Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia o byciu grubym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia o byciu grubym. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Uważność

Na pewno znasz to. Stoisz nad ziemniakami i obierając je rozważasz ważkie doczesne sprawy. Zmywając gary wymyślasz historie, które na 99 proc. nigdy nie zdarzą się. 

Myjąc podłogi fantazjujesz o rozmowach z ważnymi dla Ciebie osobami, wygrywasz kłótnie, wyznajesz co chcesz wyznać (albo nie wyznajesz co już niestety wyznałaś), rzucasz gromami, z twarzą wychodzisz z potyczek, wymyślasz różne warianty wydarzeń i odpowiedzi na różne pytania, które na 99 proc. nigdy nie zostaną zadane. 


Wczoraj pracowałam przy zmywaku z Chio. Ja obierałam ziemniaki, ona kroiła paprykę. Stałyśmy i milczałyśmy, obie zatopione w swych myślach. Ja zastanawiałam się czy James (ten i ten sam tu) odpisze mi na sms i co ja mu na niego odpiszę (albo co mu nie odpiszę, hah) oraz jak będzie wyglądało nasze kolejne niecenzuralne spotkanie. Chio myśli nie przytoczę, rozmyślała po japońsku ;).

Nagle między nami pojawił się szef, który krzyknął rozbawiony, że u nas przy zmywaku jest milczący kącik. Bum. Powrót do rzeczywistości. Zaczęły dochodzić głosy, gwar, rozmowy, huk talerzy i garów. Wyrwana z lerargu wróciłam do żywych. Wróciła też uważność - obserwowanie rzeczywistości takiej jakiej jest. Chio też ocknęła się i obie wyrwane ze śpiączki zaczęłyśmy rozmawiać.


Odczuwam radość kiedy jestem uważna. Doceniam to co mam, jestem aktywna i wesoła. Rozmawiam z ludźmi, cieszę się otoczeniem, śmieję ze swoich gaf, żyję. Kiedy jednak jest trudno, stresująco, przygnębiająco, albo po prostu nudno - uciekam do świata fantazji, jak zresztą większość z nas. 

Nasz wewnętrzny świat jest wielowymiarowy, w nim każda sytuacja ma nieskończoną ilość wariantów i każdą można omówić, poobserwować, ocenić, a nawet emocjonalnie przeżyć. Tak, nieraz płakałam nad swoimi wymyślonymi historiami, nie, nie mam schizofrenii :p


Utrzymanie uwagi w pracy jest dla mnie bardzo trudne. Przytłacza mnie hałas, wszędzie biegający ludzie i co chwila nowe zadania do wykonania już teraz natychmiast. Dlatego uciekam do swojego wewnętrznego świata żeby jakoś wytrzymać ten gwałt na moje uszy i oczy. Bezmyślnie też podjadam, dupa rośnie, nieszczęście tuż za rogiem. 

Stresuję się tym, że przytyję, stres zajadam, a jeśli nie zajadam to uciekam w stronę transu, czyli nie zwracania uwagi na otaczającą rzeczywistość, ani nawet swojego bólu i w efekcie nieczucia.


Gdzieś przeczytałam, że jeśli masz problem z wyrwaniem się z myślowego letargu zacznij w swoim otoczeniu szukać wszystkiego co ma kolor niebieski (albo jakikolwiek inny). Zaczniesz przyglądać się ludziom, otaczającym przedmiotom, dostrzeżesz coś na co do tej pory nie zwracałaś uwagi i przestaniesz marnować czas na jałowe dyskusje ze sobą. 

To zabawne, że z jednej strony nakręcają, wręcz podniecają mnie nowe emocje i przeżycia, a z drugiej moja podświadomość nie chce niczego czuć, bo zbyt gwałtowne uczucia są trudne do zniesienia i czuję przymus zagłuszenia ich jedzeniem. Kiedy o tym myślę, płakać mi się chce z bezsilności. 

Co w moim pokoju ma kolor niebieski?

Oh cudowne są te chwile kiedy wyrywasz się z coraz mocniej zaciskających się kleszczy własnych myśli i po prostu śpiewasz!

Ps. Zanim James napisał to ja spaliłam kontakt i uciekłam w popłochu przed zbyt dużymi emocjami.

czwartek, 30 października 2014

Eureka, którą wykrzyczałam kilka tygodni temu

Napisałam ten post w połowie września. Nadszedł czas aby go opublikować. A oto i jego treść:

---

Pisałam kiedyś, że nie wiem dlaczego raz dieta mi idzie bez problemu, a innym razem to męczarnia. Teraz miewam z tym trudności, więc szukam przyczyny i co jakiś czas zawieszam się nad tym. Na szczęście nie są to całkowicie bezproduktywne (chyba) godziny.


Wygląda na to, że żeby dieta szła pomyślnie, najpierw muszę zadbać o dobre samopoczucie, a żeby nie myśleć obsesyjnie o diecie i jedzeniu trzeba się czymś zająć. Dokładnie zająć czymś myśli. Dlaczego to takie ważne, a jednocześnie odciągające od dotarcia do sedna problemu? Bo otyłość (i cała jej otoczka) to nie problem sam w sobie, a jedynie jego objaw.

Jakiś czas temu oglądałam i czytałam różne artykuły dotyczące samotności, lęków i innych problemów egzystencjalnych. Najbardziej zapadły mi w pamięci teksty dotyczące nudy (o swojej pisałam tutaj) i wykład o samotności wygłoszony przez ks. Szustaka.


W skrócie (dla tych, którym nie chce się słuchać, chociaż odradzam pójście na skróty ;)): ksiądz uważa, że bycie singlem to błogosławieństwo, bo masz czas na znalezienie swojej duszy. Zawsze mnie to dziwiło, bo w czym partner przeszkadza? Na myślenie przecież zawsze mam czas. Zawiesić się można nawet nad herbatą, więc w czym problem? Ano w tym, że rzeczywiście facet odsuwa Twoje myśli (też te negatywne), dlatego tak chętnie wchodzimy w związki, albo zakochujemy się, choćby i bez wzajemności.

Namiastka związku z A. (o nim więcej tutaj) miała jednak znaczenie dla mojego samopoczucia. Przypomniałam sobie jak kiedyś koleżanka stwierdziła, że faktycznie z A. jestem bardziej zrównoważona, spokojna i zrelaksowana. Potem zaczął mnie irytować, ale dalej nie miałam ze sobą większych problemów.


Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że pozytywnie angażujące czynności i ludzie powodują, że lepiej mi się po prostu żyje. Bez tego popadam w smutek i apatię, która teraz zdecydowanie mi przeszkadza. Nie chcę wylatywać do Kanady z depresją. Sama sobie z nią nie poradzę.

Żeby nie myśleć za dużo, szukam sobie zajęcia, a tu fitness, a tu jazda rowerem, już nawet wpadłam na pomysł żeby chodzić do każdego banku i pytać o oferty kart kredytowych (bo potrzebuję przed wyjazdem), albo żeby przychodzić do pracy później i w efekcie później wychodzić. Cokolwiek byle nie myśleć. Ze znajomymi nie spotykam się, bo...nie wiem. Po prostu nie. Na myślenie i ostateczne rozprawienie się z problemem, którego skutkiem ubocznym jest m.in. otyłość, obsesje itd. przyjdzie jeszcze pora. Chyba.



