środa, 29 października 2014

Eureka, którą wykrzyczałam kilka tygodni temu

Napisałam ten post w połowie września. Nadszedł czas aby go opublikować. A oto i jego treść:

---

Pisałam kiedyś, że nie wiem dlaczego raz dieta mi idzie bez problemu, a innym razem to męczarnia. Teraz miewam z tym trudności, więc szukam przyczyny i co jakiś czas zawieszam się nad tym. Na szczęście nie są to całkowicie bezproduktywne (chyba) godziny.


Wygląda na to, że żeby dieta szła pomyślnie, najpierw muszę zadbać o dobre samopoczucie, a żeby nie myśleć obsesyjnie o diecie i jedzeniu trzeba się czymś zająć. Dokładnie zająć czymś myśli. Dlaczego to takie ważne, a jednocześnie odciągające od dotarcia do sedna problemu? Bo otyłość (i cała jej otoczka) to nie problem sam w sobie, a jedynie jego objaw.

Jakiś czas temu oglądałam i czytałam różne artykuły dotyczące samotności, lęków i innych problemów egzystencjalnych. Najbardziej zapadły mi w pamięci teksty dotyczące nudy (o swojej pisałam tutaj) i wykład o samotności wygłoszony przez ks. Szustaka.


W skrócie (dla tych, którym nie chce się słuchać, chociaż odradzam pójście na skróty ;)): ksiądz uważa, że bycie singlem to błogosławieństwo, bo masz czas na znalezienie swojej duszy. Zawsze mnie to dziwiło, bo w czym partner przeszkadza? Na myślenie przecież zawsze mam czas. Zawiesić się można nawet nad herbatą, więc w czym problem? Ano w tym, że rzeczywiście facet odsuwa Twoje myśli (też te negatywne), dlatego tak chętnie wchodzimy w związki, albo zakochujemy się, choćby i bez wzajemności.

Namiastka związku z A. (o nim więcej tutaj) miała jednak znaczenie dla mojego samopoczucia. Przypomniałam sobie jak kiedyś koleżanka stwierdziła, że faktycznie z A. jestem bardziej zrównoważona, spokojna i zrelaksowana. Potem zaczął mnie irytować, ale dalej nie miałam ze sobą większych problemów.


Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że pozytywnie angażujące czynności i ludzie powodują, że lepiej mi się po prostu żyje. Bez tego popadam w smutek i apatię, która teraz zdecydowanie mi przeszkadza. Nie chcę wylatywać do Kanady z depresją. Sama sobie z nią nie poradzę.

Żeby nie myśleć za dużo, szukam sobie zajęcia, a tu fitness, a tu jazda rowerem, już nawet wpadłam na pomysł żeby chodzić do każdego banku i pytać o oferty kart kredytowych (bo potrzebuję przed wyjazdem), albo żeby przychodzić do pracy później i w efekcie później wychodzić. Cokolwiek byle nie myśleć. Ze znajomymi nie spotykam się, bo...nie wiem. Po prostu nie. Na myślenie i ostateczne rozprawienie się z problemem, którego skutkiem ubocznym jest m.in. otyłość, obsesje itd. przyjdzie jeszcze pora. Chyba.



---

Pora nadeszła szybciej niż myślałam. Wczoraj poszłam do trzeciej w mojej karierze psycholki. Zdecydowałam się na to, ponieważ po pierwsze mam czas i pieniądze (ok, może nie przesadzajmy, ale jednak jakieś są :P), a po drugie chcę zrozumieć dlaczego nie chcę siebie szczęśliwej. Wiem co sprawia mi przyjemność, wiem jak siebie zadowolić (jakkolwiek to nie brzmi...), a czasem czuję upór. Teraz trochę mniejszy i wystarczy mi motywacja typu "wyjście na fitness Cię uszczęśliwi", ale mimo wszystko dalej nie jestem tak zadowolona jak byłam jeszcze ponad rok temu. 

Poszłam więc do psycholki i powiedziałam o swoich wygórowanych oczekiwaniach, a potem wyszłam przygnębiona, że czarów nie będzie, a ona mnie nie zmieni w człowieka szczęśliwego. Zadała mi jednak ważne pytanie: skoro dwa razy rozczarowały Cię psychoterapie, to dlaczego poszłaś na kolejną? Odpowiedziałam: Bo kto jak nie psycholog mi pomoże? 

