Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje postępy w odchudzaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje postępy w odchudzaniu. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 marca 2021

Montignac - aktualizacja

 Zapomniałam jak dieta Montignaca wpływa na mój organizm. Wróciłam do tego sposobu żywienia, bo pamiętam, że na niej chudłam, ale zapomniałam dlaczego. Teraz tylko zadaje sobie pytanie: dlaczego ją porzuciłam kilka lat temu? 

Jeszcze niedawno non stop byłam głodna. Codziennie o 9-10 rano musiałam jeść drugie śniadanie, bo burczało mi w żołądku, co ewidentnie świadczyło o głodzie fizycznym, a nie jakimś tam wymyślonym z nudów. Jadłam wtedy płatki owsiane z jogurtem i owocami, bo czułam spadek energii. Teraz nie czuję głodu aż do 11-12, co niby nie jest aż tak wielką różnicą czasową, ale też mam inny rodzaj głodu. Mogę spokojnie przygotować obiad, który zazwyczaj złożony jest z surówki i mięsa/ ryby. Po takim posiłku czuję się zaspokojona. Nie myślę o dokładkach, czy czymś słodkim. Mam też dużo więcej energii, która jest równo rozłożona w ciągu dnia. 

Jem mniej i mniej potrzebuję, chociaż więcej się ruszam. Cud? A może po prostu produkty o niskim indeksie glikemicznym są kluczem, bo mimo, że wcześniej jadłam według mnie zdrowo, to jednak niektóre produkty miały wysoki indeks glikemiczny, jak banany, ziemniaki, czy chleb. Pomijam tu historie ze słodyczami, bo wtedy miałam napady głodu, których teraz nie mam. 

Obiecuję sobie, że więcej nie będę czytać porad na temat co jeść, żeby być szczupłym, bo nigdy mi to na dobre nie wychodzi...

 

sobota, 28 marca 2015

Co się dzieje z Ciam?

Długo, bardzo długo nie pisałam. Wszystko nagle przyspieszyło. Dostałam pracę w Kanadzie i wylatuję 6 kwietnia do Alberty.

Pracę znalazłam sama. Wysyłałam dzień w dzień po kilka(naście) aplikacji i przeszłam kilka rozmów kwalifikacyjnych w tym jedną od pośrednika. Tego samego dnia, kiedy rozmawiałam przez Skype'a z hotelem złapanym przez pośrednika, dostałam maila od mojego pracodawcy, że z chęcią ze mną porozmawia.

Po bardzo krótkiej rozmowie zszokowana usłyszałam, że za chwilę dostanę na maila kontrakt do podpisania i mam przylatywać jak najszybciej. Wręcz wybłagałam żebym mogła zostać w Polsce do świąt. Łaskawy pracodawca przystał na to :).

Niemal natychmiast wpadłam w wir przygotowań, zakupów, zamykania różnych spraw, szykowania imprezy pożegnalnej itd. W między czasie wyjechałam na weekend do Londynu, trenuję i chodzę do psycholki. Pozamykałam konta bankowe, kupiłam ubezpieczenie, poszłam do dentysty, dałam wypowiedzenie w pracy...


U psycholki doszłam do wniosku, że naprostowałam to co miałam do naprostowania. Czuję się silniejsza i gotowa na przygodę. Minęły wątpliwości i strach, teraz po prostu skupiam się na załatwianiu wszystkiego. We wtorek mam ostatni dzień w pracy i może wtedy dotrze do mnie, że naprawdę wyjeżdżam...

Trener Ł. pieje z zachwytów i mówi (uwaga, cytuję!), że jestem chuda jak nigdy! Trochę boję się, że od syropu klonowego przytyję, ale w mieście do którego jadę będzie siłownia, więc możliwości są.

Postaram się informować na bieżąco. Przede mną niezłe wyzwanie. Przesiadka w Nowym Jorku i wylot do Kanady z innego lotniska niż przylot. Lecę dolce kupować i drukować możliwe sposoby dojazdu (wg Tripadvisora będzie ciężko...)


Swoją drogą ile par skarpetek spakować na roczny wyjazd? :D

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Chłopka ze mnie

Tak myślałam, ojciec nie zaprzeczał, babcia potwierdziła dodając co rusz nowe anegdotki. Pochodzę z rodziny chłopskiej.

I od strony mojej matki i od ojca mam we krwi same chamy i prostaki. Prababka coś tam przebąkiwała o szlacheckim bękarcie, ale nie ma co się oszukiwać, żadna ze mnie szlachcianka.

A co to ma wspólnego ze sportem i tym blogiem? Mój trener Ł. po pięciu wspólnych treningach stwierdził, że jestem silna jak chłop i mało która baba by mi sprostała (chyba, że inna chłopka ;)). Generalnie jak nie do pługa to do siłki się nadaję.


Oczywiście to, że budową ciała bliżej mi do krasnoludki niż eterycznego elfa wiedziałam już wcześniej, ale teraz jestem na 100 proc. pewna, że mam mocno rozbudowaną masę mięśniową, która idzie w parze z siłą. Tura.

Teraz zastanawiam się gdzie i jak wykorzystać swoje predyspozycje, bo raczej nie do figurowej jazdy na łyżwach ;).

sobota, 19 lipca 2014

Teoria spiskowa

Jakiś czas temu dokonałam pewnego niemiłego odkrycia, który spowodował natłok myśli i w efekcie powstanie teorii spiskowej. W polskim powietrzu "coś wisi", a do naszego jedzenia dosypują nie-wiadomo-czego żeby nam brzuchy równo i dokładnie puchły.

Po powrocie z wakacji byłam zachwycona nie tylko piękną opalenizną, niezwykłymi zdjęciami i wspomnieniami. Również czułam radość z powodu wyraźnie luźniejszych ubrań. Pomyślałam, że skoro tak, to tym bardziej powinnam zabrać się do roboty, jeść zdrowo i przykładnie oraz pójść na ćwiczenia. Jak pomyślałam tak zrobiłam.


Trzymałam równo dietę, zero grzeszków, o ćwiczeniach też już wspominałam. Jakież było moje zdziwienie kiedy ubrałam wiszącą na mnie podczas wakacji spódnicę, która teraz znowu jest opięta. Jakim cudem? Przecież jem mniej, ćwiczę nie za dużo, ani nie za mało (3x w tygodniu).Dlaczego do cholery spuchłam?

