Góry i lasy są moim panaceum na wszelkie utrapienia życia doczesnego. Nie wiem co bym zrobiła gdybym nie miała wyjścia i musiała siedzieć całymi dniami w domu.
Dziś miałam jechać nad jezioro z nowo poznaną przez ogłoszenie na Facebooku koleżanką z Włoch, jednak ta rano stwierdziła, że nie jedzie. Potem Mason ogłosił, że na tydzień leci do Vancouver, Polacy z hotelu również pojechali na wycieczkę, której nawet mi nie zaproponowali, a ja poszłam robić pranie, usiadłam przed pralką podobną do naszej poczciwej Frani i zapłakałam gorzko. Jak płakać to tylko w malowniczej scenerii.
Nie potrafię zintegrować się z tutejszymi Polakami, Filipińczykami ani w ogóle z nikim z hotelu. Momentami czuję się jak w liceum, tyle, że nawet wtedy miałam swoją bratnią duszę siedzącą wiernie ze mną w tej samej ławce.
Co tydzień publikuję wiadomości na Facebooku o nowym pomyśle poniedziałkowej wycieczki, jednak już mi się najzwyczajniej w świecie nie chce. Moi "hiking buddies" skojarzyli mi się z jednorazowymi kochankami, którzy najpierw Ci mówią, że jesteś piękna i cudowna, razem przeżywacie wspaniałe chwile, a potem nigdy więcej nie widzicie się.
Kiedy Frania zakończyła cykl prania, rozwiesiłam ciuchy, otarłam łzy, przebrałam się w odpowiednie ciuchy, zabrałam plecak, sprej na niedźwiedzie i wsiadłam na rower by zaliczyć w końcu Healy Creek - trasę będącą od chyba dwóch miesięcy na mojej liście must-do.
Zabłocone po wczorajszym deszczu i kamieniste Healy Creek to trasa rowerowa znajdująca się w lesie. Podjazdy powodowały niezłą zadyszkę, za to zjazdy - zawał serca żeby tylko nie wyrąbać się w błoto albo spaść prosto na kamienie. Wróciłam do domu ubłocona i zachwycona.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 sierpnia 2015
wtorek, 28 lipca 2015
Co jest trudniejsze od wyjazdu do Kanady?
Góry skaliste, śniegi po pachy, pająki i niedźwiedzie grizzli - to nic w porównaniu z byciem w związku.
Znowu z weekendowych planów nici, Mason rozchorował się. Oczywiście jak na dorosłą, gotową na związek i zrównoważoną psychicznie kobietę płakałam prawie całą noc, że na bank już mnie nie chce i wymyślił chorobę żeby nie spotkać się. Smarkając w chusteczki obiecałam sobie, że następnym razem pochwalę się, że mam kogoś dopiero na ślubnym kobiercu.
Mason w między czasie napisał mi, że przyjedzie w niedzielę rano i ma nadzieje, że do tego czasu tabletki pomogą. Ja jednak wiedziałam już swoje i zaplanowałam wyjście w góry.
Sulphur Mountain to jedna z niższych gór w tej okolicy (niecałe 1,5 tys. m.), trasa szeroka jak autostrada, po drodze pełno turystów, więc zagrożenie spotkania niedźwiedzia niewielkie. Wchodziłam na szczyt rozkoszując się widokiem i od czasu do czasu spoglądając na telefon w nadziei na SMS. Po dojściu na szczyt i upewnieniu się, że zasięg jest wciąż obecny już chciałam coś mu napisać, że przecież obiecał, że przyjedzie itd., ale Mason mnie ubiegł.
Okazało się, że choroba nie minęła, gorączka, zapalenie, cuda wianki. Endorfiny po wejściu na szczyt dały o sobie znać - odpisałam, żeby nie przejmował się, bo tak myślałam, że nie przyjedzie i poszłam w góry. Widzimy się w takim razie za tydzień.
Jak na prawdziwą samicę alfa przystało nie potrzebuję faceta do bycia szczęśliwą ;). Mason za to stwierdził, że powinnam znaleźć sobie pracę w Calgary żebyśmy mogli częściej widywać się. Zresztą mogłabym tu żyć jakbym chciała.
Podczas schodzenia z góry humor całkowicie mi się poprawił. Przepiękne, zapierające dech w piersi widoki, łatwa trasa, nawet nie padało. No i Mason, który coraz częściej wspomina, że powinnam wyprowadzić się do Calgary.
Budowanie związku skojarzyło mi się z ciążą. W pierwszym trymestrze istnieje największe zagrożenie poronienia dlatego wszystkie objawy psucia się relacji traktuję jak zwiastun najgorszego. Do tego mam PMS (stąd te irracjonalne płacze ;))
Znowu z weekendowych planów nici, Mason rozchorował się. Oczywiście jak na dorosłą, gotową na związek i zrównoważoną psychicznie kobietę płakałam prawie całą noc, że na bank już mnie nie chce i wymyślił chorobę żeby nie spotkać się. Smarkając w chusteczki obiecałam sobie, że następnym razem pochwalę się, że mam kogoś dopiero na ślubnym kobiercu.
Mason w między czasie napisał mi, że przyjedzie w niedzielę rano i ma nadzieje, że do tego czasu tabletki pomogą. Ja jednak wiedziałam już swoje i zaplanowałam wyjście w góry.
Sulphur Mountain to jedna z niższych gór w tej okolicy (niecałe 1,5 tys. m.), trasa szeroka jak autostrada, po drodze pełno turystów, więc zagrożenie spotkania niedźwiedzia niewielkie. Wchodziłam na szczyt rozkoszując się widokiem i od czasu do czasu spoglądając na telefon w nadziei na SMS. Po dojściu na szczyt i upewnieniu się, że zasięg jest wciąż obecny już chciałam coś mu napisać, że przecież obiecał, że przyjedzie itd., ale Mason mnie ubiegł.
Okazało się, że choroba nie minęła, gorączka, zapalenie, cuda wianki. Endorfiny po wejściu na szczyt dały o sobie znać - odpisałam, żeby nie przejmował się, bo tak myślałam, że nie przyjedzie i poszłam w góry. Widzimy się w takim razie za tydzień.
Jak na prawdziwą samicę alfa przystało nie potrzebuję faceta do bycia szczęśliwą ;). Mason za to stwierdził, że powinnam znaleźć sobie pracę w Calgary żebyśmy mogli częściej widywać się. Zresztą mogłabym tu żyć jakbym chciała.
Podczas schodzenia z góry humor całkowicie mi się poprawił. Przepiękne, zapierające dech w piersi widoki, łatwa trasa, nawet nie padało. No i Mason, który coraz częściej wspomina, że powinnam wyprowadzić się do Calgary.
Budowanie związku skojarzyło mi się z ciążą. W pierwszym trymestrze istnieje największe zagrożenie poronienia dlatego wszystkie objawy psucia się relacji traktuję jak zwiastun najgorszego. Do tego mam PMS (stąd te irracjonalne płacze ;))
wtorek, 14 lipca 2015
Mount Rundle
Jak zwykle przed poniedziałkiem - świętym dniem wolnym Ciam - nerwowo szukałam kolejnej trasy i towarzysza podróży. Napisałam do Jamesa czy ma jakiś plan na poniedziałek. Jego odpowiedź zwaliła mnie z nóg. Poinformował mnie, że...znalazł nowego górskiego partnera.
Pierwsza reakcja? Oczywiście ból, upokorzenie, miliony pytań (co ja mu zrobiłam, co złego powiedziałam? Może za wolna jednak jestem?) i ciamajdowata odpowiedź: Ok, dzięki za wcześniejsze wycieczki, było super.
