy, którzy obcinają dokładnie tyle, ile im powiesz!), ale ja mu tylko ostatkiem sił rzuciłam: tnij ile trzeba...z tych włosów niczego już nie będzie.

W. uradowany od ucha do ucha stwierdził tylko, że ewidentnie źle wyglądają jak są długie i spróbujemy zrobić coś nowego. Zaraz potem zabrał się dziarsko do roboty, a ja smętnym wzrokiem patrzyłam jak długie piórka lądują na podłodze, a wraz z nimi moje marzenia o olśniewającej, długiej grzywie.


Teraz mam włosy do brody i...kręcone. Mam naturalnie kręcone włosy, ale odkąd pamiętam - zawsze je prostowałam (tak tak, prostownicą...) i kiedy W. skończył swoje dzieło to stwierdziłam, że wyglądam zupełnie inaczej i nie do końca wierząc, że jest dobrze, wróciłam do siebie.

W pierwszej chwili, przeglądając się w lustrze, czułam się okropnie. Mam krótkie kręciołki, do tego odkąd wróciłam do diety to zamiast czuć się szczuplej, mam wrażenie, że wyglądam tak samo jak dwa lata temu, zwłaszcza, że po dwóch miesiącach niechodzenia na fitness wszystkie moje super-mięśnie znikły (co tylko pokazuje jak karkołomne jest utrzymanie kondycji. Serio? Prawie półtora roku intensywnych ćwiczeń można zaprzepaścić w ciągu dwóch miesięcy i wyglądać jak flak?!)

(jak widać nad mięśniami trzeba stale i ciężko pracować...)

Z drugiej strony nowa, bardzo naturalna fryzura ma swoje zalety. Pomyślałam, że może to znak, że czas zaakceptować swoje włosy? Powiedzieć sobie, że dobra, mam puszące się kręciołki i nigdy nie będę miała ciężkich grubasów do tyłka. Widocznie super krągłego tyłka też nie będę miała.

Wiesz, teraz jak od czasu do czasu zerkam na lustro, myślę sobie: chyba nie jest źle, co? Siostra nawet stwierdziła, że wyglądam jak laleczka, albo Shirley Temple (hyhy).


No, ale wracając do diety. Po latach (:P) eksperymentowania doszłam do wniosku, że w moim przypadku to chyba nieprawda, że można schudnąć jedząc tyle, ile dusza zapragnie, byle było zdrowe i nieprzetworzone. W związku z tym jem po prostu 1,5 tys. kcal nieprzetworzonego jadła bezglutenowego nie wliczając warzyw, które jem ile chcę. Od czerwca wracam do ćwiczeń, bo wkrótce będę mogła zapisać się na multisporta :D

niedziela, 11 maja 2014

Kariera Ciam

Niedawno dręczyło mnie pewne pytanie: dokąd zmierzasz kariero Ciam i jaka jest twoja przyszłość?

Od jakichś dwóch tygodni jestem zatrudniona w nowej firmie, w której chyba szybko zaadoptowałam się. Na dzień dobry robiłam mało pasjonujące rzeczy i myślałam z paniką, że władowałam się w kolejną robotę, która będzie mnie nudzić. Zaraz jednak mnie przenieśli do innego działu i mam trochę ciekawsze wyzwania. Dalej to jednak nie jest spełnienie moich marzeń, w tym niestety finansowych. Jest tak źle, że jeśli nie dostanę podwyżki, albo nie znajdę bogatego męża (oba są równie prawdopodobne...) to będę musiała wyprowadzić się z mieszkania.


Mojego kochanego mieszkanka...


No, ale cóż, tak czy siak wyprowadziłabym się, w końcu jeśli wszystko pójdzie dobrze, to zostanę w Polsce do maksymalnie listopada.

Wiesz, mam ten problem, że często porównuję się z innymi i zawsze w swoich oczach wyglądam na tę gorszą. No bo kariery znajomych idą w jakimś określonym kierunku, część osób powychodziła za mąż/ ożeniła się, ma dzieci, albo chociaż kota...a ja? "Ciekawy przypadek" jak to stwierdziła moja kuzynka, po czym wyjaśniła, że za każdym razem jak się spotykamy, to mam nowy pomysł na życie.

Kiedy nachodzą mnie takie myśli, że w zasadzie wyjazd do Kanady może nie przybliżyć mnie do pracy moich marzeń i jak wrócę do Polski to znowu będę zaczynała wszystko od początku (tak było po powrocie z USA), to pocieszam się, że pewnie moje obecne decyzje za dziesięć lat i tak nie będą miały aż takiego znaczenia. Zostaną się tylko (albo AŻ) wspomnienia.


Poza tym moim mottem ostatnio jest to, że "każdy kroczy własną ścieżką" - to takie otrząśnięcie się z natręctwa porównywania się do innych i zazdrości. Zwłaszcza, że tak jak ja zazdroszczę innym określonego kierunku w życiu, ktoś może zazdrościć mi wolności. Bo w końcu "chaos to wolność".

Ps. Mój wagowy cel nie wypadł z gry. W pracy będę mogła zapisać się na multisporta, więc wrócę do fitnessu! Poza tym od tygodnia jestem na diecie. Juhu! :)