Na wakacjach za to w ogóle nie myślałam o diecie. Prawdę mówiąc liczyłam się z nadwyżką, bo a tu kebab, a tu bułka, nie mówiąc o słodkich napojach. Fakt faktem dużo chodziłam i to mogło spalić niejedną kalorię, ale tutaj chyba nawet więcej palę kalorii, bo jak nie ćwiczenia, to dziennie minimum 10 km. na rowerze (jak nie pada, a i wtedy się zdarza).

Rozgoryczona napisałam do koleżanek, że chyba już wiem dlaczego miliony ludzi na całym świecie ma problem ze schudnięciem. "Oni" (bo zawsze są jacyś "oni") dodają nam czegoś do jedzenia i jedząc nawet tylko liść sałaty dziennie nie schudniesz, bo sałata pewnie popryskana spulchniaczem brzucha. Czyżby moja waga była nie tyle zależna od ilości jedzenia, co od klimatu i miejsca pobytu wolnego od "nich", lobbystów farmaceutycznych?


W każdym razie zdrowy rozsądek podpowiada, że może skoro nie myślałam o jedzeniu, to jadłam naprawdę mało i z dużymi odstępami czasu. Albo jedzenie w ciepłych krajach jest po prostu inne i już. Inna mąka, inne przyprawy, inne coś co mi służy.

Z tego wszystkiego pomyślałam - a gdyby tak zamiast Kanady wybrać gorącą wyspę, pomieszkać na niej przez rok i wrócić do Polski opalona i szczupła? Żeby było śmieszniej, nawet poznałam pana, który z ogromną radością by mi pomógł w zakwaterowaniu itp., ale z wiadomych powodów odmówiłam. Wiesz, w każdym bogatszym od Polski kraju znajdzie się jakiś pan, który proponuje obywatelstwo za małżeństwo i wyrwanie się z tej strasznej i ubogiej prowincji (Polskę myląc z Rosją i Ukrainą).

Pewna myśl jednak sprowadziła mnie na ziemię. Mnie i moją teorię spiskową. Zapomniałam, że zbliża mi się okres...

niedziela, 18 maja 2014

O fryzjerze, który zburzył moje marzenia

Pamiętasz o moim projekcie "chuda dziwka"?  To było prawie półtora roku temu! Cel jak dotąd nie zrealizowany...

No może nie do końca. Postawa dalej nie skorygowana (zapomniałam o wizycie u ortopedy, na którą czekałam prawie rok...), zęby może nie są olśniewająco białe, ale w miarę dobrze wyglądają, wzrok za to mam sokoli!


Włosy...zapuszczałam i zapuszczałam, zrobiłam sobie keratynowe prostowanie, potem cotygodniowe olejowanie, trzymałam maski, cuda wianki, nawet jakieś tabletki łykałam, ale ostatecznie, po zmyciu keratyny, skończyłam z puszącymi się strąkami i zrezygnowana postanowiłam pójść do swojego fryzjera niczym córa marnotrawna...

Fryzjer z wrodzonym taktem stwierdził, że trzeba minimum pięć centymetrów obciąć (serio! Są na świecie fryzjerzy, którzy obcinają dokładnie tyle, ile im powiesz!), ale ja mu tylko ostatkiem sił rzuciłam: tnij ile trzeba...z tych włosów niczego już nie będzie.

W. uradowany od ucha do ucha stwierdził tylko, że ewidentnie źle wyglądają jak są długie i spróbujemy zrobić coś nowego. Zaraz potem zabrał się dziarsko do roboty, a ja smętnym wzrokiem patrzyłam jak długie piórka lądują na podłodze, a wraz z nimi moje marzenia o olśniewającej, długiej grzywie.


Teraz mam włosy do brody i...kręcone. Mam naturalnie kręcone włosy, ale odkąd pamiętam - zawsze je prostowałam (tak tak, prostownicą...) i kiedy W. skończył swoje dzieło to stwierdziłam, że wyglądam zupełnie inaczej i nie do końca wierząc, że jest dobrze, wróciłam do siebie.

W pierwszej chwili, przeglądając się w lustrze, czułam się okropnie. Mam krótkie kręciołki, do tego odkąd wróciłam do diety to zamiast czuć się szczuplej, mam wrażenie, że wyglądam tak samo jak dwa lata temu, zwłaszcza, że po dwóch miesiącach niechodzenia na fitness wszystkie moje super-mięśnie znikły (co tylko pokazuje jak karkołomne jest utrzymanie kondycji. Serio? Prawie półtora roku intensywnych ćwiczeń można zaprzepaścić w ciągu dwóch miesięcy i wyglądać jak flak?!)

(jak widać nad mięśniami trzeba stale i ciężko pracować...)

Z drugiej strony nowa, bardzo naturalna fryzura ma swoje zalety. Pomyślałam, że może to znak, że czas zaakceptować swoje włosy? Powiedzieć sobie, że dobra, mam puszące się kręciołki i nigdy nie będę miała ciężkich grubasów do tyłka. Widocznie super krągłego tyłka też nie będę miała.

Wiesz, teraz jak od czasu do czasu zerkam na lustro, myślę sobie: chyba nie jest źle, co? Siostra nawet stwierdziła, że wyglądam jak laleczka, albo Shirley Temple (hyhy).


No, ale wracając do diety. Po latach (:P) eksperymentowania doszłam do wniosku, że w moim przypadku to chyba nieprawda, że można schudnąć jedząc tyle, ile dusza zapragnie, byle było zdrowe i nieprzetworzone. W związku z tym jem po prostu 1,5 tys. kcal nieprzetworzonego jadła bezglutenowego nie wliczając warzyw, które jem ile chcę. Od czerwca wracam do ćwiczeń, bo wkrótce będę mogła zapisać się na multisporta :D

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wago! Ty szmato!

Moja waga to niewdzięczna suka, a ja ciągle mam nadzieję, że się zmieni. Naiwne, nie? W sobotę - jak co tydzień - stanęłam na tej kupie złomu, która pokazała o 300 g. więcej niż tydzień temu.

Niby w głowie zaświtała mi myśl. Ok, M. tylko spokojnie. Nigdzie się nie spieszysz, a już na pewno nie na przyszłoroczny konkurs Miss Universe. Jesz więcej, waga stoi, bo zgłupiała, musisz chwilę odczekać, ale niedługo znowu ruszy, na pewno. W końcu jesz zdrowo, a organizm sam będzie dążył do prawidłowej wagi. Poza tym ta metalowa dziwka nie wie, że masz piękne wnętrze.


