Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 listopada 2014

Wracam do początku

Myśli, które przewijają mi się w głowie są podobne do tych na początku odchudzania. Zataczam koło...

Dziś zastanawiam się między innymi nad swoją główną motywacją odchudzania. Jak być może pamiętasz, kiedyś pisałam, że moim cichym motorem napędzającym odchudzanie było znalezienie chłopaka. Być może rozczarowanie czymś na co niekoniecznie mam wpływ spowodowało, że wszystko się posypało. Mowa oczywiście o M.


A'propos M. Na całe szczęście zdystansowałam się do niego i nawet mogłam mu powiedzieć, że wydawało mi się, że niedawno ze mną flirtował. Odpowiedź znowu zbiła mnie z pantałyku. Otóż M. stwierdził, że zupełnie nie to miał na myśli i był po prostu...miły, a ja mam problem z interpretacją znaków. Na koniec zresztą M. przyznał, że takich idiotek jak ja ma więcej, wszystkie mentalnie kastruje i sprowadza do roli swoich przyjaciółek, a on biedny otoczony wianuszkiem fanek, nie rozumie dlaczego one wszystkie się na niego fochają (ok, nie przytaczam jego słów literalnie ;p). Wkurwiłam się nie na żarty i...wszystkie jego zalety zostały przysłonięte przez zalewającą mnie krew i trafiający szlag.

Do tej pory miałam chyba jakieś dziwne poczucie wyjątkowości (jedyna w nim nieszczęśliwie zakochana?), ale kiedy okazało się, że nawet w tym nie jestem wyjątkowa to...przestało mi na nim zależeć. Bum! Koniec dramatu. Kurtyna.

Z tą zalewającą mnie krwią i trafiającym co rusz szlagiem pojechałam wczoraj na Śląsk na groby dziadów, pradziadów i prapradziadów (!) ze strony mojego ojca. Modliłam się wyjątkowo długo do jednego prapradziada, do którego czuję ogromną sympatię i chyba nawet jego krew płynącą w moich żyłach, po tym jak usłyszałam, że był powstańcem, komunistą i uciekał przed sądem aż do Chin (od razu wyjaśniam ewentualne niejasności - nie, nie jestem komunistką ;)).

Wracając do dziadów. Stałam nad tymi grobami i błagałam ich, żeby dali mi mądrość w znalezieniu odpowiedniego chłopa, albo chociaż wybili mi to z głowy. No i żebym schudła. W zeszłym roku prosiłam o to żeby robili co trzeba i co uznają za słuszne w sprawie M. bo jestem załamana...po roku doczekałam się, więc liczę na nich i w tej sprawie. Swoją drogą moi przodkowie muszą mieć ze mną przerąbane, wiecznie przyłażę i czegoś od nich chcę ;).

Po zapaleniu świeczek pojechałam z ojcem do ciotki i kuzynek na kluski śląskie. Jedna z kuzynek jest do mnie chyba podobna z charakteru, czyli "śląska dziołcha", dosadna, zabawna i bardzo otwarta, ale i czasem wybuchowa. Zastanawiałam się dlaczego taka fajna, bardzo inteligentna i otwarta babka po trzydziestce nie może sobie znaleźć męża. Zasępiłam się nad kluskami i doszłam do wniosku, że albo brak seksapilu i kumplowskie zachowanie do wszystkich mężczyzn, albo jest za fajna i za mądra, więc odstraszająca facetów. Płynnie oczywiście przeszłam do siebie i stwierdziłam, że ja to na pewno jestem pozbawiona uwodzicielstwa, bo o spore przewyższanie facetów inteligencją bym siebie nie posądzała, zresztą znam inteligentne dziewczyny, które mają facetów. Właściwie, jak facet mi mówi, że jestem wyjątkowo mądra to zastanawiam się z kim do tej pory rozmawiał, bo ja znam tylko takie jak ja.


W domu zrobiłam szybki research i zapytałam wujka Google, dlaczego faceci widzą we mnie tylko koleżankę. Sobie odpowiedziałam, że to dlatego, że sama u mężczyzn najpierw szukam przyjaciela, ale wujek nie pozostawił mi złudzeń i podrzucił kilka artykułów, w których dużo mężczyzn pisało, że jeżeli masz zainteresowania i trochę oleju w głowie to może chodzi o...wygląd i trzeba po prostu wziąć się za siebie (ładnym i mądrym zostało obniżenie wysokich wymagań).

Momentalnie łzy mi stanęły w oczach i zaczęłam myśleć, że no pewnie, żeby ktoś w ogóle zainteresował się mną, muszę schudnąć, inaczej to wszyscy będą mnie traktowali jak kumpelę, im szczuplejsza tym jestem bardziej pewna siebie, więc zaczynam już od dziś i w Kanadzie jakoś to pójdzie, znajdę faceta, wszystko się ułoży, będzie...



Stop. Znów formułuje sobie zewnętrzną motywację. Zadałam więc sobie pytanie: gdyby teraz stanął przede mną jasnowidz (hipotetycznie mówiący prawdę i tylko prawdę :P) i powiedział: "nie znajdziesz faceta, nawet jeśli będziesz wyglądać jak modelka" to co by było powodem odchudzania? I czy w ogóle wtedy chciałabym schudnąć?

Pierwszą odpowiedzią, która by każdemu nasunęła się to oczywiście zdrowie. Gorzej, jeśli chora nie jestem i jakoś żadna z dalekich i możliwych chorób mnie nie straszą. Po prostu zdrowie to nieoceniona zaleta, ale mnie - jako osobę zdrową - nie motywuje. Nie staje się wielkim pragnieniem i moim "dlaczego". Pragnienie za to znalazłam w swoim hobby.


Chcę schudnąć, aby bez problemu, szurania kolanem po brzuchu i straszliwej zadyszki wspinać się po górach, nauczyć się nurkowania, pojechać na kilku- dniową/tygodniową wyprawę rowerową (samodzielną), nauczyć się jazdy na nartach w Kanadzie (za horrendalnie wielkie pieniądze wpłacone pośrednikowi będę miała możliwość nauki jazdy na nartach i snowboardzie), a także w końcu wybrać się na piechotę do Santiago de Compostela drogą św. Jakuba.