Zwierzyłam się koledze z pracy, że straciłam kolejnego górskiego towarzysza i co mi napisał James. Ten wybuchnął śmiechem i stwierdził, że mój towarzysz to dzieciak z przedszkola, który mówi obrażony: Nie chcę się teraz z Tobą bawić, bo znalazłem nowego przyjaciela. Czemu kurna wcześniej na to nie wpadłam? A ja cipa zamiast dać upust złości to schowałam się znowu w skorupce potulności i za zasłonką biednej ofiary. Wkurza mnie to, że nie potrafię wyzwolić w sobie czystej furii i złości, bo ona w ogóle do mnie nie dociera. Ktoś może być dla mnie totalnym dupkiem, a ja...nic. Cóż, znikąd to się nie bierze, ale nie czas na psychoanalizę.
Upokorzona i zrozpaczona wrzuciłam ogłoszenie na lokalnym fanpejdżu i stwierdziłam, że jestem żałosna, bo szukam przyjaciół w internecie. Okazało się jednak, że nie jestem żałosna, tylko...fantastyczna. Dostałam wiele odpowiedzi, lajków, wszyscy zachwyceni moim podejściem do tematu i ostatecznie umówiłam się z dwoma dziewczynami na Mount Rundle.
Jak zwykle wyszło lepiej niż się spodziewałam. Dziewczyny okazały się fantastycznymi towarzyszkami podróży i doszłam do wniosku, że dobrze, że James mnie olał. Podczas wspinania się miałam też czas na przemyślenia na temat kobiecości (post na ten temat znajdziesz tutaj.) Żaden facet tak radośnie nie ekscytuje się przed wyprawą jak kobiety. Dzięki postowi na facebooku poznałam fantastyczne osoby - Brytyjkę i Kanadyjkę - pełne zapału, pasji i emanującej siły oraz jednocześnie ciepłe i radośnie pomagające innym górołazom. Jedyną "wadą" były długie postoje (co mi się nie zdarzało z Jamesem) i jeszcze dłuższe rozmowy co spowodowało, że wycieczka trwała niecałe...9 godzin. Ale to nic, Mount Rundle było nasze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.
Pierwsza reakcja? Oczywiście ból, upokorzenie, miliony pytań (co ja mu zrobiłam, co złego powiedziałam? Może za wolna jednak jestem?) i ciamajdowata odpowiedź: Ok, dzięki za wcześniejsze wycieczki, było super.
Zwierzyłam się koledze z pracy, że straciłam kolejnego górskiego towarzysza i co mi napisał James. Ten wybuchnął śmiechem i stwierdził, że mój towarzysz to dzieciak z przedszkola, który mówi obrażony: Nie chcę się teraz z Tobą bawić, bo znalazłem nowego przyjaciela. Czemu kurna wcześniej na to nie wpadłam? A ja cipa zamiast dać upust złości to schowałam się znowu w skorupce potulności i za zasłonką biednej ofiary. Wkurza mnie to, że nie potrafię wyzwolić w sobie czystej furii i złości, bo ona w ogóle do mnie nie dociera. Ktoś może być dla mnie totalnym dupkiem, a ja...nic. Cóż, znikąd to się nie bierze, ale nie czas na psychoanalizę.
Upokorzona i zrozpaczona wrzuciłam ogłoszenie na lokalnym fanpejdżu i stwierdziłam, że jestem żałosna, bo szukam przyjaciół w internecie. Okazało się jednak, że nie jestem żałosna, tylko...fantastyczna. Dostałam wiele odpowiedzi, lajków, wszyscy zachwyceni moim podejściem do tematu i ostatecznie umówiłam się z dwoma dziewczynami na Mount Rundle.
Jak zwykle wyszło lepiej niż się spodziewałam. Dziewczyny okazały się fantastycznymi towarzyszkami podróży i doszłam do wniosku, że dobrze, że James mnie olał. Podczas wspinania się miałam też czas na przemyślenia na temat kobiecości (post na ten temat znajdziesz tutaj.) Żaden facet tak radośnie nie ekscytuje się przed wyprawą jak kobiety. Dzięki postowi na facebooku poznałam fantastyczne osoby - Brytyjkę i Kanadyjkę - pełne zapału, pasji i emanującej siły oraz jednocześnie ciepłe i radośnie pomagające innym górołazom. Jedyną "wadą" były długie postoje (co mi się nie zdarzało z Jamesem) i jeszcze dłuższe rozmowy co spowodowało, że wycieczka trwała niecałe...9 godzin. Ale to nic, Mount Rundle było nasze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.
środa, 1 lipca 2015
Przeraża mnie
Coraz częściej opowiadam kanadyjczykom o Polsce. Kanadyjskie truskawki to NIC w porównaniu z polskimi, nie mówiąc już o chlebie, serze białym i szynce.
W końcu zrozumiałam, że zaczęłam tęsknić. Podczas coponiedziałkowego hikingu James ze współczuciem zapytał czy po raz pierwszy jestem na emigracji? Myślę, że nie chodzi o samą emigrację, ale o to, że to pierwszy wyjazd na tak długo i bez konkretnego terminu powrotu.
Kiedy pomyślę o tym co zrobię po skończeniu terminu ważności wizy kanadyjskiej czuję ekscytację pomieszaną ze strachem, bo wiem, że na Kanadzie się nie skończy. Mam tyle pomysłów, możliwości i pragnień, że czasem mnie to przeraża. Jak każdy normalny człowiek szukam spokoju i poczucia komfortu, ale pieprzone owsiki w tyłku ciągle dają się we znaki (w sensie nie dosłownie, wiesz o co mi chodzi ;)) i diabeł szepczce do lewego ucha: Ciam! Chcesz w tej dziurze spędzić CAŁY rok? A nie lepiej sezon zimowy w innym regionie? Pouczyć się jeżdżenia na nartach? Snowboardzie? No i już ciśnienie lekko podniesione, bo trzeba będzie znowu pakować się, szukać pracy, mieszkania, znajomych, same problemy...
Zresztą tutaj i tak muszę się spieszyć, bo mam sporo gór do zdobycia. Przed każdym poniedziałkiem (święto Ciam - cały dzień wolny!) nerwowo wysyłam wiadomości do znajomych z pytaniem kto ma czas na wspólne zdobywanie szczytów, bo sama w lesie nie czuję się jeszcze pewnie. Poza tym rodzą się plany campingowe, wyjazd do Jasper, gdzieś w oddali wycieczka po Stanach, a jeszcze dalej Australia, Nowa Zelandia i Chiny...kiedy wrócę? Nie wiadomo.
Wizja niezależnego podróżowania po świecie ekscytuje mnie i napawa lękiem, bo docelowo nigdzie nie zagrzeję miejsca na dłużej niż rok. Wszystkie relacje i znajomości będą miały charakter tymczasowy, a znając życie pewnie i tak będę szukała księcia z bajki. Zresztą nawet nie chodzi o tymczasowość znajomości, tylko, że czasem będę polegać na ludzkiej życzliwości i wyciągać rękę po pomoc.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Uważność
Na pewno znasz to. Stoisz nad ziemniakami i obierając je rozważasz ważkie doczesne sprawy. Zmywając gary wymyślasz historie, które na 99 proc. nigdy nie zdarzą się.
Myjąc podłogi fantazjujesz o rozmowach z ważnymi dla Ciebie osobami, wygrywasz kłótnie, wyznajesz co chcesz wyznać (albo nie wyznajesz co już niestety wyznałaś), rzucasz gromami, z twarzą wychodzisz z potyczek, wymyślasz różne warianty wydarzeń i odpowiedzi na różne pytania, które na 99 proc. nigdy nie zostaną zadane.
Wczoraj pracowałam przy zmywaku z Chio. Ja obierałam ziemniaki, ona kroiła paprykę. Stałyśmy i milczałyśmy, obie zatopione w swych myślach. Ja zastanawiałam się czy James (ten i ten sam tu) odpisze mi na sms i co ja mu na niego odpiszę (albo co mu nie odpiszę, hah) oraz jak będzie wyglądało nasze kolejne niecenzuralne spotkanie. Chio myśli nie przytoczę, rozmyślała po japońsku ;).