---

Pora nadeszła szybciej niż myślałam. Wczoraj poszłam do trzeciej w mojej karierze psycholki. Zdecydowałam się na to, ponieważ po pierwsze mam czas i pieniądze (ok, może nie przesadzajmy, ale jednak jakieś są :P), a po drugie chcę zrozumieć dlaczego nie chcę siebie szczęśliwej. Wiem co sprawia mi przyjemność, wiem jak siebie zadowolić (jakkolwiek to nie brzmi...), a czasem czuję upór. Teraz trochę mniejszy i wystarczy mi motywacja typu "wyjście na fitness Cię uszczęśliwi", ale mimo wszystko dalej nie jestem tak zadowolona jak byłam jeszcze ponad rok temu. 

Poszłam więc do psycholki i powiedziałam o swoich wygórowanych oczekiwaniach, a potem wyszłam przygnębiona, że czarów nie będzie, a ona mnie nie zmieni w człowieka szczęśliwego. Zadała mi jednak ważne pytanie: skoro dwa razy rozczarowały Cię psychoterapie, to dlaczego poszłaś na kolejną? Odpowiedziałam: Bo kto jak nie psycholog mi pomoże? 

No kto?

piątek, 30 maja 2014

Bo grubasom to się tylko dokucza

Niedawno zadzwoniła do mnie dziennikarka żeby przeprowadzić ze mną wywiad na temat otyłości (tak, tak, Ciam robi się sławna :P). Miałam wrażenie, że jej chodzi o jedno - by udowodnić (!), że grubasom jest ciężko w życiu.

Pomijam już fakt, że nie ma czego udowadniać, bo to jest taka oczywistość jak to, że ładni szybciej dostają prace. Ale czy na pewno? 


Skupmy się na dzieciństwie, w końcu to czas kiedy wszystkie grubasy przeżyły jakąś traumę. Drążenie tematu mojego dzieciństwa dawno przestało mnie bawić, ale żeby udowodnić, że osoby otyłe są dyskryminowane, musiałabym tylko opowiadać o czasach gimnazjalnych, kiedy rzeczywiście - mówiąc kolokwialnie - łatwo nie było.

Wiem dlaczego gimnazjum było dla mnie trudne. Dzieciaki w tym wieku często są okrutne i nie są świadome konsekwencji swoich słów/czynów. Myślę, że gdybym dziś spotkała swojego "oprawcę" i powiedziała jak wielką wyrządził mi krzywdę, na pewno by się zdziwił i zapytał dlaczego go nie powstrzymałam. Proste, prawda? Niestety, w mojej naturze, czy też z powodu wychowania, leży wrażliwość i brak umiejętności samoobrony. Sama przyznaj, że pyskatej dziewczynie, choćby nie wiem jak wyglądała, nikt nie podskakuje :). Inna sprawa, że dorośli - rodzice, wychowawca, pedagog - powinni coś z tym zrobić, ale wiadomo - gimnazjum rządzi się swoimi pierwotnymi prawami natury. 


Od liceum rzadkością były chwile kiedy ktoś starał mi się udowodnić, że jestem gorsza. To ja sama o sobie tak myślałam i szukałam potwierdzenia u innych. To jest oczywiście mechanizm obronny, który dawno już nie był potrzebny - zanim ty o mnie powiesz coś złego, ja zrobię to wcześniej. Jak się okazuje, z dużo większym okrucieństwem.

Grubasy narzekają i płaczą, że świat jest niesprawiedliwy, ale w rzeczywistości nie chcą wziąć sprawy w swoje ręce i przyznać, że są dyskryminowani na tyle, na ile sami na to pozwolą. Do porzygu powtarza się, że lekarze się naśmiewają zamiast pomóc, sprzedawczynie w sklepach z ciuchami patrzą z pogardą, dzieciaki wytykają palcami, a wszyscy patrzą z obrzydzeniem i rzucają pod nosem epitety w stylu: "ale tłuścioch", "grube babsko", "byś schudła wieprzu" itp. 

Nie mówię, że mnie to nigdy spotykało, a i pewnie nie raz jeszcze spotka. Ode mnie jednak zależy czy wezmę te epitety do siebie i jak zareaguję na te pożal się Boże odzywki. Czy nie łatwiej jest pomyśleć, że wszyscy ci ludzie podnoszą sobie swoją niską samoocenę? Czy nie lepiej jest ich wyśmiać w duchu i powiedzieć sobie, że te epitety i i naburmuszone miny pokazują ich zerową kulturę osobistą i zaściankowość? Nade wszystko jednak słabość, bo tylko człowiek, który czuję się z jakiegoś powodu zagrożony, słaby i niepewny siebie jest agresywny. 


Oczywiście - jak niemal wszystko w życiu - proste to to nie jest. To, dlaczego lubimy sobie utrudniać życie, wolimy samobiczowanie i umartwianie od spokoju ducha, jest już sprawą indywidualną, ale każdy (powtarzam: KAŻDY!) musi sobie uświadomić, że poczucie bycia gorszym to tylko i wyłącznie jego wybór. Weź odpowiedzialność za swoje samopoczucie i nie zrzucaj winy na innych. Jesteś na tyle dyskryminowana, samotna i nieszczęśliwa, na ile sama sobie taki los zgotujesz. Amen.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Znaczenie samooceny w otyłości

Ostatnio czytam sporo artykułów z zakresu psychologii, duchowości i innych spraw związanych z naszą psychiką.

Mocno dał mi do myślenia artykuł odnośnie otyłości. Podstawowym pytaniem każdego grubasa powinno być: co mi daje otyłość. To, że ją utrzymujesz oznacza, że jest dla Ciebie ważna i spełnia jakiś cel (np. wyniesione z dzieciństwa poczucie bezwartościowości). 


Po uświadomieniu sobie celu należy ułożyć sobie program na podniesienie samooceny, a na koniec dopiero - schudnięcie. No to zapraszam do lektury:

Gdy polubisz siebie, pokochasz, poczujesz ze sobą dobrze, Twoje życie zmieni się w raj. Owszem, na zewnątrz nic się nie zmieni, ale Ty będziesz się czuła świetnie. Odprężona, zadowolona, wywrzesz na ludzi magnetyczny wpływ. Gdy pokochasz siebie, wybaczysz chętnie krzywdy których doznałaś od ludzi, zaakceptujesz siebie, wyrzucisz z siebie wszystkie trucizny i zaczniesz żyć jak królowa (...) Gdy pokochasz siebie nie można Cię zranić, manipulować, zasmucić - nie uzależniasz się od ludzi i życia ponieważ czujesz się ze sobą wspaniale. (...) Nie kochając siebie, cierpisz i inni też cierpią. Nikt nie wygrywa, wszyscy przegrywają. Gdy kochasz siebie, Ty na pewno wygrywasz a inni ludzie widzą ze można żyć pięknie, i sami chcą też się zmienić.

(...) A teraz powiem Ci coś bardzo ważnego - słuchasz? gdy polubisz siebie, zniknie chęć na jedzenie niezdrowej żywności. Ot tak po prostu, bez żadnego zmuszania się, zaczniesz jeść zdrowe i smaczne rzeczy. Schudniesz, poprawi się zdrowie, uroda. Wyjdziesz z tego syfu w którym żyją miliony kobiet, z tego zaklętego kręgu cierpienia, potępiania siebie, i marzenia o nowej torebce która ma dać szczęście, a którego oczywiście nie daje. Oto tajemnica świata, tak banalnie prosta, skuteczna i za darmo. To jest właśnie święty graal, poszukiwany od wieków.

Źródło: Samcze Runo


Ktoś ma gotowy program podniesienia samooceny? ;)

niedziela, 19 stycznia 2014

Tu naprawdę nie zawsze chodzi o wygląd

Jak na razie wróżba sylwestrowa spełnia się w 100 proc. Niemal codziennie gdzieś wychodzę, niestety również alkoholu nie brakuje...