No kto?

czwartek, 23 października 2014

O ludzie! Na jakim ja świecie żyję?

Bo na pewno nie na tym samym co M.

Jak już wspominałam, odnowiłam kontakt z M. (ja sama, bez niczyjego nakazu, ani nawet sugestii, uczyniłam to tymi oto rękoma przy pomocy tego oto mózgu).

Przedstawiłam Ci całą historię z M. ze swojego punktu widzenia (bo czyjego innego?) Sprawa ta przez około pół roku była na liście priorytetów do przemyślenia, a umysł mój zajmowała przez większość dnia. Tak skupiłam się na własnych odczuciach, że zapomniałam, że ktokolwiek jest po drugiej stronie.

Rzeczonego okresu miałam oczywiście przebłyski inteligencji i co jakiś czas zastanawiałam się jak całą tę historię widzi M. ale nigdy go o to wprost nie zapytałam, bo skoro dla mnie to było tak super ważne, to dla niego pewnie też. Poza tym bałam się odpowiedzi.

Wczoraj jednak zapytałam go czy dla niego to nie dziwne, że znowu ze sobą rozmawiamy, widujemy się itd? Ten nie zrozumiał pytania, ja zaczęłam się plątać w zeznaniach przebąkując coś o wstydzie itp. ale ten dalej nie rozumiał mojego toku myślenia.

W końcu zapytałam czy nie dziwi się temu, że mimo tych wszystkich afer i kwasów dalej potrafimy rozmawiać. Jego odpowiedź mnie zabiła.

- Jakich kwasów?

Kubeł zimnej wody. Moje aferki, obrażanie się, płacze, bóle duszy itd. itp. niekoniecznie muszą być dla drugiej strony ważne czy dostrzegalne.

Jestem tak skupiona na swoim wewnętrznym przeżywaniu, że bożego świata nie dostrzegam. Jak tu wrócić do rzeczywistości?

piątek, 17 października 2014

SMS, który nie doszedł

"Czasem po prostu brakuje mi towarzystwa. Kogoś z kim pooglądam film, albo zwyczajnie posiedzę w milczeniu". Napisałam tego smsa do przyjaciółki, ale potem stwierdziłam, że w piątek wieczór nie będę narzucać siebie i swoich problemów.

SMS szybko został skasowany, a ja zaraz potem dopadłam laptopa i zaczęłam pisać.


Samotne piątkowe wieczory to dla mnie żadna nowość i do tej pory nie przeszkadzało mi to. Wieczory zapełniałam filmami, serialami, książkami, fitnessem, albo nawet zwykłym leżeniem i bujaniem w obłokach. Lubiłam też planować wyjazdy, wykonywać drobne naprawy w domu, gotować albo nawet wywieszać pranie, by chwilę później z lampką wina napawać się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Wszystko to jednak robiłam w swojej kawalerce, za którą bardzo tęsknie. W domu pełnym ludzi mam podwójne poczucie osamotnienia, a moje drobne przyjemności tracą sens.

Ironią losu jest to, że od jakiegoś czasu dużo czytam o tym, że to poczucie pustki, osamotnienia itd. często ludzie (a zwłaszcza kobiety) chcą zapełniać innymi osobami, chociaż cudownym lekiem powinna być samowystarczalność i niezależność. Dziś leżąc w łóżku mam ochotę walnąć w łeb autora tych mądrości i wykrzyczeć swoją frustrację: Super rada, ale jak tego kurwa dokonać!


Z tego wszystkiego (+ przy okazji szczypty tęsknoty) napisałam do zawsze-online M. (więcej o nim tutaj). Wyobraziłam sobie, że po trudnej wspólnej historii, jeżeli oboje będziemy tego chcieli, możemy zbudować wspaniałą przyjaźń, bo tego mi najbardziej brakowało, a że miałam za pasem Kanadę, to mniej bałam się, że znowu się zakocham.

Teraz z dystansu widać jak bardzo się myliłam. Inaczej widać nie mogłam. Ciągnie mnie wciąż do niego i chociaż po odnowieniu naszej znajomości nic złego nie stało się, wiem, że pewne uczucia ot tak nie mijają. Zrozumiałam też, że choćbym stanęła na głowie i nie popełniała żadnego poprzedniego błędu, on mnie nie pokocha.