Nagle między nami pojawił się szef, który krzyknął rozbawiony, że u nas przy zmywaku jest milczący kącik. Bum. Powrót do rzeczywistości. Zaczęły dochodzić głosy, gwar, rozmowy, huk talerzy i garów. Wyrwana z lerargu wróciłam do żywych. Wróciła też uważność - obserwowanie rzeczywistości takiej jakiej jest. Chio też ocknęła się i obie wyrwane ze śpiączki zaczęłyśmy rozmawiać.
Odczuwam radość kiedy jestem uważna. Doceniam to co mam, jestem aktywna i wesoła. Rozmawiam z ludźmi, cieszę się otoczeniem, śmieję ze swoich gaf, żyję. Kiedy jednak jest trudno, stresująco, przygnębiająco, albo po prostu nudno - uciekam do świata fantazji, jak zresztą większość z nas.
Nasz wewnętrzny świat jest wielowymiarowy, w nim każda sytuacja ma nieskończoną ilość wariantów i każdą można omówić, poobserwować, ocenić, a nawet emocjonalnie przeżyć. Tak, nieraz płakałam nad swoimi wymyślonymi historiami, nie, nie mam schizofrenii :p
Utrzymanie uwagi w pracy jest dla mnie bardzo trudne. Przytłacza mnie hałas, wszędzie biegający ludzie i co chwila nowe zadania do wykonania już teraz natychmiast. Dlatego uciekam do swojego wewnętrznego świata żeby jakoś wytrzymać ten gwałt na moje uszy i oczy. Bezmyślnie też podjadam, dupa rośnie, nieszczęście tuż za rogiem.
Stresuję się tym, że przytyję, stres zajadam, a jeśli nie zajadam to uciekam w stronę transu, czyli nie zwracania uwagi na otaczającą rzeczywistość, ani nawet swojego bólu i w efekcie nieczucia.
Gdzieś przeczytałam, że jeśli masz problem z wyrwaniem się z myślowego letargu zacznij w swoim otoczeniu szukać wszystkiego co ma kolor niebieski (albo jakikolwiek inny). Zaczniesz przyglądać się ludziom, otaczającym przedmiotom, dostrzeżesz coś na co do tej pory nie zwracałaś uwagi i przestaniesz marnować czas na jałowe dyskusje ze sobą.
To zabawne, że z jednej strony nakręcają, wręcz podniecają mnie nowe emocje i przeżycia, a z drugiej moja podświadomość nie chce niczego czuć, bo zbyt gwałtowne uczucia są trudne do zniesienia i czuję przymus zagłuszenia ich jedzeniem. Kiedy o tym myślę, płakać mi się chce z bezsilności.
Co w moim pokoju ma kolor niebieski?
Oh cudowne są te chwile kiedy wyrywasz się z coraz mocniej zaciskających się kleszczy własnych myśli i po prostu śpiewasz!
Ps. Zanim James napisał to ja spaliłam kontakt i uciekłam w popłochu przed zbyt dużymi emocjami.
czwartek, 18 czerwca 2015
W Parku Narodowym Yoho
Miała być Mount Edith, a wyszło Paget Peak. Też dobrze. Chociaż znowu ekstremalnie.
James (nie ten) stwierdził, że pogoda nam nie sprzyja i nie ma czasu na wielkie wspinaczki, bo istnieje zagrożenie burzy z piorunami. Jako, że jeszcze niespieszno nam na drugi świat, wybraliśmy mniejszy szczyt z możliwością przedłużenia wspinaczki o kolejny (w zależności od pogody).
Weszliśmy na szeroki, wygodny szlak, który skończył się po wejściu na Paget Lookout. Po krótkim odpoczynku (szybko, szybko, musimy zdążyć przed burzą!) zaczęliśmy ostrą wspinaczkę po skałach. W między czasie zaliczyłam dwa kryzysy. Rzucałam pod nosem kurwami i zastanawiałam się po cholerę tak się męczę i co ja takiego widzę w tych pieprzonych górach. James nie słyszał, bo wybył daleko do przodu.
Wspinaczka po górach skalistych jest trudna. Po raz kolejny pokaleczyłam sobie dłonie (koniecznie muszę kupić rękawiczki do wspinaczki!), stąpasz po chwiejących się skałach, łapiesz wielki kamor, który zaraz się wywraca i zlatuje z hukiem. Smaczku dodają różne dziwne stworzenia i oczywiście możliwość skręcenia sobie kostki tudzież karku.
Po wejściu na szczyt James stwierdził, że mam wybór, albo zostaję, kontempluję widok, albo idę z nim na drugi szczyt Mount Bosworth. Oczywiście stwierdziłam, że idę dalej, chociaż wejście na kolejny szczyt również przypłaciłam zachwianiem wiary w swój zdrowy rozsądek. James wybył znowu daleko w przód po tym jak rzucił krótką informację gdzie mam iść (widzisz ten szczyt tam daleko, daleko?) a ja po zejściu z Paget Peak stwierdziłam, że...nie wiem gdzie dalej iść. Na szczęście znalazłam świeże ślady na śniegu...
Zachwyt na szczycie Mount Bosworth również nie trwał za długo (widzisz tę mgłę tam? To deszcz, lepiej żeby nas nie złapał na skałach). Znowu pytanie do Ciam: idziemy z powrotem tą samą drogą, czy schodzimy z drugiej strony, chociaż nie ma tam szlaku? Pełna entuzjazmu stwierdziłam, że chcę zobaczyć jak wygląda druga strona góry. Więc poszliśmy.
Znowu śnieg. Dużo śniegu. Bardzo dużo puchatego śniegu w który właziłam po kolana, a nawet uda. Dwa razy tak wdepłam, że ledwo udało mi się wykopać nogę. Wtedy do mnie dotarło, że jestem szalona, a do tego w towarzystwie drugiego szaleńca. Czy ja chcę wyczynowo popełnić samobójstwo?
Po przejściu kilometra w śniegu z radością wgramoliłam się na skały, po których hasałam jak koza-paralityk. Wbrew pozorom wchodzenie na skały jest dużo prostsze od schodzenia, a to i tak nic w porównaniu ze schodzeniem po pokruszonych kamieniach i piasku. Wkurwiona niemiłosiernie nie odzywałam się prawie w ogóle, ale humor nieco poprawił mi się, jak w końcu doszliśmy do lasu, a ja prawie obeschłam po pływaniu w śniegu. James rzucił, że jakby co ma nóż na niedźwiedzie i pumy, ja dodałam informację o swoim gazie pieprzowym na niedźwiedzie i dziarsko weszliśmy w las gwizdając i przyśpiewując (nie wiem czemu, ale do głowy przychodziły mi najpierw piosenki Queen, a potem Myslowitz, Długość dźwięku samotności. James nie komentował polskich przyśpiewek).
Po znalezieniu szlaku oszaleliśmy z radości. Podczas spokojnego spaceru wzdłuż jeziora rozmyślałam nad tym co mnie popchnęło do ponownego zejścia ze szlaku (to nie mój pierwszy raz niestety...) i czy szukanie nowych wrażeń nie poszło za daleko. James z kolei stwierdził, że jest pod ogromnym wrażeniem, że mam jeszcze siłę iść, a ja dumna z siebie pomyślałam, że kondycję jednak dalej mam dobrą (panicznie boję się przytycia i utraty formy). W sumie wyprawa trwała 9 godzin. Deszczu z burzą nie było.
