niedziela, 27 lipca 2014

Persona non grata

Od jakiegoś czasu czuję bezsens prowadzenia tego bloga. Wpadłam na pomysł założenia nowego bloga o zupełnie nowej tematyce, bo - być może zauważyłaś - znudziło mnie pisanie o dietach i odchudzaniu.

Nie chodzi o to, że nagle zaczęłam jeść jak odkurzacz, ani nawet, że zrezygnowałam z diety. Wprost przeciwnie, mam nową dietę od dietetyka, która jest okropna, monotonna, tłusta i bez smaku (czyt. bez soli). To chyba z jej powodu wpadłam w przygnębienie, które nasiliła wyprowadzka (wracam do rodziców, ale wstyd przed sąsiadami ;)).


No bo ileż można pisać o tym odchudzaniu, o dietach, albo o tym jak to grubemu jest źle i smutno. Moje pseudopsychologiczne podejście do otyłości z kolei nie spotkało się ze zrozumieniem. Właściwie to chyba wymęczyłam temat do cna i nie mam już nic więcej do powiedzenia. Teraz mogę tylko pisać sprawozdania z diety, które moim zdaniem są nudne i nikomu nie potrzebne :).

Temat facetów też się skończył. Doszłam do wniosku, że jestem samowystarczalna i świetnie sobie radzę bez takiego Ziutka, czy Heńka. Randkować też już dawno mi się odechciało i nie palę się na kolejne spotkania.


Niestety często czuję przymus podzielenia się swoimi przeżyciami z innymi. Piszę niestety, bo przez to staję się anonimową ekshibicjonistką, a i z czasem personą non grata, która pisze głupoty na blogu :). Tak, i we mnie w końcu krytyka zabiła chęć dzielenia się swoimi myślami ze światem.

Ps. Myślę, że wyprowadzka to zakończenie pewnego etapu w moim życiu, które oby potoczyło się w kierunku Kanady i dalej...



piątek, 18 lipca 2014

Teoria spiskowa

Jakiś czas temu dokonałam pewnego niemiłego odkrycia, który spowodował natłok myśli i w efekcie powstanie teorii spiskowej. W polskim powietrzu "coś wisi", a do naszego jedzenia dosypują nie-wiadomo-czego żeby nam brzuchy równo i dokładnie puchły.

Po powrocie z wakacji byłam zachwycona nie tylko piękną opalenizną, niezwykłymi zdjęciami i wspomnieniami. Również czułam radość z powodu wyraźnie luźniejszych ubrań. Pomyślałam, że skoro tak, to tym bardziej powinnam zabrać się do roboty, jeść zdrowo i przykładnie oraz pójść na ćwiczenia. Jak pomyślałam tak zrobiłam.


Trzymałam równo dietę, zero grzeszków, o ćwiczeniach też już wspominałam. Jakież było moje zdziwienie kiedy ubrałam wiszącą na mnie podczas wakacji spódnicę, która teraz znowu jest opięta. Jakim cudem? Przecież jem mniej, ćwiczę nie za dużo, ani nie za mało (3x w tygodniu).Dlaczego do cholery spuchłam?

Na wakacjach za to w ogóle nie myślałam o diecie. Prawdę mówiąc liczyłam się z nadwyżką, bo a tu kebab, a tu bułka, nie mówiąc o słodkich napojach. Fakt faktem dużo chodziłam i to mogło spalić niejedną kalorię, ale tutaj chyba nawet więcej palę kalorii, bo jak nie ćwiczenia, to dziennie minimum 10 km. na rowerze (jak nie pada, a i wtedy się zdarza).

Rozgoryczona napisałam do koleżanek, że chyba już wiem dlaczego miliony ludzi na całym świecie ma problem ze schudnięciem. "Oni" (bo zawsze są jacyś "oni") dodają nam czegoś do jedzenia i jedząc nawet tylko liść sałaty dziennie nie schudniesz, bo sałata pewnie popryskana spulchniaczem brzucha. Czyżby moja waga była nie tyle zależna od ilości jedzenia, co od klimatu i miejsca pobytu wolnego od "nich", lobbystów farmaceutycznych?