To są moje nowe powody odchudzania i teraz zamiast ważyć się i mierzyć, będę podnosić wydolność/gibkość i sprawność. Pal licho urodę i męża.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

A gdyby tak...

Po piątkowym ważeniu z którego wynika, że "schudłam" uwaga, uwaga: 100 g. pomyślałam: a gdyby tak pogodzić się z myślą, że już więcej nie schudnę i...żyć dalej?

Lekarze na pewno nie byliby zachwyceni. Według BMI jestem otyła i powinnam szybko schudnąć, bo inaczej śmierć na miejscu. Inna sprawa, jak ten wskaźnik ma się do naszego ogólnego zdrowia. Czy otyły mężczyzna ważący dajmy na to 90 kg. przy wzroście 1,75 m. i którego jedyną aktywnością fizyczną jest przejście z fotela na kanapę jest równie zdrowy jak ważący tyle samo sportowiec? Według BMI tak. Oboje są otyli i oboje muszą szybko schudnąć.

Wracając do tematu lekarzy. Kilka miesięcy temu poszłam do lekarza medycyny pracy, który robił mi rutynowe badania (w tym sprawdzał ile ważę) i zadawał standardowe pytania, w stylu jak się czuję. Najlepsze jest to, że na koniec tej rozmowy lekarz...pogratulował mi zdrowia. Po raz pierwszy w życiu doktor stwierdził, że jestem osobą w pełni zdrową i nie trzeba mi mówić: Jezus Maria, niech Pani szybko schudnie, bo inaczej zawał i cukrzyca. 

Od tamtej pory niewiele zmieniło się pod względem mojej wagi i zdrowia. Na pewno mam więcej mięśni i lepszą kondycję. Trójglicerydy, ciśnienie, tarczyca i hemoglobiny w normie. Cukier na czczo mam lekko podwyższony, ale u mnie to rodzinne, zresztą czytałam, że najczęstszą przyczyną otyłości jest zaburzenie metabolizmu insuliny. Jak widać - w końcu doszłam do tego, co jest przyczyną mojego problemu.


Boję się trochę tego cukru. Latem organizmowi dałam lekko w kość mając napady obżarstwa i zajadając smutki ciastkami/ lodami. Poza tym miałam wahania cukru we krwi, rano ADHD, po obiedzie śpiączka. Teraz na szczęście ostatni powód do smutku został jakiś czas temu wykopany z mojego życia (z czego jestem mega dumna!!!), a słodycze ostatnio jadłam dawno temu. Oczywiście nie ma co zwalać winy na sercowe rozterki. Więcej tak się złapać nie dam :).

Nad wyglądem wciąż pracuję, ale powoli zaczynam godzić się z myślą, że nigdy w życiu nie będę wyglądać jak modelka w bikini. Może nawet do końca życia będę miała nadwagę i wystający brzuch? Ale czy to źle? Dużo osób mi mówi, że świetnie wyglądam, faceci się oglądają, kilka osób nawet stwierdziło, że tyle ile schudłam już wystarczy. 

(hyhy, nie mogę z tego psa XD)

Nie znaczy to oczywiście, że wracam do starych nawyków żywieniowych. Mam takiego pecha, że muszę uważać na cukier jeśli nie chcę dostać cukrzycy. Najważniejsze jednak by dobrze czuć się ze swoją dietą. Ja ze swoją czuję się rewelacyjnie, znowu nie jestem głodna, jem sporo i tłusto (tłuszcz syci! Jedz tłusto!), a wiedza na temat zdrowej żywności powoduje, że nie popełniam błędów w stylu jogurt owocowy light, czy pseudozdrowe płatki fitness. 

Problemem wciąż jest strach przed zbyt dużą ilością kalorii. Zjadam spory kawałek wędzonego łososia, a potem w głowie: "o Jezu! To ma miliard kalorii! Na bank przytyję!" Dalej boję się przekraczać pewnej granicy i mimo wszystko jem poniżej 2 tys. kcal, chociaż według magicznych przeliczników powinnam palić ponad 3 tys. kcal dziennie. Ale spokojnie, staram się jeść jeszcze więcej, żeby rozruszać metabolizm, który po 1,5 roku diety jest trochę wolniejszy. Może też dlatego waga mi stoi? 

(To ja po zjedzeniu tego łososia, jak stwierdziłam: a pieprzyć te kalorie!)

Odchudzanie, zwłaszcza osoby otyłej, jest rzeczą bardzo trudną. Nawet bardziej niż myślałam, a im więcej czytam o odchudzaniu, tym częściej zastanawiam się nad skutecznością diet. Sporo osób pewnie wie, że odsetek otyłych, którzy trwale schudli, jest niewielki. Mi na razie udaje się utrzymać swoją wagę po tym największym schudnięciu sprzed roku. Wiadomo, były skoki - raz w górę, raz w dół, ale najważniejsze - nie przytyłam. Zresztą schudnięcie nawet kilku-kilkunastu kilogramów jest sukcesem i mocno poprawia zdrowie.

Teraz myślę, że dobierając odpowiednie produkty żywnościowe, dzięki którym żyję w harmonii z własnym ciałem i które dostarczają mi wszelkie potrzebne składniki oraz które nie podwyższają za mocno poziomu cukru we krwi, na pewno w końcu schudnę, a jeśli nie - tak czy siak będę cieszyła się dobrym zdrowiem.

To zdjęcie było zrobione w maju. Niewiele się zmieniłam od tego czasu :P

sobota, 23 listopada 2013

Ponarzekam

Tydzień eksperymentu nie przyniósł spodziewanego efektu.

Właściwie to wyszło wszystko na odwrót. Nic nie schudłam, rozchorowałam się i miałam kryzys bezsenności po odczytaniu wiadomości od M. (dziad pytał co u mnie. Co on sobie myśli??)

Już wczoraj źle się czułam. Smarkałam, kichałam, głowa mnie bolała, ale oczywiście mądra dobiłam się godzinnym treningiem cardio. Trening był bardzo efektywny, bo według mojego pulsometru spaliłam 700 kcal. Jak to w ogóle możliwe, że tygodniowo paląc średnio ok. 4 tys. kcal nic nie chudnę?