Mimo tego uspokajającego potoku myśli, wcale nie poczułam się lepiej. Autosugestia nie działa, chociaż dzień w dzień, od trzech tygodni wmawiam sobie, że ważę 55 kg, że "mojekomórkitłuszczowe" (mówione jak mantra) kurczą się, a ja jestem piękna i zdrowa. Nie wiem, może robię coś źle?

W każdym razie postanowiłam przestać się ważyć, zwłaszcza, że w sobotę urządziłam urodziny i nawet nie opychając się słodyczami, tylko pełnoziarnistą pizzą i domowymi smakołykami - pewnie i tak przytyłam.

Nie potrafię chyba przekonać siebie do myśli, że to, że waga mi stoi to nic. Raz w miesiącu wejdę na wagę w klubie, ale chyba nie będę patrzyła na wyniki, tylko poproszę o zapisanie ich na kartce.

Z drugiej strony znając siebie...ciekawość bywa silniejsza...

środa, 4 grudnia 2013

Minął właśnie rok!

Czy idąc 3 grudnia 2012 roku w poniedziałek wieczorem do fitness klubu i kupując swój pierwszy w życiu karnet wiedziałam, że fitness stanie się ważną częścią mojego życia?

Dziś minął rok odkąd zaczęłam chodzić na fitness! Zdumiona jestem swoją konsekwencją, szczęśliwa z powodu znalezienia nowej pasji i zaskoczona efektami.


Zaczęłam dokładnie rok temu od treningu jednogodzinnego trzy razy w tygodniu. Było to typowe cardio-aerobik, który powodował u mnie stan przedzawałowy. Potem trenowałam tylko indoor walking, a po kilku miesiącach dorzuciłam sobotni body-pump.

Pamiętam jak patrzyłam na siebie w lustro i widziałam wylewające się boczki, wystający brzuch i grube ramiona. Po miesiącu-dwóch trenowania zaczęłam widzieć zmiany. Z przyjemnością obserwowałam szczuplejące ramiona i coraz mniejszy brzuch.

Ramiona ruskiej sztangistki XD

Pół roku później, kiedy kupiłam legginsy i dopasowane koszulki, zamarłam z wrażenia. O tym wrażeniu pisałam tutaj. Zresztą cały czas informowałam Ciebie na bieżąco o swoich zmianach wyglądu spowodowanych treningiem.

Po pół roku ćwiczeń moje mięśnie stały się mocne, wyraźnie odznaczające się i wystające spod warstwy tłuszczu. Mam niestety taki typ budowy, że górna część ciała szybko się rozrosła i jak napinam ramiona to wyglądam jak facet :P Zwłaszcza jak robię pompki, które jak na kobietę - robię zdumiewająco szybko i sprawnie. Równie wyraźne mięśnie są na łydkach, które jak napnę to wyglądają jak u kolarza.

Moje łydy, poobijane trochę, trener mnie bije :P

Z czasem też zaczęłam dostrzegać nowe korzystne zmiany. Nogi mam wysmuklone, mięśnie ud mocno odznaczają się i nic mi się nie wylewa na boki kiedy leżę. Teraz zauważyłam, że leżąc bokiem nie robi mi się fałdka na talii (która zresztą nawet jak stoję i nic nie robię jest mocna i twarda!) i co mnie bardzo cieszy - wewnętrzna część ramion wygląda lepiej.

No i tyłek! Nie mam jakiegoś powalająco wielkiego, ale cały czas się zaokrągla i podnosi. Ostatnio zresztą zauważyłam, że jest twardy.


Oprócz wyraźnych zmian sylwetkowych dostrzegam również korzystne działanie treningu na...skórę. O jej gładkości zachwycałam się długo i dawno temu. W tym temacie nic się nie zmieniło. Cellulit systematycznie zmniejsza się, grudki są coraz mniejsze :)

To co mnie negatywnie zaskoczyło to mimo wszystko...powolny postęp. Rzekłabym, że bardzo powolny...Wiesz już chyba, że jestem w gorącej wodzie kąpana i chciałabym mieć już wszystko i jak najszybciej. Myślałam, że cellulitu pozbędę się w miesiąc, a tu walczę z nim od roku i dalej dziad nie zniknął całkowicie. Poza tym dobija mnie moja największa zmora - brzuch, który cały czas wystaje. Zniknęła mi za to podwójna fałdka, która robi się u każdego grubasa.

Poza tym zaczęłam się robić żylasta. Wystaje mi jedna żyła w łydce (na tym zdjęciu powyżej tego chyba nie widać), na przedramionach i dłoniach.


Odkąd zaczęłam chodzić do nowego klubu i ćwiczyć trening funkcjonalny i TRX zauważyłam mocny progress w wytrzymałości i kondycji. Panie z recepcji stwierdziły, że ramiona mam szczuplejsze, ja tam jednak tego aż tak bardzo nie widzę.

Nie będzie to odkrycie roku. W ćwiczeniach ważna jest systematyczność. Nie spodziewaj się natychmiastowych, zdumiewających efektów, one przyjdą, być może nawet szybciej niż u mnie, ale za to jaka satysfakcja!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

A gdyby tak...

Po piątkowym ważeniu z którego wynika, że "schudłam" uwaga, uwaga: 100 g. pomyślałam: a gdyby tak pogodzić się z myślą, że już więcej nie schudnę i...żyć dalej?

Lekarze na pewno nie byliby zachwyceni. Według BMI jestem otyła i powinnam szybko schudnąć, bo inaczej śmierć na miejscu. Inna sprawa, jak ten wskaźnik ma się do naszego ogólnego zdrowia. Czy otyły mężczyzna ważący dajmy na to 90 kg. przy wzroście 1,75 m. i którego jedyną aktywnością fizyczną jest przejście z fotela na kanapę jest równie zdrowy jak ważący tyle samo sportowiec? Według BMI tak. Oboje są otyli i oboje muszą szybko schudnąć.

Wracając do tematu lekarzy. Kilka miesięcy temu poszłam do lekarza medycyny pracy, który robił mi rutynowe badania (w tym sprawdzał ile ważę) i zadawał standardowe pytania, w stylu jak się czuję. Najlepsze jest to, że na koniec tej rozmowy lekarz...pogratulował mi zdrowia. Po raz pierwszy w życiu doktor stwierdził, że jestem osobą w pełni zdrową i nie trzeba mi mówić: Jezus Maria, niech Pani szybko schudnie, bo inaczej zawał i cukrzyca. 