W każdym razie zdrowy rozsądek podpowiada, że może skoro nie myślałam o jedzeniu, to jadłam naprawdę mało i z dużymi odstępami czasu. Albo jedzenie w ciepłych krajach jest po prostu inne i już. Inna mąka, inne przyprawy, inne coś co mi służy.

Z tego wszystkiego pomyślałam - a gdyby tak zamiast Kanady wybrać gorącą wyspę, pomieszkać na niej przez rok i wrócić do Polski opalona i szczupła? Żeby było śmieszniej, nawet poznałam pana, który z ogromną radością by mi pomógł w zakwaterowaniu itp., ale z wiadomych powodów odmówiłam. Wiesz, w każdym bogatszym od Polski kraju znajdzie się jakiś pan, który proponuje obywatelstwo za małżeństwo i wyrwanie się z tej strasznej i ubogiej prowincji (Polskę myląc z Rosją i Ukrainą).

Pewna myśl jednak sprowadziła mnie na ziemię. Mnie i moją teorię spiskową. Zapomniałam, że zbliża mi się okres...

niedziela, 13 lipca 2014

Powrót na deski fitnessclubu

Nareszcie! Dostałam kartę benefit i z nieukrywaną radością zapisałam się do klubu.

Wstyd niestety zwyciężył i nie wróciłam do swojego ulubionego klubu o którym pisałam min. tutaj, tutaj i tutaj, a o efektach choćby nawet tutaj. Bałam się, że moi trenerzy zauważą większe boczki, albo to że już nie mam tyle siły co wcześniej. W sumie bez sensu, bo co ich to obchodzi, ważne, że wróciłam, ale i tak wolę zaczynać od nowa w innym miejscu i z czystą kartą.


Niestety nowy klub okazał się gorszy pod względem proponowanych zajęć i od sierpnia zapisuję się gdzieś indziej, ale nie o tym w sumie chciałam.

Na dzień dobry poszłam na Indoor Walking (bieżnia mechaniczna) pamiętając, że zaczynałam swój romans ze sportem właśnie od tego (3x w tygodniu). Z pewnym niepokojem, ale i ekscytacją stanęłam w pierwszym rzędzie z miną znawcy i zaczęłam sobie powoli iść po bieżni zaznaczając trenerce, że tutaj jestem po raz pierwszy, ale już kiedyś uczęszczałam na tego typu zajęcia.

Pewna siebie mina znawcy nie utrzymała się za długo. Po pierwszych minutach rozgrzewki zrobiłam się czerwona, a w połowie treningu purpurowa. Pulsometr cały czas informował mnie, że mam zwolnić, bo 170 to stanowczo za wysoko, a kiedy intensywność sięgnęła zenitu zastanawiałam się czy spasować, zemdleć, a może tylko zwymiotować.


Po 40 minutach treningu jednak przyszła pora na...endorfiny. Wiedziałam, że zbliża się koniec (nie mój, tylko treningu :P) i poczułam ogromne zadowolenie pomieszane z irytacją, że moja wydolność spadła do zera. Widząc co się dzieje z moim sercem podczas ćwiczeń domyślałam się, że i pewnie mięśnie rano powiedzą mi co myślą na temat mojego pomysłu.

I tu kolejne zaskoczenie. Wydolność po dwóch miesiącach bez ćwiczeń w fitnessklubie wyraźnie spadła, za to siła mięśni...nie. Prawie w ogóle nie odczuwałam skutków dnia poprzedniego i spokojnie mogłam iść na kolejny trening (jednak spokojniejszy, stwierdziłam, że wydolność podwyższę niekoniecznie przy okazji wypluwając płuca ;)).


Jaki teraz mam plan? Cóż, przede wszystkim nic na siłę, żeby się nie zniechęcić. Rezygnuję z aerobiku na rzecz siłowni i basenu/ biegania utrzymując w miarę stały puls ok. 65-70proc. HRmax. Cel - wydolność i schudnięcie (a jakże ;)).

sobota, 5 lipca 2014

Jak nie przytyć podczas wakacji?

Wyjeżdżasz gdzieś daleko, gdzie nawet nie chcesz trzymać diety, bo chcesz spróbować wszystkich specjałów tamtejszej kuchni? Nic prostszego. Co więcej, możesz nawet schudnąć...