Potem całą czwartkową bezsenność odespałam z nawiązką, bo wczoraj o godz. 21 stwierdziłam, że utnę sobie szybką drzemkę i pewnie maksymalnie obudzę się o 23. Mhm...obudziłam się o 1 w nocy, szybko umyłam się, przebrałam i tak spałam do 8 ;).

Teraz leżę w łóżku pod kołdrą narzekając na czym świat stoi, że nikt się o mnie nie troszczy, że nawet jak tu umrę to nikt mnie nie znajdzie, ani nawet kot nie pożre, bo nie mam kota. Do tego nie mam nic na obiad.

I kiedy tak pławiłam się w swojej rozpaczy zadzwoniła matka z pytaniem jak się czuję. Jak ona mogła dzwonić, kiedy ja tu cierpię na samotność? ;)

W każdym razie, nie rezygnuję z akcji. Co prawda zamiast optymistycznego myślenia (jak widać - idealnie mi idzie :D) próbuję autosugestii, ale efekty powinny być identyczne. Postanowiłam wykonywać trening autosugestii przez miesiąc. Na razie jak widać - efekty znikome. Ani o M. nie zapomniałam, ani "mojekomórkitłuszczowe" nie zniknęły. Chyba, że wraz z chorobą wyłażą moje negatywne emocje i potem już będzie tylko lepiej ;).

Przeziębienie ma jednak pozytywną stronę. Bez wyrzutów sumienia oglądam kotki w internecie, nadrabiam wszystkie seriale i zanurzam się w rozpaczy, mroku i braku nadziei na lepsze jutro. No znikąd pomocy.



czwartek, 31 października 2013

Nerwy w konserwy i na eksport

Ostatnio sporo czytałam na temat kortyzolu - hormonu stresu. O istnieniu samego hormonu wiedziałam mając 16 lat - wtedy badania wykazały, że mam za wysokie stężenie kortyzolu i poradzono mi: "nie stresuj się tyle".

2 tygodnie później powtórzono badanie, a że był okres wakacji - kortyzol wyszedł mi w normie.

Dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo ma on duże znaczenie w procesie odchudzania. Powoduje zwiększenie stężenia glukozy we krwi, kumuluje tłuszcz, a przy długotrwałym nadmiarze - powoduje m.in. otyłość brzuszną. Jednym słowem - trzeba uważać i nie narażać się na nadmiar stresu - tego fizycznego, jak i psychicznego.

Dziś zresztą byłam u dermatologa, opowiedziałam mu o swojej wysypce na ręce, która wyglądała jak alergiczna, a on na to: to mógł być wynik silnego stresu, jak utrata bliskiej osoby, czy zawód miłosny.

Na to drugie stwierdzenie uśmiechnęłam się pod nosem...wygląda na to, że jestem uczulona na facetów :P

No, ale wracając do tematu ;). Dla organizmu stres to nie tylko strach przed kartkówką, zabiegiem dentystycznym, czy hmm...zawód miłosny. Stresem dla organizmu jest również nadmierny wysiłek fizyczny, czy nieodpowiedni pokarm alergizujący i powodujący stany zapalne.

Nad stresem fizycznym już zaczęłam pracować. Przede wszystkim zapytałam dwóch trenerów, czy ćwiczenia 5x w tygodniu to nie za dużo. Mam pracę siedzącą, często jeżdżę rowerem, a wieczorami morduję się pompkami, przysiadami i innymi wypadami (o tym co i ile ćwiczę znajdziesz tutaj). Oboje stwierdzili, że to nie jest za dużo, a Ł. dodał, że na razie niczego w programie treningowym nie zmieniamy. No więc nie zmieniam :).


Jeśli chodzi o moją dietę...tu wprowadziłam rewolucję. Co prawda wyniki testów alergicznych wykazały, że nie jestem absolutnie na nic uczulona, ale mimo wszystko doszłam do wniosku, że powinnam unikać mleka (laktozy) oraz glutenu (produkty zbożowe). Możliwe zresztą, że mam ukrytą alergię na kazeinę, bo wysypka mi zniknęła po wywaleniu z diety odżywki białkowej z kazeiną. Niestety takie zwykłe testy alergiczne nie zawsze wykazują na co jesteśmy uczuleni. 

Gluten wywaliłam pod wpływem mądrości diety paleo, która wyklucza wszystkie przetworzone rzeczy i takie, które nie jedli nasi przodkowie. W zamian za to spożywamy "prawdziwe" jedzenie: mięso, warzywa, owoce i orzechy oraz tłuszcze. Jeszcze nie zaczęłam diety paleo, bo stwierdziłam, że ważniejsze dla mnie jest schudnięcie. Na tej diecie nie liczy się kalorii, a znając siebie pewnie przesadzałabym w drugą stronę. Poza tym zostawiłam kasze bezglutenowe. 

W odpowiedzi na pytanie: to jaką mam teraz dietę, odpowiadam: eliminacyjna (bezglutenowa i bezmleczna). Znowu zaczęłam eksperymentować w kuchni, robić mleko roślinne, placki z mąki gryczanej i w ogóle dziwne rzeczy. Uwielbiam :).

Nie zawsze jest oczywiście różowo. Wiele (na prawdę wiele!) produktów zawiera mleko i gluten. W razie głodu na mieście nie wiem co mogłabym zjeść. Chyba tylko orzechy. Nie oznacza to jednak, że już nigdy więcej nie zjem niczego z mlekiem i/lub glutenem. Nie dajmy się zwariować, nie mam silnej reakcji alergicznej, więc raz na jakiś czas można sobie odpuścić :).

Nad stresem psychicznym jest mi dużo ciężej zapanować niż nad fizycznym. Do tej pory nie zastanawiałam się nad skutkami zamartwiania się nad wszystkim. Myślałam sobie: krzywdy tym nikomu nie robię, więc mogę płakać w poduszkę. Teraz jednak uważam, że zdrowie jest najważniejsze. No i schudnięcie ;). 