Wczoraj spotkałam się z E., która jest niezwykle mądrą i urodziwą dziewczyną. Wprawiła mnie spore zdumienie, kiedy okazało się, że nie ma nikogo.


Przy butelce wina opowiedziała mi o swoich problemach sercowych. Okazało się, że mamy bardzo podobne historie. Bez happy endu.

Jak tutaj wielokrotnie podkreślałam, dla mnie KAŻDA szczupła i w miarę ładna (ale jednak z podkreśleniem na szczupła) singielka znajdzie sobie amatora i to, że nikogo nie ma to znaczy, że po prostu wybrzydza. Z kolei otyłość i brak zainteresowania płci przeciwnej tłumaczyło dlaczego ja jestem samotna. To z reguły ucinało pytania.

Teraz uważam, że problem leży głębiej. Obie jesteśmy rozchwiane emocjonalnie, rozedrgane i dużo mężczyzn to wyczuwa. Ich to do pewnego stopnia intryguje, ale za żony wybierają sobie "normalne, zdrowe dziewczyny" ;).


Ostatnio jeden - świeżo poznany - po pięciu minutach rozmowy powiedział mi, że przypominam mu jego znajomą. Kiedy zapytałam jaka ona jest, stwierdził krótko: miała ciężką historię, jest skomplikowana. A wcześniej rozmawialiśmy na normalne, neutralne tematy.

Okazuje się, że waga naprawdę nie ma znaczenia. E. podobnie odbierają mężczyźni. Często od niej uciekają, a im bardziej jej zależy tym gorzej.

Z drugiej strony bycie singlem w wielkim mieście jest pociągające. Sama zaczęłam od początku tego roku cieszyć się z tego stanu rzeczy. Uwielbiam niepewność, emocje, chyba nawet swoją niestabilność. Dlaczego M. tak zawładnął moim umysłem? Bo nie mogłam go zrozumieć ani przejąć nad nim kontroli. Gdybym to zrobiła, pewnie szybko bym się nim znudziła.


Poza tym czytałam, że w większości przypadków problemy w relacjach damsko-męskich u kobiet są spowodowane kiepską relacją z ojcem. Mnie pociągają niestabilni i zamknięci w sobie faceci, zupełna odwrotność mojego ojca. Nad takimi zamkniętymi facetami chcę przejąć kontrolę i uzależnić ich od siebie. Mój ojciec jest mocno niezależny, a tacy mnie przerażają, chociaż wiem, że są dla mnie odpowiedni. Gdybym tylko miała większe poczucie własnej wartości...

czwartek, 9 stycznia 2014

Błagam, nie podsumowuj

Subskrybuję wiele blogów o sporcie i dietach. Prawie wszystkie prowadzone są przez kobiety, a kobiety - jak to kobiety - lubują się w postanowieniach i podsumowaniach. Błagam! Litości!

Właściwie to tekst ten dla niektórych może być już nieaktualny. W końcu minął ponad tydzień od nowego roku i...część postanowień dawno została już zapomniana.


Ok, żeby nie było - również lubiłam podsumowywać cały rok (a najlepiej całe życie) i szukałam rozpaczliwie potwierdzenia, że jest lepiej! Jestem inna, lepsza, mądrzejsza! Przede wszystkim...szczuplejsza. A gówno prawda. Ludzie aż tak się nie zmieniają. Chociaż z drugiej strony skoro zapisałam się do psychologa, to jednak jakąś tam nadzieję na zmianę mam.

Najgorzej kiedy człowiek zmierza się z jednym z najczęstszych wśród kobiet postanowień - zrzucę X kilogramów. I nawet jeśli rzeczywiście udało się mu (jej) zrzucić trochę, to potem i tak sobie wyrzuca, że przecież mogło być lepiej gdyby nie te urodziny/imieniny cioci/ pudełko lodów podczas depresji zimowej itd. 

Skąd w nas taka ogromna potrzeba zmiany? I dlaczego w niej nie wytrwamy? Sama nie wiem. Może myśl, że mogłabym wyglądać jak Angelina Jolie z najlepszych czasów, znała perfekcyjnie trzy języki i co tydzień była w innym miejscu na świecie jest tak wspaniała, że za nic w świecie nie chciałam rezygnować z tych marzeń.

Ale jednak zrezygnowałam. I wiesz co? Nie czuję się z tego powodu źle. Angielski i tak w miarę dobrze znam, niemieckim nie posługuje się, hiszpańskim tym bardziej. Zaczynam akceptować swoje ciało i jego niedoskonałości. Powiem więcej (ale teraz to już na pewno zostanę incognito :P), czasem lubię sobie chodzić nago po domu i myśleć:

Postuluje również do wszystkich zrozpaczonych kobiet i dziewcząt, które szukają u mnie na blogu motywacji: nie odchudzaj się za wszelką cenę. Nie głódź się, nie płacz w poduszkę, że nie wyglądasz jak szkielet z wybiegu. Jedz racjonalnie, zdrowo (ok, co jest zdrowe, a co nie to też nie jest takie oczywiste...) i nie spiesz się. Życie to nie wyścigi, a to co mnie najbardziej uspokaja to myśl, że każdy ma swoją ścieżkę po której kroczy i nie powinno się tych ścieżek porównywać. 

Tego roku nie postanawiam sobie niczego. No dobra, jedno postanowienie - zero postanowień zmian i pędu do bycia lepszą.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Wnętrze grubasa

Pamiętasz mój post "Brzydka, więc ma piękne wnętrze"? Po ponad roku, mój stosunek do tematu nieco zmienił się.

Lubię czytać swoje przemyślenia. Nie dlatego, że jestem okropnym narcyzem i uważam, że są najmądrzejsze na świecie, ale lubię patrzeć jak wciąż zmieniają się, kształtują, formują. To znak progresu.

Dalej uważam, że niezależnie od wyglądu, każda z nas może mieć pusto w głowie. Za tłuszczem jednak często kryją się wrażliwe, czasem i nadwrażliwe dusze, które ze smutną rzeczywistością radzą sobie tak, że ją zajadają. To, że ją zajadamy to nie znaczy, że mamy słabą wolę. Po prostu ciężko jest poradzić sobie z frustracją inaczej niż pączkiem, czy paczką chipsów.


O "zajadaniu" trudnych przeżyć wiedziałam oczywiście wcześniej, jednak realnie zdałam sobie z nich sprawę przed świętami. Pojechałam do domu rodzinnego lepić pierogi i pomyślałam: "a i tak z diety nici, bo pewnie będę je próbowała, więc mogę sobie zrobić kanapeczkę" (albo dwie, ewentualnie siedem :P). Smarując kromkę chleba masłem (i w głowie układając dalsze wymówki) usłyszałam w głowie pytanie: "nie jesteś głodna, co chcesz zajeść?" Pomyślałam, że to oczywiste. Chciałam zagłuszyć smutne myśli o M. i o tym, że uczucia wcale tak łatwo nie da się zalać alkoholem i zwymiotować. Oczywiście byłam rozczarowana sobą. Myślałam, że przeszłam właśnie jakąś cudowną przemianę i jestem innym, lepszym człowiekiem.

(a to ja na pamiętnym ślubie. Wspomnienia o M. odżyły jak zobaczyłam te zdjęcia)

W ogóle uczucie rozczarowania sobą jest dla mnie bardzo bolesne i trudne. Ciągle chcę spektakularnych zmian i ciągle obiecuję sobie, że nagle będę lepsza, bardziej konsekwentna, mniej kochliwa itd., a potem jak znowu coś robię nie tak to jestem na siebie wściekła.

