wtorek, 26 lutego 2013

Paląca potrzeba

Znowu pomęczę Cię trochę tym problemem braku pewności siebie. Cały czas myślę o tym jak o ogromnej, palącej potrzebie bez której nie będę umiała normalnie funkcjonować. Ale czy na pewno?

Dziś podesłałam K. link do artykułu z którego znowu mądra głowa mówiła o moich syndromach i potrzebie pójścia do psychologa, bo sama sobie z tym nie poradzę.

Nie był to pierwszy raz kiedy głośno zastanawiałam się nad pójściem do psychologa. Nie pamiętam czy Ci wcześniej wspominałam, ale chodziłam do takowego kilka ładnych lat temu (jakoś na początku studiów) i po pół roku dałam sobie spokój, bo niewiele się zmieniło (o ile w ogóle), za to wydałam kupę kasy.


Ten pomysł, żeby pójść do specjalisty pojawił się chyba pod koniec zeszłego roku, kiedy - chyba za bardzo skupiając się na sobie i swoich uczuciach - doszłam do wniosku, że jest ze mną coś nie tak i muszę to poprawić, bo inaczej...będzie źle.

Można się zastanawiać, skoro ostatnim razem nic się nie poprawiło, to czemu tym razem miałoby? To chyba moja ogólna tendencja do szukania łatwych rozwiązań, a wbrew pozorom pójście do specjalisty takim jest, bo oddajesz swój problem komuś innemu. Wbrew pozorom, bo przecież i tak sama muszę sobie z tym poradzić.

K. sprawę jednak widzi inaczej. Ona uważa, że jest ze mną wszystko jak najbardziej w porządku i nie jestem wystraszonym królikiem uciekającym przed problemami i ludźmi. Może trochę przesadzam. Jak zwykle myśląc i zastanawiając się nad Bóg wie czym dochodzę do błędnych wniosków.


Poza tym, K. nawet zauważyła mój wzrost pewności siebie. Objawia się to mniej obszernymi bluzkami bez 2 warstw (jakiś czas temu porzuciłam ubieranie się w bluzkę z długim rękawem, a na to obszerny bezrękawnik) i nowymi przylegającymi spodniami.

No właśnie. Czy na pewno chudnięcie powoduje wzrost pewności? Przecież wszyscy trąbią o tym, że jak tylko schudniesz to będziesz super hot piękność, która jednym uśmiechem podbije serce niejednego. Nie czuję się jeszcze super hot, ale będąc prawie w połowie swojego odchudzania, powinnam zauważyć jakieś zmiany. A ja zastanawiam się...i zastanawiam...

No dobra, przesadziłam. Zauważam i cieszę się. Dziś oglądałam się przed lustrem ze wszystkich stron i...wygląda to na prawdę nieźle! Foliowanie daje niesamowite rezultaty (cellulit mi zniknie za 2-3 zabiegi), ładnie zarysowują mi się mięśnie na nogach, a brzuch też wygląda coraz lepiej i nawet czuję pod tłuszczem pierwiosnki mięśni ;). Poza tym prawie w ogóle zniknęły mi boczki i wałki na plecach (które spędzały mi sen z powiek).

Gorzej gdybym miała komuś zaprezentować swe wdzięki ;).

sobota, 23 lutego 2013

Uwaga, odkrycie roku!

Pisałam nieraz, że w sumie to ja nie wiem jak udało mi się wytrzymać na diecie tyle miesięcy. A wiem z kolei, że wiedza ta na pewno pomogłaby niejednemu.

Ostatnio rozmawiałam z przyjaciółką O. o swoim braku dotrzymywania wszelakich postanowień. Strasznie mnie to denerwuje i czuję się niejako pozbawiona charakteru, skoro postanawiam coś, a potem stwierdzam: aaa...pieprzyć to.

O. stwierdziła coś tak banalnego, a zarazem odkrywczego, że muszę to tu podkreślić i najlepiej wyryć na ścianie nad łóżkiem.

Otóż...diabeł tkwi w nastawieniu do celu. Jeżeli coś muszę zrobić to zawsze znajdę wykręt żeby tego nie robić, natomiast wystarczy tylko...chcieć.


To powiedzenie "wystarczy chcieć" zawsze mnie denerwowało. No bo jak to? Przecież całe życie chciałam być szczupła, mądra, znająca 3 języki i...milion innych rzeczy, a nic z tego nie wychodziło. Co zmieniło się niemal 8 miesięcy temu? Otóż nie myślałam o tym, że MUSZĘ schudnąć, żeby być szczęśliwa, kupować fajne ciuchy itd., tylko stwierdziłam, że po prostu chcę i mogę schudnąć.

Pamiętam tę zmianę w myśleniu jak dziś. Nagle, nie wiadomo skąd, przyszło mi do głowy, że skoro mam pracę, zarabiam i stać mnie na dietetyczne jedzenie i fitness, to co stoi na przeszkodzie, żeby tego nie zrobić? Nie znalazłam odpowiedzi, więc...w poniedziałek rano 2 lipca zaczęłam dietę Montignaca, którą (z dłuższymi i krótszymi przerwami) trzymam do dziś.