Nie jest łatwo. Zazwyczaj dobrym wskaźnikiem jest mój sen. Wczoraj na przykład dobrze się czułam, nie myślałam za bardzo o M. (taaa, sprawa jest w toku), aż tu wieczorem dopadł mnie smutek. Myślałam, że dobra tam, to chwilowe i poszłam spać. Obudziłam się o 3 nie mogąc zasnąć. 

I jak tu zapanować nad galopującymi myślami? 

poniedziałek, 30 września 2013

Przychodzi baba do lekarza

No tak. Człowiek ćwiczy, stara się, haruje i wyciska siódme poty, a i tak może umrzeć na zawał.

Albo cukrzycę, ewentualnie udar. W każdym razie wzięłam od pani doktor pliczek skierowań i poszłam na różnego rodzaju badania.

Ale od początku. W moim klubie fitness jest waga pokazująca skład ciała. Powiem krótko - spodziewałam się czegoś lepszego po roku ćwiczeń.

Wyszło na to, że mam 41 proc. tkanki tłuszczowej i 55 kg. suchej masy i już miałam opieprzać panią, że jak 55 kg. mięśni, skoro po odliczeniu tłuszczu i wody zostaje 20 proc. czyli wychodzi, że ważę ponad 200 kg, ale okazało się, że w tych 55 kg. mieszczą się kości i coś tam, nie pamiętam :P.

Z tego co tu widać, nie ma siły - nie mogę z taką ilością mięśni ważyć 55 kg., bo przecież tłuszcz też trzeba mieć. No, ale trudno, mogę ważyć i 70 kg. byle wyglądać dobrze ;).

Co jednak najgorsze z tych pomiarów to...wysokie otłuszczenie organów wewnętrznych (8/10, czyli maksymalne zagrożenie zdrowia i życia). Mam otyłość brzuszną (czas spojrzeć prawdzie w oczy...), czyli najbardziej niebezpieczną.

Myślałam, że po ponad roku zdrowego odchudzania będę miała lepsze wyniki, a według tej wagi wyszło, że jestem otyła, słabo nawodniona do tego jedną nogą w grobie. No, ale całe życie byłam grubsza...trzeba trochę cierpliwości żeby uzyskać idealne wyniki. Zwłaszcza, że przecież jeszcze nie schudłam.

Na szczęście waga swoje, a wyniki badań swoje. Zrobiłam sobie badania na tarczycę, morfologię, cholesterol itd. i wszędzie wyszło, że jestem zdrowa :). Ostatnio jak miałam taki przegląd w liceum to miałam problem z cholesterolem, a teraz proszę - idealnie. Ciśnienie też książkowe, więc wbrew sugestii pani w fitnessie - można być otyłym (masakra, dalej jestem OTYŁA) i zdrowym.

Ehh...apropos otyłości. Jesień już w pełni, a mnie znowu dopadła melancholia jak sprzed roku. Chyba musisz przygotować się na kolejne przemyślenia o byciu GRUBYM...

poniedziałek, 8 lipca 2013

Ciam po roku odchudzania

Masakra, nie sądziłam, że faktycznie powstanie taki post, tu na blogu. Podsumowanie całego roku odchudzania jest trudne i być może karkołomne, ale spróbuję.

Po roku czasu schudłam...29,5 kg. Do celu zostało mi jeszcze 31,1 kg. więc "mniejsza połowa" za mną. Zaczynałam od BMI równego 42,98 (otyłość zagrażająca życiu), obecnie mam 32,01 (otyłość zagrażająca zdrowiu).

No to teraz konkrety.


DIETA

Moją pierwszą dietą była Montignaca, jadłam 2 posiłki węglowodanowe i 1 tłuszczowy, czyli była bardzo lekka, bezproblemowa, mogłam nauczyć się jedzenia mało przetworzonych rzeczy. Potem zaczęłam kombinować. I to był chyba błąd.

Patrząc na tabelkę z centymetrami, którą uzupełniam regularnie raz w tygodniu, najwięcej zrzucałam (i wagę i centymetry) do końca zeszłego roku. Czyli przez jakieś pół roku. Potem było coraz ciężej, zaczęłam kombinować z dietą, jadłam więcej białka i tłuszczy, obcinałam do granic możliwości węglowodany i po pół roku takiego jedzenia prawdopodobnie nabawiłam się...alergii pokarmowej. Podejrzewam jajka, ale nie wykluczam nabiału. W każdym razie pod koniec lipca idę do alergologa. Pokazałam wysypkę lekarce i mnie skierowała na badania...

Moje kombinacje wzięły się chyba stąd, że miałam pewne obawy co do słuszności swojej diety, że przecież nie można wiecznie odchudzać się jedząc 2 dania węglowodanowe, bo przecież cukry to zło. Skończyłam na tym, że jadłam ok. 2 jajka dziennie, 100-150 g. sera białego i ok. 1-2 szklanki kefiru/maślanki + mleko do kawy. Do tego oczywiście dużo mięsa/ryb i oleju + orzechów. Źle się na niej czułam, ale myślałam, że tak musi być. Wychodzi na to, że najgorszą rzeczą jest poprawianie dobrego :).

SPORT

Jestem osobą, która generalnie lubi ruch. Może niekoniecznie bieganie, czy skakanie, ale lubię jeździć rowerem i bardzo polubiłam aerobik. Odkąd zapisałam się do fitnessclubu, jestem w tam niemal codziennie. W grudniu zaczynałam od 3x w tygodniu, teraz chodzę 5x i tak chyba na razie zostanie.

Niestety, ze względu na wyprowadzkę, musiałam się z niego wypisać i będę chodzić tylko do końca sierpnia. Potem zamierzam albo ćwiczyć w domu (tylko nie wiem jak z samodyscypliną...), albo zapiszę się gdzieś bliżej siebie.

Ćwiczenia bardzo poprawiają mi humor. Kondycje mam dużo lepszą, cały czas też pisałam o zmianach w wyglądzie. Nieźle sobie wymodelowałam sylwetkę, która pewnie dużo lepiej by wyglądała gdyby nie tłuszcz ;). W każdym razie, dzięki ćwiczeniom mam sprężystą skórę i coraz bardziej widoczne mięśnie.