Polacy są znani z tego, że jak wyjadą do takiego dajmy na to Egiptu, czy Turcji, to leżą całymi dniami na plaży, obżerają się ze szwedzkiego stołu i piją na umór, a potem wracają do domu czerwoni jak raki i z pięciokilogramową nadwyżką. Nie ma tutaj zresztą znaczenia, czy jesteś szczupła i nie masz problemów z jedzeniem, czy na co dzień pochłaniasz wszystko co widzisz wraz z opakowaniem.


Głównym problemem jest opcja all inclusive, która powoduje, że w niemal każdym człowieku włącza się tryb "jak darmowe to biorę wszystko". Nie ma sensu zaprzeczać i mówić "jestem ponad to wszystko", bo człowiek zazwyczaj je oczami, a kucharze raczej dbają o wygląd swoich potraw. Trzeba dodać też, że klimatyzowane wnętrza dodatkowo zachęcają do długiego przesiadywania i oddawania się rozkoszom Bachusa.

Jak więc temu zaradzić? Ja mam na to łatwy sposób - nie wybierać opcji all inclusive. Wiem, wiem, zaraz ktoś krzyknie, że tak będzie drożej, bo jedzenie jest drogie, bo żeby tyle zjeść to trzeba by było wydać trzy razy tyle co opcja dla obżartuchów. Poza tym wyjdziesz na targ i wystarczy, że dotkniesz pierwszego - lepszego pomidora, a już dostaniesz konwulsji i padniesz z pianą na ustach.


Nic bardziej mylnego. Wybierając się w podróż po prostu wynajmuję pokój z kuchnią i gotuję potrawy z lokalnych produktów, albo stołuję się w nie najdroższej restauracji. Tu muszę jednak zaznaczyć, że trzeba uważać w krajach arabskich, bo zemsta faraona czeka na każdym rogu, więc najlepiej zawczasu zaopatrz się w odpowiednie probiotyki (najlepiej pytać w aptece).

Nieocenionym plusem dla żądnych przygód wojażerów jest możliwość poznania kultury "od środka". Ja w każdym razie nie lubię zwiedzania z przewodnikiem i ze zbędnymi luksusami (na które i tak mnie nie stać ;)), bo wycieczkowe zwiedzanie to dla mnie jak lizanie lizaka przez szybę.

Mój wybór jednak jest też podyktowany względami ekonomicznymi. Okazuje się, że można jeść w miarę normalnie (w sensie nie tylko sucha bułka popita darmową wodą pitną z plaży :P) i sporo przy tym zaoszczędzić, zwłaszcza jak umiesz targować się, no i nie boisz się kupować jedzenia na targu w obcym państwie ;).

Wartością dodaną są tu zgubione kilogramy i znowu - wcale nie dlatego, że żyjesz o suchej bułce i wodzie. Kiedy nie masz szwedzkostołowego komfortu, jesz tyle ile potrzebujesz, a w egzotycznych, gorących krajach jesz nawet mniej niż w Polsce. Zauważ, że w miejscach, gdzie panują gorące temperatury, rzadko lokalni ludzie są otyli. Czasem sobie myślę, że obozy odchudzające powinny odbywać się na urokliwych wyspach ;). Poza tym schudnąć można od samego trybu życia jaki się prowadzi podczas wakacji. Pływanie, nurkowanie, zwiedzanie (chodzenie), wdrapywanie się na góry itp. palą sporo kalorii :).


Rozumiem jednak, że nie każdy lubi tak kombinować. Znam wiele osób, które po prostu chcą odpocząć i leżeć plackiem na plaży całymi dniami i nie martwić się o nic, a na pewno nie gotowaniem. Czarne w końcu wyszczupla, więc sama opalenizna potrafi optycznie zdziałać cuda ;).

Wbrew pozorom jestem przeciwna trzymania diety podczas urlopu. Nawet najlepszy wyjazd potrafi zostać zepsuty przez kłótnie z kucharzem o to, czy kurczak jest bez panierki, albo czy w sosie jest majonez, nie mówiąc już o braku komfortu psychicznego. Pieprzyć fałdki, ładuj się do wody i chodź w krótkich sukienkach, nikt i tak nie będzie zwracał na Ciebie uwagi, a lokalni co najwyżej będą zachwycać się Twoim promiennym uśmiechem.