Od tamtej pory niewiele zmieniło się pod względem mojej wagi i zdrowia. Na pewno mam więcej mięśni i lepszą kondycję. Trójglicerydy, ciśnienie, tarczyca i hemoglobiny w normie. Cukier na czczo mam lekko podwyższony, ale u mnie to rodzinne, zresztą czytałam, że najczęstszą przyczyną otyłości jest zaburzenie metabolizmu insuliny. Jak widać - w końcu doszłam do tego, co jest przyczyną mojego problemu.


Boję się trochę tego cukru. Latem organizmowi dałam lekko w kość mając napady obżarstwa i zajadając smutki ciastkami/ lodami. Poza tym miałam wahania cukru we krwi, rano ADHD, po obiedzie śpiączka. Teraz na szczęście ostatni powód do smutku został jakiś czas temu wykopany z mojego życia (z czego jestem mega dumna!!!), a słodycze ostatnio jadłam dawno temu. Oczywiście nie ma co zwalać winy na sercowe rozterki. Więcej tak się złapać nie dam :).

Nad wyglądem wciąż pracuję, ale powoli zaczynam godzić się z myślą, że nigdy w życiu nie będę wyglądać jak modelka w bikini. Może nawet do końca życia będę miała nadwagę i wystający brzuch? Ale czy to źle? Dużo osób mi mówi, że świetnie wyglądam, faceci się oglądają, kilka osób nawet stwierdziło, że tyle ile schudłam już wystarczy. 

(hyhy, nie mogę z tego psa XD)

Nie znaczy to oczywiście, że wracam do starych nawyków żywieniowych. Mam takiego pecha, że muszę uważać na cukier jeśli nie chcę dostać cukrzycy. Najważniejsze jednak by dobrze czuć się ze swoją dietą. Ja ze swoją czuję się rewelacyjnie, znowu nie jestem głodna, jem sporo i tłusto (tłuszcz syci! Jedz tłusto!), a wiedza na temat zdrowej żywności powoduje, że nie popełniam błędów w stylu jogurt owocowy light, czy pseudozdrowe płatki fitness. 

Problemem wciąż jest strach przed zbyt dużą ilością kalorii. Zjadam spory kawałek wędzonego łososia, a potem w głowie: "o Jezu! To ma miliard kalorii! Na bank przytyję!" Dalej boję się przekraczać pewnej granicy i mimo wszystko jem poniżej 2 tys. kcal, chociaż według magicznych przeliczników powinnam palić ponad 3 tys. kcal dziennie. Ale spokojnie, staram się jeść jeszcze więcej, żeby rozruszać metabolizm, który po 1,5 roku diety jest trochę wolniejszy. Może też dlatego waga mi stoi? 

(To ja po zjedzeniu tego łososia, jak stwierdziłam: a pieprzyć te kalorie!)

Odchudzanie, zwłaszcza osoby otyłej, jest rzeczą bardzo trudną. Nawet bardziej niż myślałam, a im więcej czytam o odchudzaniu, tym częściej zastanawiam się nad skutecznością diet. Sporo osób pewnie wie, że odsetek otyłych, którzy trwale schudli, jest niewielki. Mi na razie udaje się utrzymać swoją wagę po tym największym schudnięciu sprzed roku. Wiadomo, były skoki - raz w górę, raz w dół, ale najważniejsze - nie przytyłam. Zresztą schudnięcie nawet kilku-kilkunastu kilogramów jest sukcesem i mocno poprawia zdrowie.

Teraz myślę, że dobierając odpowiednie produkty żywnościowe, dzięki którym żyję w harmonii z własnym ciałem i które dostarczają mi wszelkie potrzebne składniki oraz które nie podwyższają za mocno poziomu cukru we krwi, na pewno w końcu schudnę, a jeśli nie - tak czy siak będę cieszyła się dobrym zdrowiem.

To zdjęcie było zrobione w maju. Niewiele się zmieniłam od tego czasu :P

poniedziałek, 8 lipca 2013

Ciam po roku odchudzania

Masakra, nie sądziłam, że faktycznie powstanie taki post, tu na blogu. Podsumowanie całego roku odchudzania jest trudne i być może karkołomne, ale spróbuję.

Po roku czasu schudłam...29,5 kg. Do celu zostało mi jeszcze 31,1 kg. więc "mniejsza połowa" za mną. Zaczynałam od BMI równego 42,98 (otyłość zagrażająca życiu), obecnie mam 32,01 (otyłość zagrażająca zdrowiu).

No to teraz konkrety.


DIETA

Moją pierwszą dietą była Montignaca, jadłam 2 posiłki węglowodanowe i 1 tłuszczowy, czyli była bardzo lekka, bezproblemowa, mogłam nauczyć się jedzenia mało przetworzonych rzeczy. Potem zaczęłam kombinować. I to był chyba błąd.

Patrząc na tabelkę z centymetrami, którą uzupełniam regularnie raz w tygodniu, najwięcej zrzucałam (i wagę i centymetry) do końca zeszłego roku. Czyli przez jakieś pół roku. Potem było coraz ciężej, zaczęłam kombinować z dietą, jadłam więcej białka i tłuszczy, obcinałam do granic możliwości węglowodany i po pół roku takiego jedzenia prawdopodobnie nabawiłam się...alergii pokarmowej. Podejrzewam jajka, ale nie wykluczam nabiału. W każdym razie pod koniec lipca idę do alergologa. Pokazałam wysypkę lekarce i mnie skierowała na badania...

Moje kombinacje wzięły się chyba stąd, że miałam pewne obawy co do słuszności swojej diety, że przecież nie można wiecznie odchudzać się jedząc 2 dania węglowodanowe, bo przecież cukry to zło. Skończyłam na tym, że jadłam ok. 2 jajka dziennie, 100-150 g. sera białego i ok. 1-2 szklanki kefiru/maślanki + mleko do kawy. Do tego oczywiście dużo mięsa/ryb i oleju + orzechów. Źle się na niej czułam, ale myślałam, że tak musi być. Wychodzi na to, że najgorszą rzeczą jest poprawianie dobrego :).

SPORT

Jestem osobą, która generalnie lubi ruch. Może niekoniecznie bieganie, czy skakanie, ale lubię jeździć rowerem i bardzo polubiłam aerobik. Odkąd zapisałam się do fitnessclubu, jestem w tam niemal codziennie. W grudniu zaczynałam od 3x w tygodniu, teraz chodzę 5x i tak chyba na razie zostanie.

Niestety, ze względu na wyprowadzkę, musiałam się z niego wypisać i będę chodzić tylko do końca sierpnia. Potem zamierzam albo ćwiczyć w domu (tylko nie wiem jak z samodyscypliną...), albo zapiszę się gdzieś bliżej siebie.