Zresztą, chyba uzależniłam się od ruchu, ale trochę boję się, że w domu to jednak nie będzie to samo i to, co sobie wypracowałam przez ponad pół roku, zaraz mi zniknie.

INNE

Oprócz diety i sportu zajęłam się innymi rzeczami. Przede wszystkim - lepiej się ubieram. Wydałam już na ciuchy masę pieniędzy, trochę z potrzeby (musiałam wiele rzeczy wywalić, bo wyglądałam w nich jak w worku po ziemniakach :D), trochę ze względu na zwykłą chęć podobania się. Poza tym cały czas zapuszczam włosy i w piątek mój fryzjer zachwycił się, że mam wyraźnie dłuższe i super lśniące włosy dzięki keratynowemu prostowaniu.

Oprócz tego smaruję się różnymi kremami, oliwkami, robię peelingi kawowe, nakładam maseczki i wszystko to co kobiety lubią robić w czasie spa-day ;)

Największą jednak zmianą była laserowa korekcja wzroku, dzięki czemu raz na zawsze pozbyłam się okularów. Po ostatniej wizycie okulista był zachwycony wynikami, a ja przedwcześnie martwiłam się słabszym lewym okiem, które po prostu dłużej do siebie dochodzi.

ZMIANY W PSYCHICE

One również powoli zaczynają pojawiać się. Oczywiście czuję się bardziej pewna siebie i nie chodzę ze spuszczoną głową. Nie odczuwam jednak spektakularnych zmian. Dalej mam problemy z jedzeniem, zajadam emocje i dobrze mi idzie dieta tylko wtedy jak mam uporządkowane i w miarę spokojne życie. Przeprowadzka mocno zaburzyła mój wewnętrzny świat i wprowadziła lekki zamęt, ale już wychodzę na prostą :).

WNIOSKI

Będąc przez rok na diecie wiele się nauczyłam. Przede wszystkim zdrowego odżywiania i treningu. A im bardziej się w to zagłębiam tym mizerniejsze były efekty. Wpadki niestety zdarzały się i dalej będą się zdarzać.

Ludzie z mojego otoczenia obojętnie patrzą na pudełka z "dziwnym" jedzeniem, nie obrażają się, gdy po raz milionowy odmawiam słodyczy, a nawet czasem czuję się jakby mnie traktowali jak z żelaza i bezpardonowo zajadają się pysznościami przy mnie. Czuję przez to pewną presję, ale to chyba dobrze.

Poza tym ten blog i rok na diecie wiele mnie nauczyły o sobie. Dzięki lekturze bloga mogłam zobaczyć, że jestem typem marudy i malkontenta ;) (taki żarcik).

Ten rok oceniam na 4-, bo ostatnie miesiące, mimo zwiększenia rygoru, były słabsze pod względem wyników na wadze i diety, ale bardzo mocne jeśli chodzi o trening.

Plany na przyszłość napiszę w kolejnym poście :).

sobota, 13 kwietnia 2013

2 tygodnie bez ćwiczeń

Wystarczy dwutygodniowy urlop od ćwiczeń aby czuć się "sklapciałym". Matko! Jak ja się wynudziłam!

Musiałam cały czas nie przesadzać z czytaniem książek i siedzeniem przed komputerem, a pogoda nie zawsze sprzyjała spacerom. Za to posprzątałam pokój, zrobiłam porządki w szafach i nad wyraz udzielałam się towarzysko.

Dwutygodniowy maraton na szczęście dobiega końca. Postanowiłam do niedzieli odpocząć od ćwiczeń i wysilania wzroku, a od poniedziałku...już jestem zapisana na super wytrzymałe aeroby :D

Niby dwa tygodnie to nic, ale czuję jakby mój organizm cieszył się z tego, że może bezpardonowo obtłuszczać się i tracić mięśnie. Teoretycznie to za krótko żeby stracić kondycję, ale mam wrażenie, że wszystko obróciło się przeciw mnie.


Po pierwsze. Znowu zaczęło mi "chrupać" w kręgosłupie. Ci co cierpią na tę dolegliwość wiedzą o co chodzi - zwiastun zwyrodnienia. Kiedy regularnie ćwiczyłam nic mi nie zgrzytało i chrupało, a teraz powoli znowu zaczęło.

Po drugie, więcej i dłużej spałam, nawet po 10 h. w weekend, ale ostatnio cierpię na bezsenność, więc ten problem chyba jest rozwiązany.

Po trzecie, dalej nie zrzuciłam nadwyżki poświątecznej. Został mi 1 kg. i żeby nie tracić dobrego humoru co rano, ważę się raz w tygodniu. Co ciekawe, trochę mi centymetrów zeszło z uda i łydki.

Poza tym staram się pocieszać za dużym wiosennym płaszczem. Niestety nadchodzące wydatki nie pozwolą mi na zakup nowego - w czwartek idę do fryzjera na keratynowe prostowanie włosów. W tym miesiącu też zamierzam iść do ortopedy.

Z natury jestem z tych niecierpliwych i chciałabym już widzieć w lustrze laskę, ale jakby nie było - wszystko idzie zgodnie z planem. Cel "chuda dziwka"* jest cały czas realizowany.


Co do nowej diety, w tym tygodniu wyszło 50/50, bo nie byłam przygotowana psychicznie na taką ilość białka, ale właśnie kupuję odżywkę białkową, poza tym zaraz idę na zakupy po sery białe, tuńczyki itp. Dalej czuję się niepewnie zwiększając rygor, ale ufam, że wystarczy znowu zacząć chodzić na fitness by wróciła motywacja.

* chuda dziwka - przepraszam za wulgaryzm, ale to określenie wymyśliłyśmy z E. z pracy określając tak wszystkie zgrabne i ładne dziewczyny z długimi włosami. Oczywiście obie postanowiłyśmy tak w przyszłości wyglądać i same stać się obiektem zazdrości ;).

wtorek, 2 kwietnia 2013

Operacja udała się. Pacjent przeżył

Dzisiaj na szybko napiszę podsumowanie, bo muszę jeszcze oszczędzać oczy.