Oh tak, lubię, pociąga i kręci mnie ryzyko pod różną postacią. Myślałam, że szczęście pomyliłam z euforią, albo i fazą maniakalną, ale spokojne szczęście czuwa gdzieś głęboko we mnie przykryte chmurą niestabilności. Wczoraj na zmywaku kucharz stwierdził, że jestem cute, bo dużo się śmieję. Myślę, że odnajdywanie radości w każdej sytuacji, w tym w małych, codziennych rzeczach jest moim sposobem na szczęście w życiu.
James (nie ten) stwierdził, że pogoda nam nie sprzyja i nie ma czasu na wielkie wspinaczki, bo istnieje zagrożenie burzy z piorunami. Jako, że jeszcze niespieszno nam na drugi świat, wybraliśmy mniejszy szczyt z możliwością przedłużenia wspinaczki o kolejny (w zależności od pogody).
Widok z Paget Lookout
Wspinaczka po górach skalistych jest trudna. Po raz kolejny pokaleczyłam sobie dłonie (koniecznie muszę kupić rękawiczki do wspinaczki!), stąpasz po chwiejących się skałach, łapiesz wielki kamor, który zaraz się wywraca i zlatuje z hukiem. Smaczku dodają różne dziwne stworzenia i oczywiście możliwość skręcenia sobie kostki tudzież karku.
Po wejściu na szczyt James stwierdził, że mam wybór, albo zostaję, kontempluję widok, albo idę z nim na drugi szczyt Mount Bosworth. Oczywiście stwierdziłam, że idę dalej, chociaż wejście na kolejny szczyt również przypłaciłam zachwianiem wiary w swój zdrowy rozsądek. James wybył znowu daleko w przód po tym jak rzucił krótką informację gdzie mam iść (widzisz ten szczyt tam daleko, daleko?) a ja po zejściu z Paget Peak stwierdziłam, że...nie wiem gdzie dalej iść. Na szczęście znalazłam świeże ślady na śniegu...
Zachwyt na szczycie Mount Bosworth również nie trwał za długo (widzisz tę mgłę tam? To deszcz, lepiej żeby nas nie złapał na skałach). Znowu pytanie do Ciam: idziemy z powrotem tą samą drogą, czy schodzimy z drugiej strony, chociaż nie ma tam szlaku? Pełna entuzjazmu stwierdziłam, że chcę zobaczyć jak wygląda druga strona góry. Więc poszliśmy.
Znowu śnieg. Dużo śniegu. Bardzo dużo puchatego śniegu w który właziłam po kolana, a nawet uda. Dwa razy tak wdepłam, że ledwo udało mi się wykopać nogę. Wtedy do mnie dotarło, że jestem szalona, a do tego w towarzystwie drugiego szaleńca. Czy ja chcę wyczynowo popełnić samobójstwo?
Po przejściu kilometra w śniegu z radością wgramoliłam się na skały, po których hasałam jak koza-paralityk. Wbrew pozorom wchodzenie na skały jest dużo prostsze od schodzenia, a to i tak nic w porównaniu ze schodzeniem po pokruszonych kamieniach i piasku. Wkurwiona niemiłosiernie nie odzywałam się prawie w ogóle, ale humor nieco poprawił mi się, jak w końcu doszliśmy do lasu, a ja prawie obeschłam po pływaniu w śniegu. James rzucił, że jakby co ma nóż na niedźwiedzie i pumy, ja dodałam informację o swoim gazie pieprzowym na niedźwiedzie i dziarsko weszliśmy w las gwizdając i przyśpiewując (nie wiem czemu, ale do głowy przychodziły mi najpierw piosenki Queen, a potem Myslowitz, Długość dźwięku samotności. James nie komentował polskich przyśpiewek).
Po znalezieniu szlaku oszaleliśmy z radości. Podczas spokojnego spaceru wzdłuż jeziora rozmyślałam nad tym co mnie popchnęło do ponownego zejścia ze szlaku (to nie mój pierwszy raz niestety...) i czy szukanie nowych wrażeń nie poszło za daleko. James z kolei stwierdził, że jest pod ogromnym wrażeniem, że mam jeszcze siłę iść, a ja dumna z siebie pomyślałam, że kondycję jednak dalej mam dobrą (panicznie boję się przytycia i utraty formy). W sumie wyprawa trwała 9 godzin. Deszczu z burzą nie było.
Oh tak, lubię, pociąga i kręci mnie ryzyko pod różną postacią. Myślałam, że szczęście pomyliłam z euforią, albo i fazą maniakalną, ale spokojne szczęście czuwa gdzieś głęboko we mnie przykryte chmurą niestabilności. Wczoraj na zmywaku kucharz stwierdził, że jestem cute, bo dużo się śmieję. Myślę, że odnajdywanie radości w każdej sytuacji, w tym w małych, codziennych rzeczach jest moim sposobem na szczęście w życiu.
sobota, 13 czerwca 2015
Oh wszyscy jesteśmy tacy podekscytowani!
Raz mój znajomy zapytał mnie ile wyrabiam tygodniowo godzin w pracy. Do dziś nie wiedziałam, że około 65-70 h...
Nie jestem oczywiście jedyną pracoholiczką w całym miasteczku. Prawie wszyscy moi znajomi mają po dwie prace, co powoduje, że rzadko kto ma czas na cokolwiek.
Wczoraj stałam z koleżanką, która opowiadała podekscytowana, że w piątek ma wolne i zamierza cały dzień spać, ja z kolei opowiadałam jej o moim poniedziałku, na który mam zaplanowaną wspinaczkę na Mount Edith. Nagle zza termosu z kawą wychyla się Nick - hotelowy housekeeper, który po standardowej wymianie uprzejmości (hi, how are you etc.) stwierdził niemniej od nas poruszony, że niedługo ma wolne i...tu cała lista fantastycznych rzeczy, które zamierza wykonać.
Doszłam do porozumienia z szefem. Pracuję teraz częściej przy śniadaniu niż na front desku, co przyjęłam z ogromną ulgą, bo mogę na luzie rozmawiać z klientami bez strachu, że im karta kredytowa nie przejdzie, albo drzwi do pokoju nie otworzą się...do tego ustaliłam, że w poniedziałki będę miała zawsze wolne, a dzień ten pokrywa się z wolnym dwójki moich znajomych - jedną koleżanką poznaną przez ogłoszenie, w którym napisałam, że szukam towarzyszy do wyjazdów w góry, oraz znajomym z którym byłam dwa razy w górach i który jednak...odzywa się do mnie (o nim pisałam tutaj). Tak, tak, drama queen w Kanadzie również dochodzi do głosu.
W każdym razie wracając do ogłoszenia. Co jakiś czas piszą do mnie różni ludzie i staram się dopasować grafik do nich. Z jednym nowym panem - Shaunem, wybieram się w niedzielę na Sulphur Mountain, pobliską niziutką, bo mierzącą niecałe 2,5 tys. m. górę, na którą będę miała 5 godzin, bo potem idę do drugiej pracy. Podejrzewam, że na takie krótkie wyjazdy będę mogła sobie pozwolić co niedzielę, co przyjmuję z ogromną radością i silnym podekscytowaniem, który jest niczym w porównaniu z możliwościami wyjazdowymi w poniedziałki - dni bez pracy. Poza tym, żeby utrzymać formę - trzy razy w tygodniu chodzę do siłowni.
Wracając do rozmów z dwójką znajomych. Kiedy tak we trójkę odpływaliśmy do krainy naszych marzeń, pomyślałam nie wiadomo po raz który, że naprawdę jestem szczęśliwa.
Nie jestem oczywiście jedyną pracoholiczką w całym miasteczku. Prawie wszyscy moi znajomi mają po dwie prace, co powoduje, że rzadko kto ma czas na cokolwiek.