Wracając jednak do grubasów. Zawsze mnie zastanawiało czy to, że jestem gruba wpłynęło na mój charakter i czy gdybym była szczupła to czy byłabym zupełnie innym człowiekiem? Wiesz, interesowałyby mnie na przykład chłopaki, dyskoteki i tipsy. Myślę, że to nie wykluczone. Jako osoba szczupła i pewna siebie byłabym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Może miałabym męża alkoholika, paliła papierosy, albo próbowała swoich sił w pornobiznesie?


Otyłość na pewno wpływa na osobowość. Myślę nawet, że czasem dodatnio. Dzieci są z powodu otyłości zamknięte w sobie, więc uciekają do własnego świata, nie rozpraszają uwagi ogłupiającymi zabawami i rozmowami z rówieśnikami. Przez trudne przeżycia (wyszydzanie, alienacja, częste poczucie winy) zachowują się doroślej, a ich osobowość jest bogatsza.

Są jednak pewne cechy niezależne od wagi. W moim kodzie genetycznym jest zapisana wrażliwość (nie nadwrażliwość, myślę, że moja siostra jest nadwrażliwa). Z rzeczywistością musiałabym sobie radzić w taki, czy inny sposób. Jeśli nie jedzeniem, to alkoholem (jak widać, mam predyspozycje :P), albo narkotykami. No chyba, że miałabym inną rodzinę, wtedy może umiałabym sobie radzić w mniej niszczący mnie sposób. A swoją drogą obecnie przeżywam to, co chyba każde dziecko, które spojrzy na swoich rodziców z dystansu, po wyprowadzce. Obserwując swoich rodziców przy stole świątecznym zauważyłam jak bardzo jestem do nich podobna. Przeżyłam wręcz kryzys osobowości, bo skoro jestem sumą ich cech charakteru, to gdzie w tym wszystkim jestem ja sama? Właśnie tego szukam.


Ps. Zadanie sobie pytania: "co chcę zajeść" jest bardzo pomocne, ale wymaga ogromnej siły woli. Po nazwaniu swoich uczuć od razu odeszła mi chęć na kanapeczkę. Z tymi uczuciami jednak trzeba coś zrobić. Ja na razie je wszystkie wypłakuję. Dobrze, że mieszkam sama, bo ktoś z boku by pomyślał, że wpadłam w depresję :P

piątek, 13 grudnia 2013

Czy istnieje jeszcze jakakolwiek nadzieja?

Jakiś czas temu obejrzałam film "Raj: nadzieja". Jest to austriacki dramat (jedna z trzech części z cyklu "Raj") o otyłej nastolatce, która wyjechała na obóz odchudzający. Dokładnie tak jak ja przed laty.

Jeżeli piszę dramat, to mam na myśli prawdziwy DRAMAT. Film, który dosłownie ryje beret i nie daje o sobie zapomnieć. Zwłaszcza, że utożsamiłam się z główną bohaterką, która została dosłownie wyeksportowana na obóz, bo gruba i trzeba coś z nią zrobić.


W filmie jest wiele scen bardzo wymownych, jednak z mojej perspektywy chyba nieco przesadzonych, bo aż tak źle na tych moich obozach nie było. Nie wszyscy pochodziliśmy z rozbitych rodzin i nie wszyscy odczuwaliśmy głód miłości, który zastępowaliśmy jedzeniem. To pierwsze na pewno, to drugie piszę z pewnym wahaniem.

Po latach sprawę wysłania mnie na obóz odchudzający widzę nieco inaczej niż wtedy, mają lat -naście. Kiedyś wydawało mi się to całkiem sensowne. Dziecko sobie nie radzi z jedzeniem, nie ma motywacji, to może specjaliści pomogą. Dziś wygląda mi to na zamiatanie problemu pod dywan.

Mimo to, pierwszy obóz wspominam bardzo dobrze. Poznałam wiele nowych osób, czułam się w pełni akceptowana, każdy jechał na tym samym wózku, wspaniały trener, w którym się kochałyśmy, pierwsze miłostki no i...ubytki na wadze ;). Potem wszystko wróciło z nawiązką, więc BUM - jadę na kolejny obóz.


Drugi wyjazd był przeciwieństwem pierwszego. Ani przyjaźni nie nawiązałam, ani nie czułam się akceptowana, ani nawet nie miałam strasznych spadków na wadze. Potem lekarze zwalili winę na kortyzol, o którym zresztą pisałam tutaj. Czułam się po prostu nieszczęśliwa. Z płaczem dzwoniłam do matki, żeby mnie stamtąd zabrała, ale ona nic nie zrobiła, o co zresztą mam do niej do tej pory żal.

Czasem zastanawiam się, co sama bym zrobiła na miejscu swoich rodziców? Myślę, że nie dałabym dziecku odczuć, że ma sobie samo radzić ze wszystkimi problemami, bo grube dziecko naprawdę musi wiele przejść i potrzebuje realnego wsparcia bliskich. Niby działo się to kilka ładnych lat temu i dawno powinnam pogodzić się z tym, ale jakoś nie potrafię.

Ah...rezygnację czuję, że już nigdy nie ułożę sobie wszystkiego w głowie, do tego M. dalej nie daje spokoju i pisze nie wiadomo po co. Jutro pewnie poprawi mi się humor.

piątek, 8 listopada 2013

Człowiek trochę schudnie i same problemy z tego...

No dobra, do Miss Polonia (czy choćby nawet Miss Koziej Wólki) mi daleko, ale co jakiś czas pokręci się jakiś facet przy mnie.

Będąc osobą sporo grubszą snułam marzenia, że jak tylko schudnę (co oczywiście zrobię w rok-dwa i będę piękna i szczupła) to znajdę wielką miłość, albo najpierw sobie poflirtuje z kilkoma - najlepiej naraz - bo w końcu czemu nie. Kiedyś będę chudsza, bardziej pewna siebie i nie będę bała się rozbieranych randek. Grubas oczywiście może tylko pomarzyć, bo przecież wówczas to nawet mi do głowy nie przychodziło żeby cokolwiek z kimkolwiek...

Oczywiście rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nie mam pewności siebie flirciar, a niska samoocena spowodowała, że jestem łatwym łupem egocentrycznych dupków, którzy chcą sobie podnieść samoocenę czyimś kosztem :).

Nie rozumiem ich. Niby są prości, ale zwodzą baby na każdym kroku. Najgorsze, że każda potem mówi: nic na to nie wskazywało! Ale to nie prawda. My po prostu przymykamy oko na niektóre sprawy myśląc: ostatecznie wszystko się ułoży.

Taaa...jasne.

Dziś czuję dumę połączoną ze wstydem. Rozprawiłam się z M. z czego jestem dumna, ale wstyd mi, że w ogóle się dałam tak długo zwodzić. Kontakt jednak na razie muszę z nim utrzymać, bo jeszcze ma mi oddać mojego pendrive'a, którego przekaże A. Mnie oficjalnie w mieście nie ma. Potem kontakt urywam. Taki mam przynajmniej plan ;).


I tak sobie myślę. O ile prościej było być grubasem. Zamknięta w obtłuszczonej skorupie miałam niezłą wymówkę czemu nikogo nie poznałam. Teraz ta wymówka nie działa i coraz częściej słyszę: jak ty ślicznie wyglądasz, zabieraj się do roboty, bo od facetów to się pewnie nie odpędzasz!