Ćwiczenia bardzo poprawiają mi humor. Kondycje mam dużo lepszą, cały czas też pisałam o zmianach w wyglądzie. Nieźle sobie wymodelowałam sylwetkę, która pewnie dużo lepiej by wyglądała gdyby nie tłuszcz ;). W każdym razie, dzięki ćwiczeniom mam sprężystą skórę i coraz bardziej widoczne mięśnie.

Zresztą, chyba uzależniłam się od ruchu, ale trochę boję się, że w domu to jednak nie będzie to samo i to, co sobie wypracowałam przez ponad pół roku, zaraz mi zniknie.

INNE

Oprócz diety i sportu zajęłam się innymi rzeczami. Przede wszystkim - lepiej się ubieram. Wydałam już na ciuchy masę pieniędzy, trochę z potrzeby (musiałam wiele rzeczy wywalić, bo wyglądałam w nich jak w worku po ziemniakach :D), trochę ze względu na zwykłą chęć podobania się. Poza tym cały czas zapuszczam włosy i w piątek mój fryzjer zachwycił się, że mam wyraźnie dłuższe i super lśniące włosy dzięki keratynowemu prostowaniu.

Oprócz tego smaruję się różnymi kremami, oliwkami, robię peelingi kawowe, nakładam maseczki i wszystko to co kobiety lubią robić w czasie spa-day ;)

Największą jednak zmianą była laserowa korekcja wzroku, dzięki czemu raz na zawsze pozbyłam się okularów. Po ostatniej wizycie okulista był zachwycony wynikami, a ja przedwcześnie martwiłam się słabszym lewym okiem, które po prostu dłużej do siebie dochodzi.

ZMIANY W PSYCHICE

One również powoli zaczynają pojawiać się. Oczywiście czuję się bardziej pewna siebie i nie chodzę ze spuszczoną głową. Nie odczuwam jednak spektakularnych zmian. Dalej mam problemy z jedzeniem, zajadam emocje i dobrze mi idzie dieta tylko wtedy jak mam uporządkowane i w miarę spokojne życie. Przeprowadzka mocno zaburzyła mój wewnętrzny świat i wprowadziła lekki zamęt, ale już wychodzę na prostą :).

WNIOSKI

Będąc przez rok na diecie wiele się nauczyłam. Przede wszystkim zdrowego odżywiania i treningu. A im bardziej się w to zagłębiam tym mizerniejsze były efekty. Wpadki niestety zdarzały się i dalej będą się zdarzać.

Ludzie z mojego otoczenia obojętnie patrzą na pudełka z "dziwnym" jedzeniem, nie obrażają się, gdy po raz milionowy odmawiam słodyczy, a nawet czasem czuję się jakby mnie traktowali jak z żelaza i bezpardonowo zajadają się pysznościami przy mnie. Czuję przez to pewną presję, ale to chyba dobrze.

Poza tym ten blog i rok na diecie wiele mnie nauczyły o sobie. Dzięki lekturze bloga mogłam zobaczyć, że jestem typem marudy i malkontenta ;) (taki żarcik).

Ten rok oceniam na 4-, bo ostatnie miesiące, mimo zwiększenia rygoru, były słabsze pod względem wyników na wadze i diety, ale bardzo mocne jeśli chodzi o trening.

Plany na przyszłość napiszę w kolejnym poście :).

czwartek, 20 czerwca 2013

Na ten dzień czekałam prawie...rok

Upały zmuszają do powolnego rozbierania się z kurtek, szali oraz długich i grubych spodni. Zostaje cienka koszulka na ramiączkach i spódnica.

Tak właśnie ubrana szłam do K. na kawę. Nagle spostrzegłam po drugiej stronie ulicy moją mamę. Podchodzę, patrzę na nią, ona na mnie, uśmiecham się, a ona nagle: M! Nie poznałam Cię! Ale ładnie wyglądasz! 


Tak, tak moi drodzy. Rodzona matka mnie nie poznała ;). 

Poza tym dziś było tak upalnie, że zakończenie dnia ćwiczeniami w fitnessclubie graniczyło z cudem. Ogłaszam więc cud nad Odrą - poszłam na zajęcia, umęczyłam się, wróciłam, zjadłam odżywkę białkową z kefirem i truskawkami i mogę umierać w pokoju. Amen!

niedziela, 26 maja 2013

Wdech...wydech...wdech...

Byłam niemal pewna, że dziś wrzucę tu swoje aktualne zdjęcia sylwetki i triumfująca oznajmię, że 30 kg. mam już za sobą.

Niedzielny poranek jednak okazał się pełny goryczy i rozczarowania. Weszłam na wagę i okazało się, że mam 1 kg. do przodu. Centymetry też nie poszalały i tylko biodra mi poleciały pogłębiając wrażenie jabłkowej sylwetki.

Zebrało mi się na płacz. Z wściekłości miałam ochotę rzucić to w pierony i załamana stałam w kuchni zastanawiając się, co tu zjeść - dietetycznie, czy jednak poszaleć z myślą "rozkręcenia metabolizmu" - ta wiem, wymówka jak sto-pięćdziesiąt.


Ostatecznie, po długiej bitwie z myślami zjadłam zgodnie z dietą. Smutek mnie jednak nie opuszcza. Co robię nie tak, że praktycznie ważę tyle samo ile 2 miesiące temu i niewiele mniej niż 3 miesiące temu? Ze wszystkim ostatnio muszę uczyć się cierpliwości i spokoju, chociaż nigdy nie grzeszyłam ani jednym, ani drugim. Kurwica mnie bierze.

Postanowiłam iść z tym do lekarza. Jak okaże się, że mam niedoczynność tarczycy, albo coś to...nie wiem :(.

wtorek, 14 maja 2013

Profesjonalne ciuszki na fitness

To może wydawać się niewiarygodne, ale przeszło pół roku chodzę na fitness i jedyne co na niego kupiłam to tanie trampki, w których się ślizgałam. W końcu nadszedł czas na zmiany!

Wczoraj zaszłam do sklepu sportowego i obkupiłam się w spodnie 3/4, 3 topy, w tym 2 profesjonalne, jeszcze bardziej profesjonalny stanik sportowy i najbardziej profesjonalne buty sportowe ;). Radość z zakupu oczywiście niepomierna, chociaż w tych ciuchach nie pokażę się na ulicy, tylko będę w nich błyszczeć zamknięta w czterech kątach.