Mimo, że niemal 2 tygodnie trzymałam dietę z węglami o bardzo niskim IG to nie było oszałamiających rezultatów. W marcu schudłam dokładnie 2,1 kg. (które zresztą po świętach nadrobiłam). 

Centymetry za to spadły tu i ówdzie. Szyja o 0,5 cm., ramię o 1 cm., biust o 3 cm. (spada coraz szybciej!), talia, brzuch, uda i łydki po 1 cm.

W święta oczywiście zupełnie sobie odpuściłam dietę, co widać po dzisiejszym oszałamiającym skoku wagi, ale mam nadzieję, że wrócę do dawnej za tydzień.

Poza tym...w czwartek spełniłam jedno ze swoich większych marzeń :). Sam zabieg nie bolał, tylko potem, przez trzy dni z przerwami, leżałam z narzutą na oczach, wycierałam lecące ciurkiem łzy i starałam się zasnąć.

Dziś już nic mnie nie boli, ale nie widzę jeszcze dobrze (właściwie to widzę podwójnie). Lekarz mówi, że tak ma być, bo goi mi się nabłonek...

sobota, 9 marca 2013

Po laserowaniu

Wczoraj miałam laserowanie siatkówki. Nie powiem żeby było przyjemnie...

Była ze mną K., która pocieszała mnie i mój żołądek (nie wiem dlaczego, ale jak ktoś majstruje mi przy oku to żołądek wywraca mi się na drugą stronę ;)) mówiąc, że...realizuję swoje jedno z największych marzeń!

To prawda. Okularów chciałam pozbyć się już w wieku ok. 17 lat, kiedy dowiedziałam się, że nie będę czekała rok, tylko cztery lata, bo ktoś mi powiedział, że najlepiej to zrobić mając 21 lat. Potem okazało się, że najbezpieczniej jest operować mając 26 lat. I proszę. Ponad 3 miesiące po urodzinach robię korekcję wzroku :).



Sam zabieg jednak będę miała - tak jak chciałam - tuż przed świętami. Laserowanie to był tylko wstęp i - jak wcześniej pisałam - zabezpieczenie siatkówki przed odklejeniem.

No, ale zostawmy ten medyczny temat. Dziś poszłam do sklepu, w którym kiedyś pracowałam, i jedna babeczka z którą wówczas dobrze mi się pracowało, powiedziała że jestem śliczna jak marzenie. Ah, kobiety to potrafią komplementować ;).

Z przyzwyczajenia już chciałam zaprzeczać czy skromnie coś rzucić w stylu: no coś ty! Dalej jestem gruba, brzydka itd., ale ostatecznie uśmiechnęłam się i podziękowałam.

Swoją drogą dużo kobiet zauważa, że schudłam, albo że wypiękniałam. W środę nawet A. (babka z marketingu naszej firmy) stwierdziła, że twarz mi zeszczuplała i widać, że ramiona mam jakieś inne. Chyba dostrzegła nawet zarys mięśni.


Sama widzę, że robię się coraz smuklejsza, tylko brzuch cały czas mam wystający, ale on chyba maleje w tempie piersi i dlatego nie zauważam różnicy. Za to waga...pół kilo tygodniowo. Niby nie jest źle, ale liczyłam na lepsze efekty. Nie mogę doczekać się, kiedy będę świętować schudnięcie 30 kg, a do tego brakuje jeszcze 3,5 kg...

sobota, 2 marca 2013

2013 rokiem zdrowia!

Byłam dziś na badaniach i lekarz stwierdził, że mam jakieś zwyrodnienia na siatkówce i muszę mieć dodatkowy zabieg chroniący ją przed rozwarstwieniem. Koszt? Bagatela 660 zł...

Za to moje oczy nadają się do laserowej korekcji, którą będę miała 28 marca! Laserowanie siatkówki będę miała w przyszły czwartek.

Po pierwszym szoku jaki przeżyłam, kiedy lekarz stwierdził, że muszę uważać na siebie, bo wystarczy silniejszy wstrząs i może siatkówka rozwarstwić się, stwierdziłam, że to cud, że nic mi się nie stało na fitnessie, ani latem w trakcie jazdy rowerem.

Z wrażenia zapomniałam zapytać o to czy mogę ćwiczyć po zabiegu, chociaż okulista pytał mnie czy coś ćwiczę. Jeśli nie będę mogła, to czeka mnie leżenie na tyłku przez jakieś...2 miesiące ;(.

Oczywiście dodatkowy, nietani zabieg, trochę mnie zmartwił pod względem finansowym i zaczęłam zastanawiać się czy starczy mi do ostatniego. Z tego powodu odpada mój wyjazd do Łodzi, zakup torebki, portfela, kolczyków i miliona innych rzeczy, które będę musiała odłożyć na przyszły miesiąc, który również nie zapowiada się luźny finansowo, bo planuję zrobić sobie keratynowe prostowanie włosów.


Poza tym od jakiegoś czasu martwi mnie brzydka, wystająca żyła na lewym udzie, która - jak przeczytałam w internecie - może być początkiem żylaka. To oznacza kolejne koszty. Nie mówiąc już o planowanej wizycie u ortopedy, żeby wyprostować stopy i zbadać kręgosłup.

Wygląda na to, że rok ten będzie ciężki finansowo, za to bardzo prozdrowotny.

Szkoda tylko, że ciągle coś nowego wychodzi...czuję, jakbym się sypała ;).

wtorek, 5 lutego 2013

Jestem tak podekscytowana, że nie zasnę!!

Musiałam Ci o tym powiedzieć! Kupiłam laserową korekcję wzroku!

Jutro zapisuję się na wstępne badanie, które mam nadzieję przejść pomyślnie. Jeśli wszystko się uda...za jakiś czas będę mogła raz na zawsze pożegnać się z okularami! Jestem niepomiernie szczęśliwa!



Poza tym dziś byłam u bratfiterki i kupiłam odpowiedni stanik, który zapinam na ostatnie zapięcie, więc - o ile same piersi dużo mi nie zlecą - będzie mi służył przez jakiś czas.

Zresztą okazało się, że noszę rozmiar miseczki DD, co mnie nieco zbiło z pantałyku ;). Do tej pory myślałam, że mam raptem C, a tu proszę...