Wczoraj stałam z koleżanką, która opowiadała podekscytowana, że w piątek ma wolne i zamierza cały dzień spać, ja z kolei opowiadałam jej o moim poniedziałku, na który mam zaplanowaną wspinaczkę na Mount Edith. Nagle zza termosu z kawą wychyla się Nick - hotelowy housekeeper, który po standardowej wymianie uprzejmości (hi, how are you etc.) stwierdził niemniej od nas poruszony, że niedługo ma wolne i...tu cała lista fantastycznych rzeczy, które zamierza wykonać.
Doszłam do porozumienia z szefem. Pracuję teraz częściej przy śniadaniu niż na front desku, co przyjęłam z ogromną ulgą, bo mogę na luzie rozmawiać z klientami bez strachu, że im karta kredytowa nie przejdzie, albo drzwi do pokoju nie otworzą się...do tego ustaliłam, że w poniedziałki będę miała zawsze wolne, a dzień ten pokrywa się z wolnym dwójki moich znajomych - jedną koleżanką poznaną przez ogłoszenie, w którym napisałam, że szukam towarzyszy do wyjazdów w góry, oraz znajomym z którym byłam dwa razy w górach i który jednak...odzywa się do mnie (o nim pisałam tutaj). Tak, tak, drama queen w Kanadzie również dochodzi do głosu.
W każdym razie wracając do ogłoszenia. Co jakiś czas piszą do mnie różni ludzie i staram się dopasować grafik do nich. Z jednym nowym panem - Shaunem, wybieram się w niedzielę na Sulphur Mountain, pobliską niziutką, bo mierzącą niecałe 2,5 tys. m. górę, na którą będę miała 5 godzin, bo potem idę do drugiej pracy. Podejrzewam, że na takie krótkie wyjazdy będę mogła sobie pozwolić co niedzielę, co przyjmuję z ogromną radością i silnym podekscytowaniem, który jest niczym w porównaniu z możliwościami wyjazdowymi w poniedziałki - dni bez pracy. Poza tym, żeby utrzymać formę - trzy razy w tygodniu chodzę do siłowni.
Wracając do rozmów z dwójką znajomych. Kiedy tak we trójkę odpływaliśmy do krainy naszych marzeń, pomyślałam nie wiadomo po raz który, że naprawdę jestem szczęśliwa.
czwartek, 4 czerwca 2015
Zagubiona
Czasem mam wrażenie, że za dużo się dzieję i powoli przestaję ogarniać.
Szef nawet wezwał mnie na dywanik i powiedział, że ma wrażenie, że nie może mnie zostawić samej na front desku, bo sprawiam wrażenie jakbym myślami była gdzieś indziej. Fakt, dwie prace, burzliwe życie towarzyskie i brak snu powodują spięcia w mózgu ;).
Mam wrażenie, że faktycznie nie nadaję się do reprezentacyjnej pracy, w Polsce byłam kiepskim liderem (z biznesowego punktu widzenia) i żadna ze mnie managerka. Coś czuję, że w życiu się nie ustatkuję i na starość będę żebrać albo dostawać jedzenie za historie z życia wzięte.
Ps. uwielbiam tę babkę z początku filmiku! Jak zrobię coś głupiego albo za bardzo się przejmuję życiem to sobie pomyślę: fuck this shit! I'm fabulous
wtorek, 26 maja 2015
Ciapaki, British Colombia i brzydka prawda o Ciam
Wiedziałam, że tak będzie. Słuchałam sfrustrowanych współpracowników na temat nadchodzącego sezonu ze zdziwieniem, nieco z zakłopotaniem oraz może z wyższością: o nie, ja taką frustratką nie jestem. Nie będę sobie psuła nerwów sezonową robotą.
Oczywiście, że jestem frustratką!
Sezon jeszcze w pełni nie zaczął się, a już zaczynam odczuwać początki rasizmu do Hindusów i Chińczyków. Przychodzi hołota do hotelu, pełnym wyższości tonem i łamaną angielszczyzną żąda dodatkowych mydełek, szamponów, wiadra kawy, narobi burdel w pokoju, nawrzeszczy na opieszałą obsługę i jeszcze napisze negatywną ocenę na booking.com, bo nie daliśmy 50 proc. zniżki za brak sałatki owocowej.
Kiedy z podniesionym ciśnieniem żalę się reszcie załogi wszyscy kiwają ze zrozumieniem głową. Starzy wyjadacze mówią zaś z dobrotliwym uśmiechem, że to jeszcze nic, poczekaj na Izraelitów. Strach się bać.
Dziś stałam za ladą z francuzką housekeeperką i rozmawiałyśmy o ciężkim żywocie pracowników hotelu. Na poprawę humoru temat zszedł na podróże (a potem na bajki Disney'a hyhy). Podróże (Disney zresztą też) zawsze poprawiają mi humor. Oczywiście wszyscy zamierzamy po skończeniu sezonu wybrać się gdzieś w siną dal po Kanadzie i USA. Sama jeszcze nie wiem do końca gdzie i jak, ale mam kilka punktów do odhaczenia.
Francuzka po raz kolejny rozpływała się nad Whistler, BC, a ja doszłam do wniosku, że w sumie czemu nie rzucić dotychczasowej pracy po letnim sezonie i zimowy spędzić w innym miejscu? Takim na przykład Whistler, który jest równie dobry jak każdy inny kurort w Kanadzie. I tu można kogoś poznać.
Pisząc tego posta oświeciło mnie po co tak naprawdę umawiam się z tymi facetami. Refleksja jest przygnębiająca.
Otóż znowu liczyłam na szczęście, że znajdę miłego kanadyjskiego drwala - zapalonego podróżnika, z którym wybiorę się w podróż. Po kolejnej nieudanej randce z panem, który okazał się byłym alkoholikiem, który stracił prawko i siedział pół roku w więzieniu za jazdę po pijaku, stwierdziłam, że o nie droga Ciam, życie wyraźnie Ci pokazuje, że wszystko musisz zdobyć sama, bez drogi na skróty. Nie pierwszy raz zresztą. Jestem samodzielna, bo muszę, a nie - bo chcę.
Zamiast luksusowego podróżowania z miłością życia muszę zapakować się w turystyczny plecak i sama sobie wszystko zorganizować. Przecież potrafię. Całe szczęście znalazłam fundację, która między innymi organizuje wycieczki z przewodnikiem po górach skalistych za małe pieniądze, więc nie muszę szukać po omacku doświadczonych wspinaczy i traperów, żeby nie zginąć zjedzona przez niedźwiedzie tudzież pumy.
No cóż, przynajmniej dowiedziałam się, czemu jestem sama. Jestem strasznie interesowna i niczego od siebie nie daję. Tu nawet nie chodzi o miłość. Chciałam żeby ktoś się w końcu mną zaopiekował, zadbał, powiedział, żebym się o nic nie martwiła, ja zapłacę, załatwię, przyniosę i podam. Ale nie kurwa, wszystko muszę sama. Dzięki losie! Fuck you!
sobota, 23 maja 2015
Moja droga życiowa
Luźna rozmowa po 22 z pewnym nieznajomym.
Scenariusz takich rozmów wygląda podobnie. Najpierw pytają skąd pochodzę, jak mi się tu podoba, od kiedy jestem, na ile zostaję, co zwiedziłam. Amerykanie zaś często (nie wiedzieć w sumie czemu) pytają o gospodarkę Polski by potem nie zważając na to co mówię pokiwać litościwie głową, że ah ta biedna Polska.
Wracając do dzisiejszej rozmowy. Pan pyta na ile zostaję, ja zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy odpowiadam, że na rok, a pan na to, że ah to w takim razie luźna turystyka i co jeśli się zakocham.
Znowu zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy i znajomością swoich uczuć stwierdziłam, że jak się zakocham ze wzajemnością (co jak wiadomo bywa trudne do osiągnięcia) to bez wahania zostaję.