Ale to nic. Radocha niesamowita i nie mogłam doczekać się aż przetestuję nowe ciuszki. Dziś wparowałam uhahana do fitnessclubu, od razu ubrałam się i poleciałam do sali, która - jak to zwykle bywa w takich miejscach - posiadała jedną lustrzaną ścianę.


Spojrzałam na siebie i...zamarłam. Niby wiedziałam, że schudłam, ale zazwyczaj nie patrzyłam na siebie z takiej perspektywy w obcisłym stroju. Do tej pory nosiłam luźny dres i zwykłą koszulkę. Dziś zobaczyłam ładnie ukształtowane ramiona, przy lekkim napięciu wyróżniające się mięśnie naramienne (idź na body pump moja droga! Body pump Cię zbawi :P), zero boczków i fajną figurę (tylko oczywiście szeroką) bez wyróżniającego się zbytnio brzucha.

Figura mocno mi się zmieniła. Wiesz, otyła osoba ma ją zniekształconą przez deformujące fałdy układające się w różnych miejscach, jak na bokach, udach, brzuchu itd. Teraz te fałdy mi poznikały i została sama zbita masa, której oczywiście chcę się pozbyć. Ale wygląda to już całkiem nieźle.

Oczywiście były też kąśliwe uwagi wymierzane w siebie w myślach jak: "ale łydy", "patrz jakie udziska", no i "dziewczyno, jesteś najgrubsza na sali". Co nie zmienia faktu, że stanęłam przed tym lustrem i...co może brzmieć głupio...trochę się onieśmieliłam swoim widokiem i ćwiczyłam patrząc w lustro (a właściwie lampiąc się) myśląc: "Boże, to na pewno ja?".

sobota, 11 maja 2013

Tu radość, tam dół i tak się kręci

Zacznę od radości.

Jupi!! Waga ruszyła :D W tydzień zrzuciłam prawie kilogram, do tego z brzucha całe 2 cm. więc radość niepomierna! Poza tym...jeszcze 800 g. i...będę świętować zrzucenie 30 kilogramów!!


Nie wiem czy to zasługa zmiany diety, zwiększenia ilości ćwiczeń, czy octu i siemienia lnianego, ale wygląda na to, że mi służy. Mogę nieco więcej napisać na temat swojej diety, kto chce niech korzysta :).

Jak już wcześniej pisałam, ustaliłam sobie limit na 1613 kcal (wyliczone wg. Dziennika Posiłków Vitalmax), 130 g. białka, 87 g. tłuszczy i 77 g. węglowodanów (ale te wyliczenia są ruchome, zależne od masy ciała).

Żeby zjeść tyle białka jadam jajka, ser biały (do 150 g.), kurczaki, ryby (najchętniej łosoś i tuńczyk z puszki), indyki i oczywiście po treningu odżywkę białkową.

Za tłuszcze odpowiadają: olej lniany i oliwa z oliwek (czasem nawet 30-40 g. dziennie), migdały i pestki dyni (ale zamierzam dokupić orzechy włoskie) no i oczywiście tłuste ryby.

Węglowodany jem najwięcej przed i po treningu lub rano. Są to płatki owsiane, chlebek chrupki pełnoziarnisty, makaron pełnoziarnisty, czasem zrobię omlet z mąką pełnoziarnistą no i kefir i owoce (ale tylko rano lub po treningu). Mam jeszcze ryż i kaszę gryczaną, ale jakoś w tym tygodniu nie udało mi się ich zjeść ;).



Warzywa dodaje do każdego posiłku (oprócz okołotreningowych, podobnie zresztą jak tłuszcze). Warzyw nie wliczam do bilansu.

No i to tyle. Trenuję 5x w tygodniu (poniedziałek - środa i piątek-sobota).

A co ze smutkami? Pamiętny post o zaproszeniu na kawę był nad wyraz optymistyczny, ale tak na prawdę jest dół straszny i wczoraj naszła mnie myśl, że zostanę forever alonem z tabunem kotów. Jakbym nie mogła być normalną, zdrowomyślącą i zdroworozsądkową dziewczyną, tylko mentalnym popaprańcem co jakiś czas wpadającym w melancholię i "ból świata". Ah jak o tym pomyślę to czuję się jak staruszka zmęczona życiem ;)


Dziś na szczęście mam humor nieco lepszy, poszłam na ćwiczenia i wypociłam smutki. Całe szczęście, że jest coś co niemal zawsze potrafi postawić mnie na nogi.

Edit.: pogadałam chwilę ze znajomym i poradził mi wyluzować. No i to najlepsze co mogę zrobić. Mimo wszystko pojawia się światełko optymizmu w tunelu rozpaczy, bo do cholery! To wszystko czemuś służy i po latach na pewno będę się z tego śmiała. W końcu i tak wszyscy umrzemy, a poza tym co te problemy znaczą dla kosmosu? ;)

niedziela, 5 maja 2013

Cierpliwość i...samokontrola

Wczoraj zrobiłam sobie wycieczkę do Łodzi żeby zobaczyć jedną wystawę. Dzień wcześniej miałam sobie rozplanować co tu zjeść, ale stwierdziłam "a pieprzyć to", zjem ile będę potrzebowała.

To był błąd. O nim uświadomiła mi waga, która pokazała 300 g. więcej niż w zeszłym tygodniu oraz dokładne wyliczenie ile czego zjadłam.

Z szoku do tej pory wyjść nie mogę. Pozwalając sobie na radosne chrupanie orzechów i pieczywa chrupkiego dobiłam do...prawie 2,5 tys. kcal. Z tego wszystkiego najlepsze jest to, że mimo śniadania z odżywką ledwo dobiłam do swojego białkowego minimum.


Oczywiście nie ma co załamywać rąk, myślę, że szybko zrzucę nadwyżkę, bo jadłam mimo wszystko zdrowe rzeczy (a przynajmniej zdrowsze niż kebab czy bułki słodkie). Wybryk ten jednak uświadomił mi jedno - nigdy nie można tracić kontroli nad tym co się je i najlepiej mieć wszystko z góry rozplanowane. Z drugiej jednak strony chleb chrupki z jogurtem był mi bardzo potrzebny - dodał mi dużo energii, bo jak wyszłam z tej wystawy, to myślałam, że nie dojdę do najbliższej kawiarni, a po szybkich zakupach w biedronce mogłam iść dalej, aż zaszłam do kolejnego muzeum.