A mnie ogarnia przerażenie. Czytam porady, co tu zrobić żeby takiego utrzymać przy sobie. Że kobieta musi być tajemnicza, nie oddawać siebie na tacy, stosować różne sztuczki, gierki, powłóczyste spojrzenia, niewinne uśmiechy, czasem brać na przetrzymanie...

Serio?? Każda musiała takie rzeczy robić żeby zainteresować sobą faceta? A może zbyt idealistycznie podchodzę do tematu myśląc: jeżeli to ma być "to", to na pewno będziemy razem bez tych sztucznych gierek i skoro nie wyszło, znaczy, że tak miało być...

środa, 9 października 2013

Bolesne przypomnienie, że wciąż jestem gruba

W życiu każdego odchudzającego się nadchodzą kryzysy. Wynik najgorszego chyba to usiąść na laurach.

Fakt, chyba trochę osiadłam na laurach. Niby nie było powodu, bo jestem dopiero w połowie odchudzania, ale tak zachwyciłam się swoją "nową" sylwetką, że powoli traciłam cel z oczu korzystając z dotychczasowych osiągnięć.

Powiem więcej. Czasami zapominałam, że dalej jestem po prostu gruba. Wiesz, te randki, te piwka na ławce, spódnice, sukienki, ciuszki z sieciówek (nie XLki) itd., spowodowały, że dieta zeszła na dalszy plan.

Niedawno pisałam o tym, że waga, lekarz itd. sugerowali, że jestem po prostu otyła, obtłuszczona i w ogóle zawał, ale nic tak nie otrząsa jak opinia drugiej osoby.

Przed chwilą gadałam z kolegą, którego poznałam przez internet (jak i po co to nieważne, bo to długa historia :P). No i on nagle stwierdził, że wie, że dużo schudłam (bo mu opowiadałam, nie znamy się osobiście), ale mogłabym zaktualizować swoje zdjęcia na Facebooku, bo witki opadają i wszystkiego się odechciewa. Tyle tylko, że te, które komentował są z marca/kwietnia, kiedy ważyłam tyle samo co teraz...


A co do mojej diety i wagi, bo coraz więcej osób w komentarzach wyraża wielkie zainteresowanie: waga dalej waha się w okolicy 88-90 kg. (mam 164 cm. wzrostu). Dalej walczę, dużo ćwiczę i dużo pije wody, co przynosi niezły efekt, bo cellulit wyraźnie zmniejszył się i jest widoczny tylko przy uszczypnięciu skóry! W ogóle nogi mi się wysmukliły, są gładkie, ładne, tylko ten brzuch...

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tusza i duchowe cierpienia

Nie zwariowałam! Tyle razy ludzie mi mówili: puknij się w głowę, nikt tak nie myśli! Ale jednak! Oto słowa XIX-wiecznej pisarki Jane Austen:

"Tusza i duchowe cierpienia rzadko do siebie przystają. Korpulentna osoba ma wprawdzie takie samo prawo do głębokich wzruszeń jak osoba najzgrabniejsza na świecie. Ale, choć to niesprawiedliwe, pewne połączenia, pomimo wskazań rozsądku, budzą niesmak lub śmiech."

Dlatego czasem wstydzę się okazywać uczucia. Chodzi mi o te głębsze, bo powiedzmy...nie należę do osób zamkniętych w sobie. Z drugiej strony nie ma w tym niczego złego, w końcu żyjemy w świecie, w którym ludzie rozmawiają o swoich prywatnych sprawach na przystanku, przez telefon, w poczekalni i czekając w kolejce w sklepie.

Nie raz przypadkowo i niechcący (bo co mnie to obchodzi?) słyszałam zwierzenia dziewczyn, że ona go kocha, on jej nie chce, albo tylko się bzykają, a ona chce więcej. Albo, że chyba jest w ciąży i co teraz...i tak dalej i tak dalej.

Prawdę mówiąc, gdybym zaczęła tak na przystanku opowiadać o sobie, czułabym się w oczach innych po prostu żałośnie. Bo co taka grubaska chce od życia?

A swoją drogą wczoraj oglądałam strasznie głupi i prymitywnie wykonany, bo na modłę hollywoodzką, koreański film 200 pounds beauty (Minyeo-neun goerowo). W skrócie: komedia romantyczna. Ona jest gruba, ma niskie poczucie własnej wartości i jest zakochana w swoim współpracowniku, który jest dla niej miły, ale w sumie nie wiadomo czy chce czegoś więcej.

O swojej skrytej miłości rozmawia ze swoją przyjaciółką która mówi jej: dziewczyno! Litości! Taka jak ty, nie jest przeznaczona dla takich jak on. Nasza bohaterka więc podejmuje życiową decyzję: zamyka się na rok w klinice chirurgii plastycznej, chudnie, operuje sobie wszystko co się da i wstrzykuje tyle silikonu co Pamela Anderson ;). Czy tym razem podbije serce swojego ukochanego? Spoilerować nie będę.


Nie polecam osobom, które cenią sobie realizm w filmie, ale jedno pokazali boleśnie prawdziwie: miłości grubych są na prawdę obśmiewane i w oczach innych wyglądają po prostu groteskowo.

Z drugiej strony nie pomagam sobie myśląc w ten sposób. Ale serio, też masz takie wrażenie, że cierpiąca chudzinka wygląda tak, że tylko podejść, przytulić i pocieszyć (co pewnie duża część facetów robi), a grubaska niech sobie radzi sama, najlepiej zamknięta w czterech ścianach?

sobota, 22 czerwca 2013

Boję się...

Odkąd waga mi stoi (a jest to od mniej więcej marca) nawiedzają mnie pesymistyczne myśli, że...nigdy nie dojdę do swojego celu.

Dziś stanęłam na wadze (jak co tydzień) i zobaczyłam...2 kg. do przodu. Właściwie to teraz ważę tyle samo ile w lutym. Żeby nie było - centymetry też w górę (wszędzie po 1 cm...) Na szczęście porównując obwody do sytuacji lutowej nie jest tak źle -mam mniej w biuście, brzuchu i biodrach, ale to nie zmienia faktu, że idzie się wkurzyć.


Wczoraj dałam sobie (a właściwie trener dał mi) w kość. Miałam tak ciężki trening, że powoli zaczynałam odkrywać swoje granice i czułam, że jeszcze chwila i zwymiotuję. Na szczęście takiej siary nie było ;). W każdym razie bez oszukiwania - ćwiczę na prawdę sporo, jem również odpowiednio. Co jest więc do cholery nie tak?

Odchudzanie wydaje się być proste. Zwłaszcza dla kogoś kto patrzy na to z boku - wystarczy mniej jeść i więcej ruszać się. To takie logiczne prawda? Przecież jesz mniej niż powinnaś, do tego palisz te kalorie ćwicząc - nie ma bata, musisz schudnąć.

Organizm żywy to jednak nie maszyna. Teoretycznie powinnam chudnąć 1 kg. tygodniowo (patrząc na zapotrzebowanie + ilość spalonych kalorii po treningu). Bywały dni kiedy bilans dzienny wychodził poniżej kilku tysięcy kalorii. I co z tego? No właśnie nic.


Za licealnych, radosnych, czasów bardzo lubiłam naukę o człowieku na biologii. Uwielbiałam uczyć się o tych wszystkich procesach życiowych, wyrysowywać tabelki, rozkłady białka, tłuszczy i węglowodanów. W książce to wszystko wyglądało tak logicznie. Nikt nas nie uczył, że książkowe przykłady są książkowe i z życiem mają niewiele wspólnego.