Czy dałam Ci właśnie cudowny sposób na schudnięcie? Na pewno nie. Część z was może się zawieść, tak jak ja zawsze zawodziłam się, kiedy ktoś mi dawał banalne rady w stylu: uśmiechnij się, pokochaj siebie, a wszystko samo się ułoży.

Cudownych poradników też z tego względu nienawidziłam, bo radosna wiedza z nich płynąca była dla mnie bezsensowna i zupełnie oderwana od rzeczywistości. Kiedyś próbowałam to czytać, a nawet różnych technik autosugestii, ale trzeba w nie wierzyć...i tu wkracza poważna psychologia, której nie potrafię objąć rozumiem.


Jak to się dzieję, że nagle zmieniasz swoje myślenie o 180 stopni? Co sprawia, że po wielu próbach coś się udaje? Że nagle dostrzegasz wartość w banalnych i wielokrotnie powtarzanych sentencji, żeby nie powiedzieć frazesów?

Niestety...banały czasem mówią tak oczywistą prawdę, że nawet nie zastanawiamy się nad nimi. A jeśli zastanawiamy, to nie przyjmujemy ich do wiadomości, tak jak i ja nie przyjmowałam. Zresztą dalej wielu z nich nie przyjmuję, no bo litości ;).

Ale z tej wiedzy, wbrew pozorom, płynie optymistyczne przesłanie. Skoro ja, zdawałoby się beznadziejny przypadek niedotrzymujący żadnych postanowień, dałam radę, to Ty nie dasz?

środa, 20 lutego 2013

Bo to zła dieta była

Środa to mój drugi dzień ważenia. Z pewnymi obawami, ale też ogromnymi nadziejami weszłam na wagę. I pokazała...znowu 91 kg. :(

Niby wiem, że organizm to nie robot i nie zacznie chudnąć, bo JA tak chcę, ale z drugiej strony przecież jeszcze tydzień temu miałam 8 z przodu!



Zaczęłam się zastanawiać. Ok, to mogą być mięśnie, w końcu od 2 tygodni chodzę na trening ze sztangami (i bicepsy rosną!), poza tym w styczniu schudłam niemal 6 kg., a po takim przyspieszeniu zawsze następuje spowolnienie.

A może to jednak dieta? Wymyśliłam, że w dni nietreningowe będę jadła dużo bardziej restrykcyjnie, zero przetworzonych rzeczy, kiełbas, serów żółtych i smażonych potraw. Wczoraj był pierwszy taki dzień i po szybkim przeliczeniu w głowie okazało się, że zjadłam...około tysiąc kalorii. To stanowczo za mało. Ale jak jeść według ekspertów z forów sportowych i zasad Montignaca?

Być może przesadzam. To niemożliwe, żeby ćwiczyć, jeść poniżej zapotrzebowania i nie chudnąć. Może to kolejna stabilizacja wagi?

poniedziałek, 18 lutego 2013

Po foliowaniu

Dziś zrobiłam sobie - tradycyjnie już - dzień SPA. Po wejściu na wagę i zobaczeniu ponad 91 kg. potrzebowałam pocieszenia.

Strasznie mnie ten skok wagi poirytował, zwłaszcza, że w lutym waga opornie spada, a teraz wróciłam do wagi styczniowej. Ze wstydem muszę przyznać, że wystraszyłam się gigantycznego efektu jojo, że wahania kapryśnej wagi mnie załamią i poddam się na całej linii.

Jak zwykle nieoceniona K. postawiła mnie do pionu stwierdzając, że powinnam być mega z siebie dumna i nic nie powinno mi przeszkadzać w osiągnięciu upragnionego celu. No więc jestem dumna i snuje wizje siebie za rok czasu - swoją wagę, włosy, paznokcie, skórę, ubrania w rozmiarze S itd.

Całe szczęście, że obwody pokazują, że jednak jest różnica między mną styczniową a mną lutową ;). Myślę, że piątkowy skok w bok powinien przejść za maksymalnie tydzień.

W dniu pocieszenia zrobiłam sobie w końcu foliowanie o którym pisałam tutaj. Muszę przyznać, że efekt nie był tak oszałamiający jak za pierwszym razem (kilka lat temu), ale to dlatego, że już mam fenomenalnie gładką skórę ;). Za to stanęłam przed lustrem i nawet jakbym zauważyła mniej cellulitu?

Więcej o efekcie foliowania pewnie napiszę za miesiąc-dwa, kiedy efekty powinny być bardziej zauważalne.

Poza tym wczoraj spotkałam się z koleżanką, która ogłosiła, że wychodzi za mąż we wrześniu i jestem zaproszona na ślub. Mam więc kolejny target - do września wyglądać jak najlepiej i wbić się w ładną sukienkę, najlepiej do kolan :).




niedziela, 17 lutego 2013

Przerwa w diecie i powrót do normalności

Moja siostra miała wczoraj urodziny. Jak dzień wcześniej pilnie trzymałam dietę, tak tego dnia wszystko sobie odpuściłam.