Nagle doznałam Deja vu. Jeszcze będąc w Polsce jak już zwierzałam się ze swoich planów i otrzymywałam dokładnie to samo pytanie to odpowiadałam, że jakbym się zakochała ze wzajemnością (kurewsko trudne do osiągnięcia!) to bez wahania zostaję.
Teraz tak sobię myślę, ile jeszcze razy będę zaklinać rzeczywistość i rzucać wyzwanie losowi - gdzie ta odwzajemniona miłość! Zostaję gdziekolwiek się pojawi!
A jak się nie pojawi to przynajmniej będę miała wiele ciekawych romansów na całym świecie i będzie co kotom na starość opowiadać ;).
Scenariusz takich rozmów wygląda podobnie. Najpierw pytają skąd pochodzę, jak mi się tu podoba, od kiedy jestem, na ile zostaję, co zwiedziłam. Amerykanie zaś często (nie wiedzieć w sumie czemu) pytają o gospodarkę Polski by potem nie zważając na to co mówię pokiwać litościwie głową, że ah ta biedna Polska.
Wracając do dzisiejszej rozmowy. Pan pyta na ile zostaję, ja zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy odpowiadam, że na rok, a pan na to, że ah to w takim razie luźna turystyka i co jeśli się zakocham.
Znowu zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy i znajomością swoich uczuć stwierdziłam, że jak się zakocham ze wzajemnością (co jak wiadomo bywa trudne do osiągnięcia) to bez wahania zostaję.
Nagle doznałam Deja vu. Jeszcze będąc w Polsce jak już zwierzałam się ze swoich planów i otrzymywałam dokładnie to samo pytanie to odpowiadałam, że jakbym się zakochała ze wzajemnością (kurewsko trudne do osiągnięcia!) to bez wahania zostaję.
Teraz tak sobię myślę, ile jeszcze razy będę zaklinać rzeczywistość i rzucać wyzwanie losowi - gdzie ta odwzajemniona miłość! Zostaję gdziekolwiek się pojawi!
A jak się nie pojawi to przynajmniej będę miała wiele ciekawych romansów na całym świecie i będzie co kotom na starość opowiadać ;).
środa, 20 maja 2015
Wyprawa do Lake Louise
W tygodniu mam tylko jeden cały dzień wolny. Staram się go wykorzystać maksymalnie i gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Lake Louise od niemal początku było na liście must-see.
Do Lake Louise mogłam dojechać autobusem Greyhound, jednak udało mi się znaleźć towarzystwo i pojechaliśmy z Jamesem samochodem.
Lake Louise to nazwa jeziora oraz pobliskiego miasteczka turystycznego. W pobliżu jeziora usytuowane jest tzw. Chateau, ale z zamkiem ma on niewiele wspólnego. No może wielkość...w każdym razie "zamek" urodą nie powala.
Samo jezioro niestety było zamarźnięte. Tak, mamy połowę maja, a w Lake Louise panuje sroga zima, śnieg na drodze, brakuje tylko niedźwiedzi polarnych i neandertalczyków.
Z Jamesem weszliśmy na krótki szlak mierzący 5 km w jedną stronę. Wydawało mi się, że to będzie przyjemny spacerek, trochę pod górę, ale raczej płaski teren. Dla mnie pestka, za to James okazał się człowiekiem o słabej kondycji i silnej potrzebie zwrócenia uwagi na swój ból i cierpienie. Ja za to podczas powrotu wywróciłam się na tyłek, który potem strasznie mnie bolał (ubrałam głupia zwykłe adidasy, bo pomyślałam, że po co mi buty trekkingowe na 5 km. płaski teren), ale to i tak nic w porównaniu z jękami i stękaniem Jamesa, dla którego 10 km. to dużo.
No dobra, ciekawskich oświecę. James to randka do tego niepokojąco przypominająca sprzed wieków A. (więcej o nim tutaj), czyli wysoki, przystojny, ale...dziwny. Raczej drugi raz się z nim nie spotkam. Chociaż z drugiej strony...czemu wariaci mnie pociągają? Swój swojego ciągnie, czy co?
sobota, 16 maja 2015
Chcesz - masz
Jeszcze niedawno pisałam, że tęsknie za twarogiem, a tu proszę - twaróg niespodziewanie pojawił się w...moim garnku.
Mam kryzys finansowy. I to poważny. Szef daje mi niepełny wymiar godzin i tak popieprzony grafik, że tylko cud mógłby sprawić, żeby drugi pracodawca dostosował się do niego.
Generalnie uważam, że urodziłam się w czepku i z różnych kryzysów wychodzę obronną ręką. Są jednak dwie sprawy, w których jestem beznadziejnym pechowcem - miłość i finanse. Nigdy nie cierpiałam na nadmiar pieniędzy i zawsze nieźle musiałam oszczędzać, żeby uzbierać na wyjazdy. Co do miłości to chyba nawet nie muszę tłumaczyć skąd ten pomysł.
Z powodu kryzysu finansowego muszę oszczędzać na czym się da. W tym staram się oszczędzać na jedzeniu. Przykładowo zaczęłam sama robić jogurt - że niby dla zdrowia, ale wiadomo - mleko jest tańsze od jogurtu ;). Nie będę się rozpisywać nad przepisem - wystarczy ugotować mleko, chwilę zostawić do wystygnięcia i wlać 200ml. jogurtu na 1 l. mleka.
Dziś przekombinowałam. Nie ugotowałam mleka, tylko wlałam jogurt to pogrzanego i stał się cud, mleko się zważyło i zamiast jogurtu wyszedł twaróg.
Zagranico to jednak niezłe cuda wychodzą.
Mam kryzys finansowy. I to poważny. Szef daje mi niepełny wymiar godzin i tak popieprzony grafik, że tylko cud mógłby sprawić, żeby drugi pracodawca dostosował się do niego.
Generalnie uważam, że urodziłam się w czepku i z różnych kryzysów wychodzę obronną ręką. Są jednak dwie sprawy, w których jestem beznadziejnym pechowcem - miłość i finanse. Nigdy nie cierpiałam na nadmiar pieniędzy i zawsze nieźle musiałam oszczędzać, żeby uzbierać na wyjazdy. Co do miłości to chyba nawet nie muszę tłumaczyć skąd ten pomysł.
Z powodu kryzysu finansowego muszę oszczędzać na czym się da. W tym staram się oszczędzać na jedzeniu. Przykładowo zaczęłam sama robić jogurt - że niby dla zdrowia, ale wiadomo - mleko jest tańsze od jogurtu ;). Nie będę się rozpisywać nad przepisem - wystarczy ugotować mleko, chwilę zostawić do wystygnięcia i wlać 200ml. jogurtu na 1 l. mleka.
Dziś przekombinowałam. Nie ugotowałam mleka, tylko wlałam jogurt to pogrzanego i stał się cud, mleko się zważyło i zamiast jogurtu wyszedł twaróg.
Zagranico to jednak niezłe cuda wychodzą.
wtorek, 12 maja 2015
Między górami a za ladą
Boss któregoś pięknego dnia zagadnął do mnie znienacka: - Ciamku, a w ogóle tęsknisz ty za Polską? Rodziną? Chłopakiem? - Bossu, za Polską nie tęsknie, bo za wcześnie, z rodziną i znajomymi utrzymuję stały kontakt, chłopaka nie mam, tylko twarogu mi brakuje...;)
Kurcze, wiesz, że kilka dni temu strzelił mi miesiąc w Kanadzie? Jak ten czas zapier...nicza!
W Kanadzie czuję się jak u siebie. Swój kącik urządziłam z pogodną myślą, że oto te cztery kąty od teraz będą moją oazą spokoju i pieczarą w której ukryję się przed całym złem tego świata.
