No dobra, do Miss Polonia (czy choćby nawet Miss Koziej Wólki) mi daleko, ale co jakiś czas pokręci się jakiś facet przy mnie.
Będąc osobą sporo grubszą snułam marzenia, że jak tylko schudnę (co oczywiście zrobię w rok-dwa i będę piękna i szczupła) to znajdę wielką miłość, albo najpierw sobie poflirtuje z kilkoma - najlepiej naraz - bo w końcu czemu nie. Kiedyś będę chudsza, bardziej pewna siebie i nie będę bała się rozbieranych randek. Grubas oczywiście może tylko pomarzyć, bo przecież wówczas to nawet mi do głowy nie przychodziło żeby cokolwiek z kimkolwiek...
Oczywiście rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nie mam pewności siebie flirciar, a niska samoocena spowodowała, że jestem łatwym łupem egocentrycznych dupków, którzy chcą sobie podnieść samoocenę czyimś kosztem :).
Nie rozumiem ich. Niby są prości, ale zwodzą baby na każdym kroku. Najgorsze, że każda potem mówi: nic na to nie wskazywało! Ale to nie prawda. My po prostu przymykamy oko na niektóre sprawy myśląc: ostatecznie wszystko się ułoży.
Taaa...jasne.
Dziś czuję dumę połączoną ze wstydem. Rozprawiłam się z M. z czego jestem dumna, ale wstyd mi, że w ogóle się dałam tak długo zwodzić. Kontakt jednak na razie muszę z nim utrzymać, bo jeszcze ma mi oddać mojego pendrive'a, którego przekaże A. Mnie oficjalnie w mieście nie ma. Potem kontakt urywam. Taki mam przynajmniej plan ;).
A mnie ogarnia przerażenie. Czytam porady, co tu zrobić żeby takiego utrzymać przy sobie. Że kobieta musi być tajemnicza, nie oddawać siebie na tacy, stosować różne sztuczki, gierki, powłóczyste spojrzenia, niewinne uśmiechy, czasem brać na przetrzymanie...
Serio?? Każda musiała takie rzeczy robić żeby zainteresować sobą faceta? A może zbyt idealistycznie podchodzę do tematu myśląc: jeżeli to ma być "to", to na pewno będziemy razem bez tych sztucznych gierek i skoro nie wyszło, znaczy, że tak miało być...



















