poniedziałek, 13 stycznia 2014

Dieta mimochodem

2012 rok minął pod znakiem pracy, kolejny pod znakiem niespełnionych "miłości". Obecny ciężko określić po dwóch tygodniach, ale jakby nie było...najlepsza i najskuteczniejsza dieta była tak przy okazji.

Rozmyślając na inne tematy życia doczesnego doszłam do wniosku, że wszystko mi najlepiej wychodzi jak się na tym nie skupiam. Kiedy moje myśli sfokusują się na jakimś problemie, zaczynam do niego podchodzić mocno emocjonalnie i zniekształcać rzeczywistość wokół niego.

Dla przykładu, kiedy emocjonalnie podchodziłam do pracy, praktycznie cały czas żyłam pod wpływem silnego stresu, niepewności jutra, a im bardziej starałam się, robiłam milion nadgodzin itd. tym (oczywiście) gorzej wychodziło.

Nikogo chyba nie zdziwi, że jak odpuściłam, to nagle szef zaczął być bardziej zadowolony, dostałam podwyżkę i okazało się, że nie muszę starać się, bo jest dobrze jak jest.

Nikomu też chyba nie muszę udowadniać, że moje stresy nad facetami nie przyniosły wielkiego skutku. No, oprócz moich zszarganych nerwów, nieprzespanych nocy i wylanych łez.

Dieta również nie jest wyjątkiem. Kiedy zaczynam wydziwiać, cudować, wymyślać nowe sposoby na odchudzanie, wkurwiać się na wagę, to w efekcie zamiast chudnąć - tyję. Na szczęście do sportu nigdy nie podchodziłam zbyt emocjonalnie i po prostu rutynowo chodziłam na ćwiczenia, oczywiście czerpiąc z nich wiele korzyści, nie tylko fizycznych (o czym pisałam tutaj). To chyba głównie sport uratował mnie przed efektem jojo. Poza tym na szczęście potrafiłam szybko sobie odpuścić z dietą, bo inaczej to pewnie już bym ważyła 100 kg. (logiczne, nie?)


Nie mówię, że każdy powinien podchodzić do diety z większym dystansem. Jest pewnie wiele zdroworozsądkowych kobiet (a już na pewno mężczyzn), które nie wiążą emocji z jedzeniem. Ja niestety do takich nie należę i żeby chociaż zachować to co schudłam, muszę przestać skupiać się na diecie i zaciskać pasa "mimochodem". Co to znaczy?

Nie tracę celu z oczu. Cały czas marzę o zgrabnej sylwetce, jednak naczelnym priorytetem jest - nie przytyć. Kiedy czuję, że nadchodzi kryzys, bo mam ochotę na coś słodkiego, to nie robię sobie wyrzutów - jem gorzką czekoladę (serio, był taki okres, że potrafiłam nawet codziennie po pół tabliczki zjeść) i...na zdrowie. Kiedy PMS odchodził (bo to była chyba jego sprawka :P) po prostu nie kupowałam czekolady. I nie jem jej już od dłuższego czasu.

Nie zamierzam spinać się z dietą. Na tę chwilę wiem, że emocje + dieta = jojo. Jem - w miarę możliwości i swojego poziomu wiedzy - zdrowo. Jeśli nie da rady, bo mam ochotę na orzechy, albo OMG tę pyszną bitą śmietanę (domowej roboty), to nie rozpaczam. Nie liczę kalorii (swoją drogą tabela kalorii to zbrodnia przeciwko ludzkości), jem nieprzetworzone jedzenie, najprostsze, o niskim IG, bez słodzików i konserwantów. Jedynymi gotowcami u mnie to suszone kiełbasy (ale rzadko), sery żółte, białe i...gorzka czekolada. Resztę sobie sama robię, a że lubię gotować i eksperymentować to same z tego korzyści.


Kiedy nachodzi mnie myśl: cholera jasna, utrzymałabyś dietę porządnie przez pół roku i miałabyś spokój, to myślę sobie - ale przecież wiesz, że nie dasz rady i będzie jojo. Uspokaja mnie też myśl, że trzymając zdrową dietę organizm ostatecznie sam się wyreguluje - apetyt, hormony i wagę. Do tego trzeba sporo czasu, który przecież i tak upłynie.

Ps. Paranoja to jednak straszna rzecz. Nauczona jestem, że każde szczęście trzeba okupić bólem i smutkiem. Jak się tego cholerstwa pozbyć?

5 komentarzy:

  1. chyba Ci chodzi w pierwszym zdaniu o rok 2013 ??
    pozdrawiam Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, 2012, bo od tego roku zaczęłam pisać bloga :), zeszły był ten rozbujany sercowo, a ten jeszcze nie wiadomo :P

      Usuń
  2. Ciam! Długo mnie nie było, ale zaglądałam. Uśmiałam się serdecznie, bo to jak piszesz to po prostu mistrzostwo świata! Przykro mi jedynie, że trochę burz i sztormów na morzu wódki musiałaś przeżyć! ;) Za to cieszę się niewyobrażalnie, że efektem jest definitywne pożegnanie pana M. - prywatnie nazwanego przeze mnie Dupkiem! Jesteś świetna, zasługujesz na Twojego Ksiecia, a jak nie to możesz sama rządzić w swoim zamku, Królowo. Ten rok jest świetny! Pamiętaj! Ściskam gorąco!

    P.S.
    Też mi się zdarza tańczyć nago! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Doskonale Cię rozumiem! Też, gdy zaczynam zbyt mocno się na czymś skupiać, żyć tylko tym i myśleć tylko o tej jednej rzeczy to wszystko zupełnie się sypie..
    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć :)
    Z postów wnioskuję ,że marzysz o szczupłej sylwetce.
    Muszę Ci powiedzieć, że jeszcze niespełna pół roku temu ( przy wzroście 173 i za wysokiej wadze) myślałam ,że już tak zostanie na zawsze. Że co najwyżej do 40 przytyję 50 kilo i będę mieszkała z kotami i przejadała wszystko co zarobię. To się w końcu zmieniło, udało mi się. Schudłam dużo , bardzo dużo i wszystko szło pięknie ( najbardziej podobało mi się powodzenie u płci przeciwnej ,nie powiem miła rzecz) ale trochę przegięłam , stosując dietę 50% zapotrzebowania przez pół roku zniszczyłam jeden ze swoich atutów. Cycków to ja już praktycznie nie mam , no a miałam i to ekstra... ale i tak gorzej z włosami. Staciłam jakieś 60% ich objętości, są zniszczone i kruche. Mam problem z zasypianiem , strasznie mi ciągle zimno, wyglądam źle, już nie przykuwam niczyjej uwagi :( i mam problemy z zapamiętywaniem. Chcę tylko żebyś wiedziała, że najlepiej schudnąć krok po kroczku ,nawet chudnąć po 1 kg miesięcznie, byle nie stracić na tym zdrowia i zdrowego wyglądu. Ale prawda też jest taka, że serce chłopaka podbiłam będąc na restrykcyjnej diecie :) POWODZENIA :)

    OdpowiedzUsuń