Dziś w ogóle doszłam do wniosku, że cała moja dieta, przemiana wewnętrzna jak i zewnętrzna została na początku lipca zaprogramowana. Moje ciało dąży do realizacji planu: schudnąć i wyglądać pięknie. Skóra sama z siebie oczyszcza się i jest gładka, waga nie rusza z kopyta w górę, nawet po 2 tygodniach objadania się, a mi samej nie chce się rzucać diety nawet po wpadkach, po których zazwyczaj ciężko mi było podnieść się.

Po już miesiącu chodzenia na fitness stałam się dużo bardziej sprawna i hmm...elastyczna. Teraz to z podziwem oglądam swoje mięśnie. Na prawdę czuję, że jestem skazana na sukces!

niedziela, 2 grudnia 2012

Ciam po pięciu miesiącach odchudzania

No nie ma czym się chwalić. Waga się zatrzymała i żadne ćwiczenia nie były w stanie jej ruszyć...

No ale schudłam 2,5 kg., co jak na niemal całomiesięczne zatrzymanie spadku wagi jest dobrym wynikiem, ale niewystarczającym. Ok, ale najpierw podsumowanie.

Po pięciu miesiącach schudłam 19,8 kg. (ach te 200 g...). W listopadzie schudłam 0,7 proc. tłuszczu i o 0,2 proc. przybyły mięśnie (co jak na kilka dni ćwiczeń jest chyba dobrym wynikiem ;) ), w ramionach mam mniej o 3 cm (-17 cm. od początku diety), - 2 cm. z talii (-22 cm. od początku), - 2 cm. z uda (- 16 cm.), - 4 cm. z łydki (! - to ten stepper, -7 cm. od początku). Reszta bez większych zmian.



Nie jestem zachwycona, ale wczoraj kiedy ważyłam się, po raz pierwszy zobaczyłam 95 (z groszami ;)) na liczniku i...jeszcze niecałe 2 kg., a będę startować z wagi licealnej (co prawda największej jaką wówczas miałam, ale zawsze). Chciałabym ważyć 94 kg. w styczniu, ale wiem, że święta i urodziny mogą mi pokrzyżować plany. Postaram się schudnąć jak najwięcej, a z jakiej bym wagi nie ruszała 1 stycznia to nie ma aż takiego znaczenia.

Mam też nowe postanowienie. Niezwiązane zupełnie z dietą, za to ze zdrowiem i ładnym wyglądem. Chcę skorygować swoje nieuleczone w dzieciństwie płaskostopie, które niszczy wszystkie moje buty. Wiem, że radą na to mogą być specjalne wkładki, ale najlepiej pójść do ortopedy. Może też kręgosłup przydałoby się zbadać? W każdym razie, podczas chudnięcia stopniowo będę korygować różne rzeczy, w tym wzrok (chcę sobie zrobić laserowo), wybielanie zębów i włosy (żeby były piękne, grube i długie). Nie wiem czy zdążę w rok (bo tyle gdzieś mi się zostało diety), ale warto już teraz zacząć dbać o siebie. Przyjmuję, że czas diety to czas poprawy swojego wyglądu w sposób totalny.


To też nieco łączy się z tym, że teraz nie wyglądam zbyt wyjściowo i np. do wczoraj miałam odrosty (przyjaciółka mnie zmusiła do zafarbowania, bo nie mogła na mnie patrzeć). No, ale teraz chcę się skupić na ćwiczeniach (w końcu zapisuję się do fitnessclubu!) i tej korekcji postawy. Można powiedzieć, że jestem w fazie rozwoju ;).

Poza tym chciałam pocieszyć siebie i innych, którzy zmagają się z tym samym problemem co ja. Zahamowanie chudnięcia jest rzeczą zupełnie normalną i każdy musi przez to przejść. I to nie raz (jeśli ma więcej niż 5 kg. do zrzucenia). Ten okres jest bardzo trudny, bo człowiek odmawia sobie jedzenia, a efektów nie ma, ale trzeba koniecznie to wytrzymać, bo wówczas organizm przyzwyczaja się do nowej wagi i jest to równie ważne jak samo chudnięcie.

Ja ten okres wytrwałam z kilku powodów. Wszyscy zaczęli zauważać, że schudłam i za każdym razem jak mnie widzą, wyglądam szczuplej. Poza tym zatrzymanie wagi przechodziłam już nieraz i wiem, że jest to rzecz nieunikniona, po której waga spada jak gdyby nic. Aha i teraz siedzę w dżinsach, które ostatnio miałam na sobie jakieś 3 lata temu :).

Poza tym waga powoli rusza w dół, więc...wracam na tor.

niedziela, 14 października 2012

Czy aby na pewno stres jest dobry przy diecie?

Przez ostatnich kilka tygodni stresu i pracy mam aż nadto. Niewyspanie, głód i brak czasu na myślenie o bzdurach...czy to dobrze?

Jakiś czas temu pisałam o miłych, romantycznych snach. Niedawno znowu miałam jeden. Ponownie obudziłam się z lekkim uśmiechem na ustach i ekscytacją, że może jednak jest ktoś, kto kiedyś...a potem rzuciłam się w wir pracy. 

Jeżeli ktoś zastanawia się co zrobić, żeby nie rozwalać sobie dnia bezsensownym bujaniem w obłokach, to jest na to jedna rada - pracoholizm. Wieczorem dopiero sobie przypomniałam o swoim śnie, ale jak to z naszymi marzeniami sennymi bywa - już nie do końca pamiętałam co w nim (i kto!) było. 

Uwielbiam swoją pracę. Niemal każdy jej aspekt mnie pociąga i ekscytuje, nawet te czynności, które nie są związane z moim hobby. Szefostwo niestety pogroziło zamknięciem naszego działu i wywaleniem nas z pracy. To wbrew pozorom obniżyło moją motywację, ale teraz chyba jest dobrze. Zresztą wizja bezrobocia prześladuję mnie od początku tego roku, więc powinnam się przyzwyczaić.