Inny przykład. W teorii idziesz do lekarza, opowiadasz mu o swoich objawach, a on już powinien wiedzieć co Ci jest, dać receptę, poklepać po plecach i za tydzień jesteś jak nowo narodzony! Teorie, teorie, teorie...

Zakładając, że takie jest realne życie to powinnam już ważyć z 60 kg. (wolę nawet nie sprawdzać, bo się tylko wkurwię), mieć idealny wzrok (w piątek idę do lekarza na kontrolę, ale już mogę Ci powiedzieć, że lewe oko samo z siebie osłabiło się do chyba -1 dp.), gładkie, długie włosy i wiele innych rzeczy. Upadek wielkich nadziei, nie?


Ok, powiedzmy, że to przybranie na wadze też może mieć swoje idealne wyjaśnienie. W końcu fala upałów, człowiek puchnie, do tego @ mi się zbliża, ale niech mi ktoś wytłumaczy, jakim prawem przybieram na wadze 3 kg. po 3 dniach wyżerki, które potem chudnę przez miesiąc? Czy to oznacza, że te 3 dni wykreślają intensywny miesiąc pracy? Czy to znaczy, że - czysto teoretycznie - jeśli będę raz w miesiącu sobie podjadać przez 3 dni to nigdy w życiu nie schudnę, bo te 3 dni są równoznaczne z miesiącem odchudzania?

Znikąd nadziei, znikąd pomocy...

wtorek, 18 czerwca 2013

Dla kogo odchudzamy się?

Każdy dietetyk, lekarz, poradnik life-stylowy, guru dietetyczne i oczywiście każda przyjaciółka, matka i ciotka, a nawet co bardziej nowoczesna babcia powiedzą, że powinnaś odchudzać się dla SIEBIE. Co to jednak naprawdę znaczy?

Jakiś czas temu rozmawiałam na czacie ze swoim znajomym, z którym nie widziałam się ho-ho ponad pół roku. Napomknęłam mu, że muszę zaraz lecieć, bo idę na fitness, a ten na to, że ooo, gwiazdą zostanę i w ogóle ulala. Zdążyłam mu jeszcze napisać, że a i owszem, chodzę na fitness już przeszło pół roku i powoli widzę efekty. Jego kolejne pytanie jednak mnie zabiło - odchudzasz się dla chłopaka?


Nie powiem, na początku zbulwersowałam się.

No dobra, trzeba mu wybaczyć, faceci chyba inaczej podchodzą do tematu odchudzania i możliwe, że potrzebują silnej zewnętrznej motywacji. Zresztą sama nie wiem. W każdym razie odpowiedziałam mu z nieukrywaną dumą, że nie, przeszłam na dietę sama z siebie i nie potrzebowałam do tego motywacji w postaci podboju czyjegokolwiek serca. Zresztą zawsze wychodziłam z założenia, że jak facet nagle zainteresuje się dziewczyną, bo ta schudła, to istnieje prawdopodobieństwo, że jak ta - nie daj Boże oczywiście! - przytyje, to ten ją rzuci.

Trzeba jednak przyznać, że duża ilość dziewczyn odchudza się dla kogoś. Sama poprzednie swoje odchudzanie motywowałam moim ówczesnym niedoszłym, a po rozpadzie związku wszystko wróciło z nawiązką. Nie twierdzę, że należy te dwie rzeczy ze sobą łączyć, ale tak by to wypadało.

Teraz odchudzam się wyłącznie dla siebie, bo chcę dobrze czuć się, kupować letnie sukienki, spodnie w rozmiarze S, wyskoczyć na plażę w dwuczęściowym stroju i być po prostu "chudą dziwką" hot as fuck (o czym pisałam tutaj.)


A teraz poteoretyzuję. Jak wyglądałby świat bez oceniania wyglądu zewnętrznego? Wyobraźmy sobie, że nie jesteśmy estetami i mamy gdzieś jak kto wygląda. Pomijam fakt, że wówczas nie istniałaby sztuka, ludzie nie podróżowaliby po świecie, bo w sumie po co, jak nie dla doznań estetycznych i generalnie panowałby czysty funkcjonalizm każdej otaczającej nas rzeczy.

Nikogo nie obchodziłoby czy masz nadwagę, rozdwojone końcówki włosów i cellulit. Jak byśmy wtedy wyglądali? Pewnie jak nas Bozia stworzyła. Nie byłoby kompleksów, anoreksji, depresji wynikającej z braku akceptacji siebie, ani operacji plastycznych i fitnessclubów.

Wniosek jest jeden. Nigdy nie odchudzamy się wyłącznie dla siebie, bo czy na bezludnej wyspie zastanawiałabyś się nad wystającym brzuszkiem? Śmiem wątpić...


środa, 22 maja 2013

Mam ciało modelki

Oczywiście plus size. Ale zobaczcie jakie!

Niedawno czytałam artykuł o modelkach plus size. Zawsze mnie dziwiło to, że na zdjęciach wcale nie widać u nich tej "otyłości" i byłam wręcz zachwycona ich urodą.


Piękne, ponętne ciało, ładne proporcje, naturalny wygląd, nieziemskiej urody twarz - to jest to, co mnie najbardziej urzeka w modelkach plus size. Zawsze patrzyłam na nie myśląc: ta, akurat! Pewnie noszą maksymalnie rozmiar M, w porywach do L co w porównaniu z XS "zwykłych" modelek i tak jest sporą różnicą.


Jedną z najsłynniejszych modelek plus size jest Jennie Runk nosząca rozmiar 44. Myślałam, że ten rozmiar wynika z wysokiego wzrostu, ale dziś znalazłam jej dokładne wymiary. Amerykanka przy wzroście 177 cm ma wymiary: talia 84 cm, biodra 114, biustonosz 80 D.


Największy szok przeżyłam kiedy porównałam jej ze swoimi wymiarami. Oczywiście jestem dużo niższa (164 cm.), ale...talie mam tylko 4 cm. szerszą (nad czym teraz pracuję ;)), biodra zaś mam dużo mniejsze, bo aż o 12 cm. (!). Wynika z tego, że...wyglądam w przybliżeniu jak ona. Oczywiście u Runk działa wzrost, dzięki któremu cała sylwetka wygląda lepiej, ale...no poprawiłam sobie humor :).

Tylko kurza stopa...chcę wrócić do swoich proporcji gruszki, albo chociaż zrobić z siebie klepsydrę :(

niedziela, 19 maja 2013

Idąc ulicą i patrząc na ludzi...

Ostatnie dni były okropne. Poszłam do pubu pożegnać kolegę, który się wyprowadza i generalnie świętować urodziny koleżanki. Co w tym okropnego? Że w ogóle nie miałam nastroju do niczego.

Osowiała siedziałam sącząc smutno coca-colę light. Powód? Oczywiście rozterki sercowe, po których czuję się jak zmęczona życiem staruszka. Do tego pogłębiające się problemy ze snem po prostu mnie dobijają. Wyszłam stamtąd po 3 godzinach mówiąc, że byłam rano na treningu, który dał mi w kość i jestem po prostu śpiąca (co jest po części prawdą).

No, ale w sumie nie o tym chciałam. W czwartek (jedyny dzień - oprócz niedzieli - w który nie ćwiczę) spotkałam się z koleżanką na kawie. Ona mi opowiadała o swoich problemach z facetem, ja jej o swoich problemach ze sobą (:P) i - co staje się powoli normą - o dietach i zdrowym stylu życia.


E. zamówiła sobie lody, a ja kawę z mlekiem nieco melancholijnym wzrokiem patrząc w menu. Ta oczywiście zapytała czy nie chcę spróbować jej lodów, ale odmówiłam opowiadając jej o tym, że ostatnio jak poszłyśmy na lody to pokutowałam je przez chyba tydzień i wolę na razie nie grzeszyć bez sensu.