Teraz widzę, że tęskniłam za amerykańskim luzem, uśmiechem, a nawet powtarzanym do każdego jak mantra: Hi! How are you? I równie mantrowym odpowiadaniem: good!/not bad/oh fabulous. A może tęskniłam za wolnością i robieniem tego o czym marzyłam od lat (tak, od lat marzyłam o gównianej robocie wykonywanej w raju). A może nie chodzi o miejsce, tylko o poczucie wartościowego spędzania czasu, albo o myśl, że jest się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Jakby nie było, czuję się spełniona. W gruncie rzeczy, bo dołki, załamki i łzy też były.
Ciężko w jednym poście opisać wszystkie anegdoty i przygody, które przeżyłam w ciągu minionego miesiąca. Niektóre historie straciły już na znaczeniu, inne przestały być tak śmieszne jak za pierwszym opowiedzeniem, kolejne po prostu wyblakły, bo zastąpiły je inne. Niektóre też chcę zachować tylko dla siebie.
Pokrótce opowiem o swoich spostrzeżeniach. Po pierwsze, w prowincji, w której obecnie znajduję się panuje zbiorowa histeria dotycząca dzikiej zwierzyny. Każdy, ale to absolutnie każdy ostrzega o groźnych niedźwiedziach grizzli, pumach, wilkach i krwiożerczych łosiach w czasie rui. Właściwie jakbym tak każdego słuchała to bym z domu ze strachu nie wychodziła. No i faktycznie początkowo bałam się gdziekolwiek wychodzić poza miasto, ale jak to u mnie bywa - ciekawość była silniejsza od strachu i teraz niemal codziennie jestem na jakieś trasie i dobrze, bo większość osób, które sieją strach i popłoch - w życiu nie weszła na żadną górę. Ale żeby nie było - spray na niedźwiedzie noszę zawsze przy sobie, a poza tym daję koncerty w najbardziej odludnych miejscach żeby ostrzec zwierzynę, że oto idzie człowiek.
Po drugie, większość kanadyjczyków myśli, że jestem z Montrealu, bo mam obcy akcent. Najpierw myślałam, że hoho mam seksowny francuski akcent, ale jedna obeznana w świecie Kanadyjka ostudziła mój zapał twierdząc, że ewidentnie pochodzę z Europy, do tego wschodniej.
Polacy są rasistami. Naprawdę. Niby światowcy, jeżdżą, zwiedzają, poznają, ale swoje zdanie na temat innych nacji mają. Powiem więcej, w hotelu w którym pracuję właściwie dochodzi do regularnych batalii polsko-filipińskich. Polacy bez cienia wstydu mówią o Filipińczykach jako małpach, które ledwo z drzewa zeszły i gdzie im tam do cywilizowanej Polski. Nie wiem jak to komentować. Polki za to znane są z tego, że lubią Kanadyjczyków. Cokolwiek to znaczy.
Jeśli o mnie chodzi to wiadomo - problemy z Polski przywiozłam do Kanady. Przed wyjazdem najbardziej bałam się samotności. Strach ten wręcz mnie obezwładniał, że myślałam, że w końcu nigdzie nie polecę. I wiesz co najlepsze/najgorsze? Że faktycznie jestem tu sama. Nie poznałam żadnego drwala, który chciałby ze mną spędzać czas. Co dziwne, nawet facet, którego poznałam przez grupę wspinaczkową na Facebooku, przestał się do mnie odzywać po dwóch wejściach na górę, chociaż myślałam, że znaleźliśmy wspólny język (angielski :p). Najbardziej jednak zrozumiałam stan swojego położenia po tym jak Filipinki zaczęły się nade mną litować, że spędzam czas głównie sama i nie jestem blisko z Polakami z hotelu. Nie wiem dlaczego, zastanawiałam się czy czasem nieświadomie odpycham ludzi, ale wszyscy mówią, że jestem uśmiechnięta i wesoła, więc sama nie wiem. Może tak po prostu ze mną jest...
Okazało się, że spełnił się mój największy koszmar z Polski i wcale przez to nie umarłam. Na szczęście mam co tu robić, penetruję nowe trasy, zdobywam nowe szczyty (muszę, ale to muszę się pochwalić! Zdobyłam szczyt Grotto Mountain, które jest wyższe od Rysów!), nawet dałam ogłoszenie, że szukam towarzyszy wspinaczki (bo jednak w grupie bezpieczniej...). Lepiej nie roztrzącać czemu w sumie ludzie nie chcą spędzać ze mną czasu? A może to ja się od ludzi odsuwam i zamiast wychodzić do ludzi to od razu uciekam w dziką głuszę...
Kurcze, wiesz, że kilka dni temu strzelił mi miesiąc w Kanadzie? Jak ten czas zapier...nicza!
W Kanadzie czuję się jak u siebie. Swój kącik urządziłam z pogodną myślą, że oto te cztery kąty od teraz będą moją oazą spokoju i pieczarą w której ukryję się przed całym złem tego świata.
Teraz widzę, że tęskniłam za amerykańskim luzem, uśmiechem, a nawet powtarzanym do każdego jak mantra: Hi! How are you? I równie mantrowym odpowiadaniem: good!/not bad/oh fabulous. A może tęskniłam za wolnością i robieniem tego o czym marzyłam od lat (tak, od lat marzyłam o gównianej robocie wykonywanej w raju). A może nie chodzi o miejsce, tylko o poczucie wartościowego spędzania czasu, albo o myśl, że jest się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Jakby nie było, czuję się spełniona. W gruncie rzeczy, bo dołki, załamki i łzy też były.
Ciężko w jednym poście opisać wszystkie anegdoty i przygody, które przeżyłam w ciągu minionego miesiąca. Niektóre historie straciły już na znaczeniu, inne przestały być tak śmieszne jak za pierwszym opowiedzeniem, kolejne po prostu wyblakły, bo zastąpiły je inne. Niektóre też chcę zachować tylko dla siebie.
Pokrótce opowiem o swoich spostrzeżeniach. Po pierwsze, w prowincji, w której obecnie znajduję się panuje zbiorowa histeria dotycząca dzikiej zwierzyny. Każdy, ale to absolutnie każdy ostrzega o groźnych niedźwiedziach grizzli, pumach, wilkach i krwiożerczych łosiach w czasie rui. Właściwie jakbym tak każdego słuchała to bym z domu ze strachu nie wychodziła. No i faktycznie początkowo bałam się gdziekolwiek wychodzić poza miasto, ale jak to u mnie bywa - ciekawość była silniejsza od strachu i teraz niemal codziennie jestem na jakieś trasie i dobrze, bo większość osób, które sieją strach i popłoch - w życiu nie weszła na żadną górę. Ale żeby nie było - spray na niedźwiedzie noszę zawsze przy sobie, a poza tym daję koncerty w najbardziej odludnych miejscach żeby ostrzec zwierzynę, że oto idzie człowiek.
Taką zwierzynę upolowałam!
Po drugie, większość kanadyjczyków myśli, że jestem z Montrealu, bo mam obcy akcent. Najpierw myślałam, że hoho mam seksowny francuski akcent, ale jedna obeznana w świecie Kanadyjka ostudziła mój zapał twierdząc, że ewidentnie pochodzę z Europy, do tego wschodniej.
Polacy są rasistami. Naprawdę. Niby światowcy, jeżdżą, zwiedzają, poznają, ale swoje zdanie na temat innych nacji mają. Powiem więcej, w hotelu w którym pracuję właściwie dochodzi do regularnych batalii polsko-filipińskich. Polacy bez cienia wstydu mówią o Filipińczykach jako małpach, które ledwo z drzewa zeszły i gdzie im tam do cywilizowanej Polski. Nie wiem jak to komentować. Polki za to znane są z tego, że lubią Kanadyjczyków. Cokolwiek to znaczy.