W niektórych magazynach piszą, że stres jest wykluczony podczas diety, bo wiadomo - my grubasy stres zajadamy. Ja zajadam "po-stres", czyli jem podczas chwili wytchnienia i traktuję to, jako rekompensatę wcześniejszego, strasznego okresu. Teraz mi się odmieniło i w trakcie burzowych tygodni miałam jedną chwilę trwającą ułamek sekundy, podczas której myślałam - nie wytrzymam tego, muszę zjeść coś słodkiego. 

Na szczęście nic się nie stało. Napiłam się coca-coli light (substytut słodyczy...), przemyślałam swoje plany na przyszłość i stwierdziłam, że w sumie jak stracę pracę to zawsze znajdzie się jakaś alternatywa. Niekoniecznie jednak w zawodzie. Jedzenie mi w tym niestety nie pomoże, więc lepiej chudnąć i dalej realizować swoje cele. 

Sama jesień też nie pomaga. Ostatnio coraz częściej myślę (przed snem) o tym, jak dobrze byłoby mieć kogoś i że tracę najlepsze lata swojego życia na jakąś bezsensowną bieganinę, zamiast romanse i radosne uczucia zakochania. Na szczęście jestem cały czas na drodze do upragnionego celu. Niecałe pół kilo brakuje do dwucyfrowej wagi :).

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Na wakacje też można mieć dietę

Wakacje to nie powód by przerwać dietę. Trudno jednak ją utrzymać...

Pojechałam do Berlina na Noc Muzeów. Z racji tego, że przewidywałam sporo chodzenia po muzeach, postanowiłam zaopatrzyć się w lekkie przekąski. Kupiłam orzechy (chociaż generalnie w tej fazie diety nie powinnam), ser camembert, czekoladę gorzką (w tej diecie mogę jeść), nektarynki, kefir i wodę. Nie byłam w ogóle głodna i zauważyłam, że jako jedyna jadłam co kilka godzin, a nie co chwilę!

Jadąc busem widziałam jak ludzie non stop coś jedli. Bułki słodkie, słodycze, ciastka, kanapki...wszystko co niezdrowe. Ja jadłam tylko wtedy jak byłam na prawdę głodna. Nawet czekoladą nie delektowałam się, tylko szybko zjadłam w biegu, żeby dostarczyć odpowiednią ilość energii. Ostatecznie to ja nie miałam problemu z głodem i siłą, chociaż jakby nie patrzeć - zjadłam dużo mniej od innych.

Z drugiej strony chodząc po centrum miasta widziałam tanie kebaby i inne hot-dogi, które fajnie się kupuje i je podczas wyjazdu, bo kuszą swoim banalnym, ale za to jakże kuszącym smakiem, do tego są tanie. To, że są one niezdrowe każdy wie, ale do tego są bardzo kiepskim wyborem przed wysiłkiem fizycznym (czyli zwiedzaniem), bo mocno podnoszą cukier we krwi, który potem gwałtownie spada i człowiek robi się senny.

Wydaje mi się, że wyjazdy to szczególny okres w naszej diecie. Popuszczamy pas i zazwyczaj pozwalamy sobie na więcej, w końcu to wakacje, trzeba się odprężyć, lub zaoszczędzić na obiedzie w restauracji.

Ja dotąd jak gdzieś wyjeżdżałam to miałam w planach jedzenie bułki z parówką, pączków, lub tego przysłowiowego kebaba kupionego w wolno stojącej budce. Przyznam, uwielbiałam to. Oprócz podziwiania widoków, robienia zdjęć, oglądania zabytków, mogłam bez wyrzutów sumienia kupić coś słodkiego i zjeść naprędce, bo i tak bym to spaliła.

Tym razem potwierdziło się, że moja dieta to był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że nie byłam głodna, to jeszcze miałam sporo energii do końca Nocy (czyli 2 nad ranem), tylko nogi bolały. Problemem jest na pewno utrzymanie diety i silna wola, żeby jednak nie poddać się i skupić tylko na zwiedzaniu. Na pewno warto.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Rozwalam się...

Powoli wychodzę z choroby. Nagle dostałam zapalenia wszystkiego co się da (ucha, oka i gardła), więc siedzę w domu, łykam antybiotyki i...czuję, że rozchodzę się na boki.

Euforia jedzenia zdrowych rzeczy minęła. Nie chce mi się gotować, na obiad robię byle co, byle szybciej, kolacja to zazwyczaj owoce + kefir (dodałabym płatki owsiane, ale się skończyły...) Do tego dostałam okres i spuchłam.

Znam siebie i wiem, że kiedy już tak nie skupiam się na diecie, to jest to prosta droga ku zgubie i zjedzenia czegoś niedozwolonego. Kiedy otwieram lodówkę, to bezwiednie rozglądam się na boki, patrze co tam ciekawego rodzice mają na półkach, zaglądam do ich garnków myśląc, przecież łyżka na próbę z nikogo nie zrobi grubasa. A właśnie nie! Jedna łyżka, potem druga...trzecia...i lawina pójdzie!

Najgorsza jest u mnie rutyna. Ostatnio z lenistwa zrobiłam więcej piersi z kurczaka i jadłam ją przez 3 dni. A uwierz, jedna potrawa przez 3 dni to u mnie masakra i ja muszę zjeść natychmiast coś innego! Wiem, że nie jest to najzdrowsze, że ponoć żołądek lepiej sobie radzi z jedzeniem, kiedy wie co zaraz dostanie, ale kiedy czuję rutynę w diecie to zaraz mija mi ochota na zdrowe odżywianie.

Czujność! Przede wszystkim czujność mnie uratuje! Zastanawiam się nad zwiększeniem sobie reżimu. Na razie bezwstydnie jem ser żółty (a ostatnio coraz więcej, bo nie chce mi się robić zmyślnych potraw), śmietanę i kiełbasy. Z drugiej strony niby nic się złego nie dzieje, dalej jem bez wpadek, chudnę (na szczęście waga dużo nie podskoczyła podczas okresu, tylko 200g., co jest wyczynem, bo zazwyczaj "tyłam 1-2 kg.)

No nie wiem...na pewno dobrze mi zrobi sport, ale wolę zjeść do końca antybiotyki i wtedy jeździć na rowerze i może coś nowego wymyśle...