E. oczywiście popatrzyła ze współczuciem i powiedziała, że ona by się na to nie zdobyła, że przecież lody są dla ludzi i olaboga jaka ja jestem biedna. Wiesz, jakby lody miały być jedyną radością w życiu, bez których człowiek staje się smutny i apatyczny. Oczywiście lody z przyjaciółmi, piwo i grill mają swoje ogromne zalety, ale czy na pewno nie da się bez nich obejść?

Dla niej, szczupłej dziewczyny, która chce po prostu wymodelować sylwetkę, rezygnacja ze słodkości bywa nie do pokonania. Kiedy jej powiedziałam, że będę musiała tak odmawiać przez minimum rok, a potem pilnować się przez kolejne 5 lat, ta zamarła.

I nagle szok. Popatrzyła na mnie i zapytała: ale po co Ty się tak katujesz, ty masz w ogóle nadwagę? Moja łyżeczka z kawą zawisła między szklanką a otwartymi ze zdumienia ustami.

Czujesz? Są na świecie osoby, które patrząc na mnie mogą nie być pewni czy mam nadwagę, chociaż wg licznika BMI mam 1 stopień otyłości. Dzięki diecie wyglądam tak, że ci co mniej spostrzegawczy mogą uważać moją wagę za normę. Czy mogłabym w tym momencie żałować braku pucharka lodów? Powiedziałam jej, że to jest mój cel, z którego nie chcę rezygnować tylko dlatego, że dojście do niego nie jest usłane różami. Właściwie im więcej kolców na drodze tym bardziej jestem zdeterminowana.

Nasza rozmowa szybko przeszła na to jak postrzegamy innych ludzi. E. stwierdziła, że generalnie ona nie zwraca uwagi na wygląd przechodniów (chyba, że ktoś ewidentnie odbiega od normy). Podobnie zresztą do O. - również szczuplutkiej dziewczyny, dla której przechodzień to przechodzień i nie ma co się nad nim zastanawiać. Wprost przeciwnie do mnie.


Ja, kiedy idę ulicą patrzę na innych i myślę: o...ale szczupła...ale ma długie nogi...no i lśniące włosy... Jak widzę faceta, który patrzy na mnie, myślę: ooo, a ten pewnie właśnie mnie ocenił na 3/10. Albo jeszcze niżej, bo mam tłuste włosy...

Czuję się cały czas obserwowana i oceniana, bo sama to robię. To, że trzeba to zmienić, jest jasne. Niestety na razie nie mam siły, ani ochoty poprawiać swojego samopoczucia, chociaż powoli zaczynam wierzyć, że jednak mogę się wizualnie podobać, a przecież na tym polega pewność siebie: wiara we własne siły i nie skupianie się na innych.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Przemyślenia o byciu grubym i porównywanie siebie do innych

Nie wiem czy zauważyłaś, ale ostatnio nie piszę swoich wywodów na temat bycia grubym. Przyczyn może być kilka.

Po pierwsze, napisałam już chyba wszystko co mogłam napisać (choć miałam kilka nowych koncepcji wpisów). Ja wiem i ty wiesz, że bycie grubym jest do bani, więc...po co drążyć temat?

Po drugie, wraz ze spadkiem kilogramów moje samopoczucie poprawia się i nie pogrążam się już w odmętach rozpaczy. W każdym razie, oprócz dołów z powodu zatrzymania wagi, ostatnio chodzę stale zadowolona :). Zresztą wczoraj byłam w operze, która oczywiście jak to opera, była o nieszczęśliwej, trudnej miłości i o ile jakiś czas temu uwielbiałam takie tematy, tak teraz zupełnie mnie nie ruszyły. Moje myśli kierują się ku słońcu i radości ;).


Poza tym niedawno oglądałam odcinek "Rozmów w toku" poświęcony dziewczynom, które straciły po kilkadziesiąt kilogramów (nawet 80!!). Wszystkie miały podobną historię, były wyszydzane w szkole, nie akceptowane przez środowisko i - przede wszystkim - siebie.

Początkowo zzieleniałam z zazdrości kiedy któraś powiedziała, że w rok schudła 60 kg. (mój cel...), ale potem pomyślałam, że to za szybko i mój powolny spadek jest zdrowszy no i pewnie waga zatrzymała się, bo mięśnie rosną czy coś ;). No a poza tym nie ważne jest jak szybko człowiek schudł, tylko czy utrzymał swoją wagę.

Zresztą myślę, że nie ja jedna cierpię na chroniczne porównywanie siebie do innych. Zauważyłam to już w gimnazjum, kiedy zaczęłam dążyć do poprawiania ocen (w podstawówce byłam jednym z gorzej uczących się dzieci). W liceum to porównywanie swoich ocen do innych było normą i jak dostałam jedynkę to moją jedyną pociechą było to, że inni też mają pały.

Studia za to spowodowały, że miałam stałą potrzebę bycia najlepszą. Największym moim nieszczęściem było kiedy jako jedyna dostałam 2 z jednego egzaminu, który ostatecznie poprawiłam na 5, ale i tak niesmak pozostał.

Oczywiście dalej siebie porównuje do innych, ale staram się zagłuszyć myśli mówiąc sobie, że to moje życie i mogę żyć jak chcę.

Poza tym...ah ta wiosna. Uderza do głowy :).


piątek, 15 marca 2013

Strojenie się a dobre samopoczucie

Niedawno byłam na pokazie prasowym, na który ubrałam się jak zwykle, czyli dżinsy, jakaś rozciągnięta bluza, kurtka i szal. Do tego makijaż na szybko i jeszcze szybciej stworzona "fryzura", czyli...próba ogarnięcia chaosu za pomocą gumki do włosów.

Tam spotkałam swoją byłą współpracowniczkę, która jak zwykle wystrojona i umalowana jaśniała blaskiem pełnego zadowolenia z siebie. Zawsze uznawałam to za zbyteczne i po prostu próżne, a swoją nonszalancję w duchu aprobowałam jako wyraz bycia "ponad to wszystko".

Potem jednak żałowałam swej decyzji, bo przyszły kamery i aparaty fotograficzne, które objęły mnie swoimi obiektywami i...stwierdziłam, że strojenie się ma jednak swoje zalety i jest zupełnie normalne. W końcu jesteśmy kobietami, a kobiety ze swej natury są próżne, a poza tym, zachowując zdrowy umiar, dodaje im to uroku.

Po tamtym wydarzeniu stwierdziłam, że koniec z bezceremonialną niedbałością i pokazywaniem, że mam to gdzieś jak wyglądam. Postanowiłam bardziej przykładać wagę do swojego wyglądu i zanim wyjdę "do ludzi" uczeszę się i lepiej ubiorę.

Kiedy jednak spojrzałam w lustro podczas wczorajszego słonecznego dnia...zauważyłam kiepską cerę, małe oczy i beznadziejne włosy. Ciuchów fajnych nie mam, a figura...jaka jest, taka jest. Cała próżna radość uleciała ze mnie i został smutek. Humoru nie poprawiło mi poranne ważenie, które pokazało, że koniec żartów i teraz o każdy kilogram mniej będę musiała bardziej postarać się.

I po co mi to było?

wtorek, 5 marca 2013

Czy grubas zawsze się śmieje?

Przeczytam Ci fragment opowiadania, który skłonił mnie do zastanowienia się nad pewną kwestią...