Poza tym moje poranne ważenie znowu mnie lekko zdołowało i przez głowę - z prędkością światła - przeleciała mi myśl - olej tę cholerną dietę, ona nic Ci nie daje! Potem jednak, po szybkim facepalmie, pomyślałam - może spalacz tłuszczu mi pomoże? Na razie jednak zaopatrzę się w ocet jabłkowy i siemię lniane i od jutra zacznę je pić.

Zaraz idę na zakupy, bo lodówka świeci pustką, a jutro zamierzam już jeść "czysto", bez sera żółtego, śmietany, mleka i kabanosów. W ostatnich dwóch tygodniach powoli wprowadzałam zmiany więc różnicy nie będzie wielkiej. Teraz zostało mi wyeliminowanie sera żółtego i gotowych przypraw. No i najgorsze - kawy z mlekiem :(.

czwartek, 2 maja 2013

Czy można ćwiczeniami schudnąć w wybranych partiach ciała?

Takich pytań pewnie trenerzy fitness otrzymują codziennie. Zawsze też pewnie odpowiadają tak samo: nie! Ale czy na pewno mają rację?

Dieta idzie mi całkiem nieźle, czuję, że jeżeli nie schudłam wagowo, to na pewno w centymetrach, bo patrząc na siebie w lustrzę dostrzegam wyraźną różnicę.

Nogi mi zeszczuplały i w końcu prawie w ogóle nie mam boczków. Brzuch za to wciąż jest wystający.

Naczytałam się historii, że nie można chudnąć w wybranych miejscach, bo na koniec zostają miejsca strategiczne, których najciężej jest się pozbyć i właściwie to najlepiej jest ćwiczyć aeroby + siłownia i będzie gites majonez. Jako, że zawsze miałam figurę gruszki byłam święcie przekonana, że uda i łydki zlecą mi na sam koniec, a brzuch i piersi jako pierwsze. 

Teraz odnoszę wrażenie, że zaczynam niebezpiecznie zbliżać się do "jabłka" z wielkim brzuchem i chudymi nóżkami. Brzucha w ogóle nie ćwiczyłam, bo stwierdziłam, że skoro mądrzy ludzie piszą, że mięśni i tak nie będzie widać spod warstwy tłuszczu, którego nie zrzucisz dzięki brzuszkom to trzeba im uwierzyć. Wygląda na to, że w moim przypadku to nie do końca prawda, chyba, że nagle zmienił mi się typ figury...


Poza tym wystarczyły 4 sesje z bodypump, podczas których ćwiczyłam między innymi klatkę piersiową, żeby piersi mi zmalały kilka centymetrów, chociaż dotąd "stały w miejscu". 

Od przyszłego tygodnia zacznę ćwiczyć brzuch i po miesiącu dam wam znać, czy jednak ćwiczenia pomogą w miejscowym pozbywaniu się tłuszczu. 

sobota, 27 kwietnia 2013

Ciam po 10 miesiącach odchudzania

Za mną 28,5 kilogramów, przede mną drugie tyle. Dziesiąty miesiąc zamknięty na zerowym spadku kilogramów.

Na szczęście pewną pociechą jest to, że według dzisiejszych pomiarów zrzuciłam całą nadwyżkę świąteczną :), no i zostało się zaledwie 1,5 kg. do świętowania trzydziechy :).

W centymetrach wygląda to nieco lepiej. W ciągu miesiąca spadło mi 0,5 cm. z szyi (- 5 cm. od początku), brzuch też nieco drgnął (-1 cm. w kwietniu, -14 cm. od początku), biodra sukcesywnie spadają (- 4 cm. w kwietniu i -27 cm. od początku), łydki też ładnie: -2,5 cm. (-7,5 cm.). Reszta bez zmian.

Myślę, że waga drgnęła, bo dobrałam sobie w miarę dobrą dietę. W tym tygodniu zrezygnowałam z dużej ilości sera białego (jadłam ok. kostkę 250 g. dziennie!) i wygląda na to, że dzięki temu brzuch powoli zaczął się znowu chować :).


Cały czas czytam o zbilansowanej diecie i różne porady dietetyczne dla sportowców. Okazało się, że dużym błędem było jedzenie tak dużej ilości nabiału i chyba będę musiała też pożegnać się z mlekiem do kawy (a właściwie kilku kaw...zostawię sobie co najwyżej jedną).

Poza tym. Wczoraj na ćwiczeniach poznałam dziewczynę, która również schudła około 30 kilo i opowiadała, że borykała się z podobnym do mojego zastojem wagi. Poszła do dietetyczki i przepisała je "cudowne środki-proszki", z których robi się koktajle i kazała pić codziennie rano na czczo dwie łyżki octu jabłkowego wymieszanego z przegotowaną wodą oraz siemię lniane wieczorem. Koktajle sobie daruję, ale zamierzam spróbować ocet i siemię lniane, możliwe, że to pozwoli mi znowu ruszyć z kopyta.

Dzisiaj w ogóle byłam na ćwiczeniach bodypump, które zawsze ze mnie wyciągają całą energię i siłę, ale nie o tym chciałam. Założyłam jakąś tam pierwszą-lepszą koszulkę, spodnie dresowe i poszłam do sali. Stanęłam na przeciwko lustra i...boczki jakby się skurczyły?? Poza tym cellulit też już prawie znikł, chociaż dawno przestałam robić foliowanie. Wizualnie wyglądam coraz lepiej, chociaż na wadze tego nie widać, ale jak to mówią: na plażę nikt nie zabiera wagi :).

niedziela, 21 kwietnia 2013

Dalej nie chudnę

Miałam tu napisać coś smutnego, że po tygodniu trzymania ściśle diety dalej nie chudnę, że może to tarczyca, zła dieta, albo kara boska. Ale jak to ja - szybko zacisnęłam zęby i...pas.

Takie zastoje wagi są strasznie trudne do pokonania, a ja dalej nie zrzuciłam nadwyżki poświątecznej. Centymetry też nie lecą w dół, gdzieniegdzie nawet poleciało w górę. W takie dni zastanawiam się: po cholerę tak się męczę skoro nic nie chudnę! Wystarczy dzień odpuszczenia sobie a waga od razu szybuje w górę, najlepiej od razu 3 kg., które potem zrzucam przez miesiąc.

Z drugiej strony...jeśli teraz rzucę dietę to wrócę do swojej wagi w miesiąc, a w następny będę miała jeszcze więcej na karku, a właściwie na brzuchu i udach. Najlepiej też w uszach i na powiekach. Można powiedzieć, że jestem zatrzaśnięta w pułapce i żeby nie wyglądać jak słoń muszę, po prostu muszę dalej trzymać dietę!