Nie był to pierwszy raz w mojej wielomiesięcznej karierze odchudzania, ale tym razem czułam, że było to zupełnie niepotrzebne i bez sensu. Być może dlatego, że włączyłam ostatni bieg i widziałam przed sobą prostą drogę - rzekłabym nawet autostradę - do swego celu. 

Wczoraj to był jednodniowy postój na uboczu. Oczywiście znowu "dzień po" mam kaca moralnego. Bałam się, że rzucę dietę, przytyję i nigdy nie schudnę do upragnionej wagi. Poszłam jednak na ćwiczenia, potem do sauny i mogę ogłosić: znowu przełączam bieg na najwyższy!


W końcu to tylko i wyłącznie ode mnie zależy, nie?

piątek, 15 lutego 2013

Brace yourself. Valentine's day is coming!

Od kilku lat powtarza się u mnie pewien schemat 14 lutego. W święto zakochanych jako wielkomiejski singiel daje sobie przyzwolenie na bycie smutnym.

Opływam się w tym smutku, rozpaczy i oglądam filmy o miłości, a potem słucham smutnych piosenek. Wydaje mi się, że jest to nawet społecznie narzucone żeby w walentynki pary celebrowały swoją miłość (w formie walentynek albo antywalentynek), single grały w grę i piły piwo zajadając się pizzą, zaś singielki spotykały się w swoim kręgu, piły wino, jadły lody i bez skrępowania płakały sobie w ramiona.

Bezrefleksyjnie powtarzam ten układ od lat, nie zastanawiając się nad jego sensem. No bo tak na prawdę czy muszę być smutna w walentynki? Czy muszę upić się żeby zapomnieć o beznadziejności swej egzystencji? (wyolbrzymianie problemów bywa tu wskazane).


Szczerze mówiąc często użalam się nad sobą, a walentynki są dobrym do tego pretekstem. Wszędzie serduszka, zakochane pary i tandetne prezenty w witrynach sklepowych. Nie można przecież tego nie widzieć!

Od jakiegoś czas robiąc wycieczki po galeriach handlowych patrzyłam na te walentynkowe pomysły na prezent myśląc: Boże! Tylko nie to! Znowu będą walentynki, a ja znowu będę sama i smutna! Narzekanie na komercję walentynek jest teraz chyba bardziej powszechne niż samo zwykłe celebrowanie tego święta. Tylko czy to czemuś służy oprócz sprzedawcom?

To tak samo jak z tłustym czwartkiem. Odchudzający się dają sobie przyzwolenie na obżeranie się, bo to Tradycja (nie od parady pisane z dużej 'T') i po prostu MUSIMY zjeść pączka i MUSIMY płakać w poduszkę w walentynki.

Tegoroczne walentynki będą inne, bo - mam nadzieję - będą bardziej świadome. Świadomość własnych emocji jest według mnie bardzo ważna, a w moim przypadku wskazana, skoro często popadam w przesadyzm i zanurzam się w otchłani własnych skrajności i fikcyjnych problemów.

A kończąc refleksje na temat walentynek dodam jedno: mam nadzieję, że mój przyszły będzie miał na prawdę dobry gust i nigdy nie będę musiała nosić badziewia na szyi czy w uszach! ;)

Edit: Poszłam na aerobik i mi przeszły pesymistyczne myśli :D Kocham was wszystkich!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czasem tracimy nadzieję...

Są takie dni, kiedy tracimy nadzieję na zmianę. Chciałam poprawiać swoją samoocenę. Czuję jednak, jakbym się cofała.

Jak zwykle zbyt poważnie podchodzę do niektórych rzeczy. Zamiast żyć jak człowiek i nie analizować każdej sytuacji, to ja siedzę i...myślę. O ileż życie byłoby prostsze, gdybym je brała takim jakie jest.

Teraz wszystkie moje lęki i nieprzetrawione rzeczy z przeszłości wywlekam na wierzch. Boję się konfrontacji, kłótni z ważnymi dla mnie osobami i swobodnie podchodzić do nowych znajomości. Boję się odrzucenia i tego, że wszyscy mnie zostawią. Jakbym zobaczyła taką zalęknioną osobę, pewnie też zostawiłabym ją w spokoju. Więc niby nie dziwię się nikomu.


Jako nastolatka byłam sama, co najwyżej miałam wirtualnych znajomych. Teraz dodatkowo moja siostra robi mi wymówki i rzuca we mnie epitetami. Od tego wszystkiego przypomniały mi się czasy gimnazjum, z których - obawiam się - nigdy nie otrząsnę i nie pogodzę się.

Na pomoc przychodzi lektura Valerio Albisetti "W poszukiwaniu szczęścia":

Życie, powtarzam, nie jest statyczne, stałe, niezmienne. Jest rzeczywistością dynamiczną, stale się zmieniającą. To, co dzisiaj jest prawdziwe, niekoniecznie będzie prawdziwe jutro.

Możemy zatem zmieniać, ulepszać swoje postępowanie, krótko mówiąc - rozwijać się.

Gdybyśmy naprawdę mieli wierzyć, że człowiek nie może się zmienić, życie straciłoby na znaczeniu. Bylibyśmy skazani na pozostanie tym, czym jesteśmy przez całą resztę życia.