"Nie znałem jeszcze człowieka, który by był tak całą duszą oddany krotochwili, jak król jegomość. Zdawało się, iż żyje tylko dla żartu. Dość było opowiedzieć jakąś udatną a ucieszną facecję i opowiedzieć ją dobrze, a można było na pewno utorować sobie drogę do jego łaski. Jakoż zdarzyło się, iż wszyscy jego ministrowie, jak było ich siedmiu, słynęli ze swych uzdolnień do sowizdrzalstwa. Wszyscy wzorem królewskim byli rośli, tędzy i otyli i wszyscy byli niezrównanymi żartownisiami. Czy nabrali tuszy od żartów, czy też jest coś w tuszy, co usposabia do żartów, a z tego nigdy nie umiałem całkowicie zdać sobie sprawy, ale to pewna, że chudy żartowniś jest rara avis in terris" (rzadkim ptakiem na ziemi, tu: wyjątkowy okaz).
Z opowiadania: "Żabi Skoczek" Edgara Allana Poe'go.

Co prawda opowiadanie napisał XIX-wieczny poeta i postrzeganie grubasów od tego czasu mogło bardzo zmienić się, ale czy na pewno?



Grubasy często są radośni i nabijają się ze wszystkiego (zwłaszcza z siebie). Są bardziej skorzy do żartów, bo nie liczą kalorii, są rozpasani i jedzą dużo cukru i tłuszczy co ich bardzo rozwesela. Chudzi za to są smutni i sfrustrowani, bo muszą dbać o linię.

No bez jaj...aż tak generalizować? Nie pisałabym tego, gdyby nie lektura komentarzy w internecie, z których wynika, że dużo osób dalej tak myśli.

A jaka jest prawda? Charakter to nasza indywidualna cecha, a nie wynik naszej wagi. Z drugiej jednak strony, myślę, że z niego (charakteru) może wynikać otyłość. Chodzi mi o powód bycia grubym. Przykładowo osoby bardziej wrażliwe i nieśmiałe mogą zajadać smutki i niepowodzenia. Mimo to, nie łączyłabym wesołość, czy zgorzkniałość z wagą. Zwłaszcza, że znam wiele wesołych osób z normalną budową ciała, a i smutnych grubasów też daleko nie trzeba szukać. Przykładowo E. z mojej pracy to typowy wesołek, który rozwesela (razem ze mną :)) całe biuro. Czy waga ma tu coś do rzeczy? Na pewno nie!


Przez jakiś czas zastanawiałam się, które z moich cech są wynikiem tego jak wyglądam, a które są moje 'prawdziwe'. Doszłam jednak do wniosku, że wszystkie są 'moje', bo przecież mam wolną wolę i wszystkie moje decyzje są wynikiem mojego charakteru, a nie tego ile ważę.

Bądźmy świadomi swoich decyzji i nie tłumaczmy ich wagą.

wtorek, 26 lutego 2013

Paląca potrzeba

Znowu pomęczę Cię trochę tym problemem braku pewności siebie. Cały czas myślę o tym jak o ogromnej, palącej potrzebie bez której nie będę umiała normalnie funkcjonować. Ale czy na pewno?

Dziś podesłałam K. link do artykułu z którego znowu mądra głowa mówiła o moich syndromach i potrzebie pójścia do psychologa, bo sama sobie z tym nie poradzę.

Nie był to pierwszy raz kiedy głośno zastanawiałam się nad pójściem do psychologa. Nie pamiętam czy Ci wcześniej wspominałam, ale chodziłam do takowego kilka ładnych lat temu (jakoś na początku studiów) i po pół roku dałam sobie spokój, bo niewiele się zmieniło (o ile w ogóle), za to wydałam kupę kasy.


Ten pomysł, żeby pójść do specjalisty pojawił się chyba pod koniec zeszłego roku, kiedy - chyba za bardzo skupiając się na sobie i swoich uczuciach - doszłam do wniosku, że jest ze mną coś nie tak i muszę to poprawić, bo inaczej...będzie źle.

Można się zastanawiać, skoro ostatnim razem nic się nie poprawiło, to czemu tym razem miałoby? To chyba moja ogólna tendencja do szukania łatwych rozwiązań, a wbrew pozorom pójście do specjalisty takim jest, bo oddajesz swój problem komuś innemu. Wbrew pozorom, bo przecież i tak sama muszę sobie z tym poradzić.

K. sprawę jednak widzi inaczej. Ona uważa, że jest ze mną wszystko jak najbardziej w porządku i nie jestem wystraszonym królikiem uciekającym przed problemami i ludźmi. Może trochę przesadzam. Jak zwykle myśląc i zastanawiając się nad Bóg wie czym dochodzę do błędnych wniosków.


Poza tym, K. nawet zauważyła mój wzrost pewności siebie. Objawia się to mniej obszernymi bluzkami bez 2 warstw (jakiś czas temu porzuciłam ubieranie się w bluzkę z długim rękawem, a na to obszerny bezrękawnik) i nowymi przylegającymi spodniami.

No właśnie. Czy na pewno chudnięcie powoduje wzrost pewności? Przecież wszyscy trąbią o tym, że jak tylko schudniesz to będziesz super hot piękność, która jednym uśmiechem podbije serce niejednego. Nie czuję się jeszcze super hot, ale będąc prawie w połowie swojego odchudzania, powinnam zauważyć jakieś zmiany. A ja zastanawiam się...i zastanawiam...

No dobra, przesadziłam. Zauważam i cieszę się. Dziś oglądałam się przed lustrem ze wszystkich stron i...wygląda to na prawdę nieźle! Foliowanie daje niesamowite rezultaty (cellulit mi zniknie za 2-3 zabiegi), ładnie zarysowują mi się mięśnie na nogach, a brzuch też wygląda coraz lepiej i nawet czuję pod tłuszczem pierwiosnki mięśni ;). Poza tym prawie w ogóle zniknęły mi boczki i wałki na plecach (które spędzały mi sen z powiek).

Gorzej gdybym miała komuś zaprezentować swe wdzięki ;).

sobota, 2 lutego 2013

Ale schudłaś! Jak to zrobiłaś?

Pewnego dnia usłyszałam dzwonek do drzwi. Nikogo nie spodziewałam się, ale otwieram, a tam...znajomi moich rodziców (tak, mieszkam z rodzicami).

Kiedy weszli, chwilę później zaczęli piać peany na mą cześć, że tak schudłam, że ładnie wyglądam, że och i ach, a potem posypały się miliony pytań: ile schudłaś? Jak to zrobiłaś? Jaką stosujesz dietę? Dużo ćwiczysz? Itd...itd...

Nie żebym nie lubiła takich pytań. Z radością prezentowałam nową figurę, mówiłam ile schudłam i skwapliwie potakiwałam jak to fantastycznie się teraz czuję. Potem jednak przyszła pora na konkrety.

"Bo wiesz...ja też chcę schudnąć, ale coś mi nie idzie..."

Na pytanie, jaką dietę stosuję, nie odpowiadam jednym zdaniem, w stylu: Dukana, tysiąca kalorii, czy żetpe (słynne "żryj połowę"). Metodycznie, z uśmiechem na ustach, zaczęłam opowiadać jaką to ja nie mam fantastyczną dietę, że dużo jem, że jest łatwa i przyjemna i że jest rewelacyjna. 

Potem same suche fakty: nie wolno łączyć tłuszczy z węglowodanami, nie wolno jeść przetworzonych potraw, cukru i białego chleba. Nawet zaoferowałam pożyczenie książki ("Szczupła bez wyrzeczeń"). I co?

"A to wiesz...przy okazji..."

To po jaką cholerę pytasz?