13 października napisałam tak:

Miłość to emocja, niewiele mająca wspólnego z rozsądkiem.

Rozsądek nie przychodzi też z rozczarowaniem, bo jak tu mówić o rozsądku kiedy płyną łzy? Tylko potem sobie myślę: czego spodziewałaś się dziewczyno? Myślałaś, że za drugim razem będzie inaczej? 


Dla pocieszenia sobie powiem: trudno. Zakochałam się. Mam prawo.


Ps. Po napisaniu kilku słów od razu mi ulżyło. SMS też w końcu doszedł. 

czwartek, 16 października 2014

Shit, shit, shit!

Są takie chwile, kiedy mam ochotę usiąść na najwyżej gałęzi najwyższego drzewa i krzyczeć na całe gardło.


Nie pisałam na blogu, bo postanowiłam, że kolejną notkę poświęcę informacji, że kupiłam już bilet do Kanady i lecę tego to a tego dnia. Okazuje się, że decyzję tę musiałam odłożyć w czasie...Jak w ogóle do tego doszło?

Zaraz po otrzymaniu wizy przeszłam ponowną rozmowę przedkwalifikacyjną na Skype. Pani pośredniczka z Toronto po krótkiej rozmowie stwierdziła, że oczywiście kwalifikuję się do programu, jestem super, mam świetne referencje i ona wysyła dalej moje CV, a ja mam czekać na rozmowę kwalifikacyjną już z konkretnym pracodawcą. 


Czekałam na wiadomość i przy każdym powiadomieniu o nowym mailu dostawałam mikrozawału. W między czasie załatwiałam inne sprawy, poszłam do ginekologa, dentysty itd. itd. Czekanie na interview przedłużało się, a ja popadałam w coraz większą melancholię i bez powodu wybuchałam płaczem. 

Zaczęłam się bać. Nie miałam za bardzo z kim o tym pogadać, bo wszyscy moi znajomi chcieli odwieść mnie od pomysłu wylotu i moje obawy brali za dobrą monetę. Coraz częściej więc leżałam w łóżku i rozmyślałam o tym jak strasznie boję się tego, że będę w tej Kanadzie sama jak palec i do tego na moje życzenie, bo często separuję się od ludzi. Swoje przemyślenia pisałam na blogu, ale nie publikowałam tego. Wzmacniały mnie tylko książki i blogi samotnych podróżniczek, które podziwiam i darzę ogromną sympatią.

Od Kanady odwodził mnie nawet mój pracodawca, który...zaproponował mi podwyżkę i awans, co początkowo mnie zdziwiło, a potem nawet uradowało, bo w końcu miałam niezłą wymówkę, żeby jeszcze nie lecieć...W każdym razie, po miesiącu czekania i jednym ponagleniu podjechałam do J. (polskiego pośrednika) z myślą, że coś jest stanowczo nie tak i trzeba  to rozwiązać. 

J. zapytał uprzejmym tonem, w czym może mi pomóc, bo ja to już chyba wszystko mam gotowe? Powiedziałam, że owszem, mam wszystko, oprócz pracy. J. na to zdziwiony! Że jak to nie mam pracy! Przecież ponoć już mam wszystko! (tu do tej pory zbieram szczękę z podłogi, jak można tak olać klienta i nie interesować się jego sprawą). 


Co się okazało. Pośredniczka z Toronto zwolniła się z pracy i nikt nie przejął mojej aplikacji, a na ten sezon nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem (teraz to nawet brzmi zabawnie ;)). Mogę na siłę lecieć i pracować jako sprzątaczka, ale wiem, że szukałabym innej pracy, a nie po to przecież płacę ciężkie pieniądze żeby nie być zadowoloną z pracy. Postanowiłam więc rozwiązać umowę i poszukać czegoś na własną rękę i wylecieć w przyszłym roku (a to czy rozwiążę to druga sprawa, bo oczywiście pośrednicy nie są tak chętni żebym zrezygnowała).

Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem, ale intuicja mi podpowiada, że nie jestem jeszcze psychicznie gotowa na daleką i długą podróż samemu. Na szczęście łatwiej mi będzie przezimować w Polsce mając awans i podwyżkę ;).