Jest wiele osób, które schudły po 30 kg. w pół roku, albo 50 kg. w rok. Najpierw ich podziwiałam i zazdrościłam, bo mi jak widać wszystko idzie bardziej opornie. Właściwie to na szacunek zasługują tylko ci, którym udało się schudnąć i tę wagę utrzymać na lata. 

Znajoma ponownie wczoraj opowiadała mi o swojej sąsiadce, która schudła w 2, albo 3 lata 50 kg. Kiedy doszła do swojej upragnionej wagi dalej musiała trzymać się w ryzach, bo każde ciastko, makaron z tłustym sosem czy urodziny u znajomych kończył się tak samo: dodatkowymi kilkoma kilogramami, które musiała z trudem znowu zrzucać. I tak przez pięć lat. Licząc od momentu zrzucenia już całej nadwagi.


Matko święta! - pomyślałam znowu waląc się w łeb. No przecież odchudzanie to wieloletni proces, nie można oczekiwać, że człowiek zrzuci pół swojej wagi, a potem jak gdyby nigdy nic zasiądzie do świątecznego stołu bez wyrzutów sumienia. 

Kiedyś czytałam, że podczas odchudzania nie znikają komórki tłuszczowe, tylko kurczą się czekając na każdą nadarzająca się okazje by z radością znowu wypełnić siebie ukochanym tłuszczykiem. Dopiero po pięciu latach trzymania linii komórki te dają za wygraną i znikają. Czyli przede mną minimum sześć lat ciężkiej pracy...

Za tę jawną niesprawiedliwość i głupotę naszych organizmów, które najwyraźniej nie wiedzą co robią, można pomstować do nieba i wygrażać pięściami, albo...pogodzić się z rzeczywistością. No cóż, moją radą jest to: odchudzanie to na prawdę poważna sprawa i zastanów się trzy razy zanim zaczniesz. 

Ja oczywiście nie żałuję swojej decyzji, ale przychodzą takie dni, kiedy mam wszystkiego dosyć. Zwłaszcza, kiedy patrzę jak ludzie u mnie w pracy zajadają się ciastkami i chipsami, jak po ulicy chodzą chude dziwki ze swoimi przystojniakami radośnie zajadają się lodami, czy jak w domu na stole leży ciasto, a w szafkach batony...no i kiedy ważąc tyle ile mała orka, ćwicząc intensywnie i trzymając bardzo dokładnie dietę nic nie chudnę.


środa, 3 kwietnia 2013

Depresja pooperacyjna

Wszystkie nieszczęścia skumulowały się. Jest mi smutno (jak to u mnie bez jakiegoś specjalnego powodu), do tego nie mogę ćwiczyć, a dziś waga pokazała...

No tak, zapomniałam, że im bardziej czegoś oczekuję, tym częściej spotykam się z rozczarowaniem. Wczoraj biłam się z myślami, w domu pełno czekoladek, ciast i sałatek, które mówiły "zjedz mnie", ale nie dałam się.

Rano stanęłam na wadzę z myślą: no to pewnie będzie kilo w dół po tym trzykilowym skoku, a tu nagle...kilo w górę.

Anioł by się wściekł.


Do tego od tygodnia nie mam niczego ciekawego do roboty, wieczory mam wolne, na fitness nie mogę chodzić i z nudów oczywiście chce się jeść (chociaż głodna nie chodzę).

Ehh...mam kryzys. Mój cel, który zawsze miałam przed oczami, nagle zaczął się rozmywać. Zadowolenie z luźnej spódnicy i fikuśnych rajstopek, które ubrałam na święta, minęło kiedy spojrzałam na swój brzuch.

Jutro spróbuję dietę niskowęglowodanową, bo skoro nie ćwiczę to i tak nie potrzebuję tyle węgli. Może większy reżim jakoś mi pomoże?

wtorek, 2 kwietnia 2013

Operacja udała się. Pacjent przeżył

Dzisiaj na szybko napiszę podsumowanie, bo muszę jeszcze oszczędzać oczy.

Mimo, że niemal 2 tygodnie trzymałam dietę z węglami o bardzo niskim IG to nie było oszałamiających rezultatów. W marcu schudłam dokładnie 2,1 kg. (które zresztą po świętach nadrobiłam). 

Centymetry za to spadły tu i ówdzie. Szyja o 0,5 cm., ramię o 1 cm., biust o 3 cm. (spada coraz szybciej!), talia, brzuch, uda i łydki po 1 cm.

W święta oczywiście zupełnie sobie odpuściłam dietę, co widać po dzisiejszym oszałamiającym skoku wagi, ale mam nadzieję, że wrócę do dawnej za tydzień.

Poza tym...w czwartek spełniłam jedno ze swoich większych marzeń :). Sam zabieg nie bolał, tylko potem, przez trzy dni z przerwami, leżałam z narzutą na oczach, wycierałam lecące ciurkiem łzy i starałam się zasnąć.

Dziś już nic mnie nie boli, ale nie widzę jeszcze dobrze (właściwie to widzę podwójnie). Lekarz mówi, że tak ma być, bo goi mi się nabłonek...

poniedziałek, 25 marca 2013

Po tygodniu eksperymentu

Jedzenie węgli z indeksem glikemicznym maksymalnie wynoszącym 35 jest z początku dosyć trudne, ale nie takie złe.

Na początku eksperymentu szybko robiłam się głodna, ale to chyba efekt dużo mniejszej ilości spożywanych kalorii. Potem zaczęłam jeść więcej tłuszczy i przyzwyczaiłam się. Niestety, efekt jest mało powalający...

Po tygodniu schudłam...300 g. Możliwe jednak, że to efekt niedospania i ciężkiego wysiłku fizycznego tuż przed ważeniem, bo w weekend urządziłam sobie wycieczkę po Wiedniu, gdzie od 8 rano do godziny 21 byłam cały czas na chodzie, a potem próbowałam spać w autobusie, co średnio mi się udawało.


Muszę przyznać, że dzięki temu, że ćwiczę, byłam jedną z nielicznych osób, które mogły tak długo spacerować. Całe szczęście moi towarzysze byli równie zdeterminowani, tylko więcej marudzili z powodu bólu nóg ;).

W środę napiszę też sprawozdanie z całego miesiąca, jednak już pochwalę się, że talia, biodra i uda sukcesywnie spadają.

No i uśmiechający się, komplementujący, a nawet co niektórzy adorujący (!) mnie mężczyźni bardzo poprawili mi humor ;). Wiosna może nie być tak depresyjna jak sobie wróżyłam.