Jeśli o mnie chodzi to wiadomo - problemy z Polski przywiozłam do Kanady. Przed wyjazdem najbardziej bałam się samotności. Strach ten wręcz mnie obezwładniał, że myślałam, że w końcu nigdzie nie polecę. I wiesz co najlepsze/najgorsze? Że faktycznie jestem tu sama. Nie poznałam żadnego drwala, który chciałby ze mną spędzać czas. Co dziwne, nawet facet, którego poznałam przez grupę wspinaczkową na Facebooku, przestał się do mnie odzywać po dwóch wejściach na górę, chociaż myślałam, że znaleźliśmy wspólny język (angielski :p). Najbardziej jednak zrozumiałam stan swojego położenia po tym jak Filipinki zaczęły się nade mną litować, że spędzam czas głównie sama i nie jestem blisko z Polakami z hotelu. Nie wiem dlaczego, zastanawiałam się czy czasem nieświadomie odpycham ludzi, ale wszyscy mówią, że jestem uśmiechnięta i wesoła, więc sama nie wiem. Może tak po prostu ze mną jest...
Okazało się, że spełnił się mój największy koszmar z Polski i wcale przez to nie umarłam. Na szczęście mam co tu robić, penetruję nowe trasy, zdobywam nowe szczyty (muszę, ale to muszę się pochwalić! Zdobyłam szczyt Grotto Mountain, które jest wyższe od Rysów!), nawet dałam ogłoszenie, że szukam towarzyszy wspinaczki (bo jednak w grupie bezpieczniej...). Lepiej nie roztrzącać czemu w sumie ludzie nie chcą spędzać ze mną czasu? A może to ja się od ludzi odsuwam i zamiast wychodzić do ludzi to od razu uciekam w dziką głuszę...
sobota, 11 kwietnia 2015
Z pamiętnika Ciam na obczyźnie
Doleciałam. Żyję. Kanada zachwyca i sprawia, że czuję się jak u siebie. Ale po kolei.
Napisałam strasznie długiego posta o tym jak minęła mi podróż, ale pomyślałam, że to bez sensu i trochę przynudzam ;). W skrócie więc: czułam się jakby cały świat mi sprzyjał i chciał żebym do Kanady doleciała bez problemów (nawet mimo celowej partyzantki i spania na lotnisku w Newark). Wszystkie po drodze rzeczy załatwiałam sprawnie i szybko. Urzędnik imigracyjny stwierdził, że jestem szczęściarą jak mu opowiedziałam dokąd jadę i co będę robiła. Z radością wlepił mi do paszportu pozwolenie na pracę i życzył szczęścia.
Szczęście mnie nie opuszczało i w samej pracy, gdzie szef kazał mi na początek dużo odpoczywać, a potem dbał o to, żebym dobrze się czuła. Pracuję z kilkoma Polakami, którzy są mili i pomocni. Na razie tylko przyglądam się co ludzie z Front Desku robią i czasem stresuję się czy będę rozumiała czego chcą ode mnie klienci. Prawdę jednak mówiąc w Kanadzie nie ma takiego zróżnicowania akcentów jak w Stanach, gdzie kiedy po raz pierwszy tam przyleciałam, przez tydzień miałam depresję, że tych Jankesów w ogóle nie rozumiem.
Zaczynam też powoli poznawać Kanadyjczyków. Cóż, prawdą jest, że mają chyba trochę inne pojęcie zimna jak Polacy. 2st C i słońce to właściwa pora na ubranie koszulki i japonek, a dzieci jedzące lody na ulicy przestały mnie już nawet dziwić. Poza tym, jak wszyscy Amerykanie, są uprzejmi, pomocni i przy okazji nie narzucający się.
Wracając do tematu szczęścia. W sprawach sercowych chyba mnie opuściło, choć trzeba przyznać, że Kanadyjczycy różnią się od Polaków mocno w sprawach seksu. Polakowi jak mówię nie, to rzadko on to szanuje. Kanadyjczyk (a przynajmniej ten, którego poznałam) od razu odpuścił i nie liczył, że nagle jednak zmienię zdanie i ochoczo się z nim bzyknę. Po tym sobie po prostu poszedł. Wydaje mi się, że oczami mu więcej powiedziałam jak słowami, bo jak na mnie spojrzał to zrobiło mu się glupio i zaraz się zawinął. Przez ułamek sekundy poczułam, że naprawdę potrzebuję miłości a nie seksu z pierwszym lepszym. Potem jednak doszłam do siebie. Mam nadzieję, że nie będę więcej straszyła oczami spragnionego miłości Bambi ;)
Napisałam strasznie długiego posta o tym jak minęła mi podróż, ale pomyślałam, że to bez sensu i trochę przynudzam ;). W skrócie więc: czułam się jakby cały świat mi sprzyjał i chciał żebym do Kanady doleciała bez problemów (nawet mimo celowej partyzantki i spania na lotnisku w Newark). Wszystkie po drodze rzeczy załatwiałam sprawnie i szybko. Urzędnik imigracyjny stwierdził, że jestem szczęściarą jak mu opowiedziałam dokąd jadę i co będę robiła. Z radością wlepił mi do paszportu pozwolenie na pracę i życzył szczęścia.
Zdjęcie zrobione komórką, ale co tam. To moja okolica ;)
Zaczynam też powoli poznawać Kanadyjczyków. Cóż, prawdą jest, że mają chyba trochę inne pojęcie zimna jak Polacy. 2st C i słońce to właściwa pora na ubranie koszulki i japonek, a dzieci jedzące lody na ulicy przestały mnie już nawet dziwić. Poza tym, jak wszyscy Amerykanie, są uprzejmi, pomocni i przy okazji nie narzucający się.
Wracając do tematu szczęścia. W sprawach sercowych chyba mnie opuściło, choć trzeba przyznać, że Kanadyjczycy różnią się od Polaków mocno w sprawach seksu. Polakowi jak mówię nie, to rzadko on to szanuje. Kanadyjczyk (a przynajmniej ten, którego poznałam) od razu odpuścił i nie liczył, że nagle jednak zmienię zdanie i ochoczo się z nim bzyknę. Po tym sobie po prostu poszedł. Wydaje mi się, że oczami mu więcej powiedziałam jak słowami, bo jak na mnie spojrzał to zrobiło mu się glupio i zaraz się zawinął. Przez ułamek sekundy poczułam, że naprawdę potrzebuję miłości a nie seksu z pierwszym lepszym. Potem jednak doszłam do siebie. Mam nadzieję, że nie będę więcej straszyła oczami spragnionego miłości Bambi ;)
niedziela, 5 kwietnia 2015
Ostatnia niedziela w Polsce
Trzydzieści kilogramów. Tyle może maksymalnie wynieść bagaż zawierający cały mój dobytek. Co ciekawe, zmieściłam się.
3/4 ciuchów wywaliłam do kosza i poczułam ogromną ulgę. Wiele ubrań mam nawet z liceum (tak, tak, mieszczę się, ale nie wiem czy to akurat powód do chluby). W Polsce zostawiam całą swoją bibliotekę (no niestety, książki dużo ważą), kilka okropnych koszulek, których żal mi wywalać i bibeloty, których nie ma sensu zabierać, a też szkoda wywalać.
Ten tydzień był czasem pożegnań. Żegnałam nie tylko znajomych i przyjaciół, ale też miejsca, trasy i widoki Wrocławia. Wiele rzeczy celebrowałam z myślą, że to ostatni raz. Ostatnia jazda do pracy, ostatni rzut oka na siłownię, ostatnia jazda tramwajem, ostatnia przechadzka po rynku...
Pierwsze ukłucie w sercu poczułam jednak już w lutym zeszłego roku kiedy wpadłam na pomysł wylotu do Kanady. Wracałam wtedy do swojego wynajmowanego mieszkania, włożyłam klucze do zamka i pomyślałam, że wkrótce opuszczę to miejsce na zawsze. Melancholia potem co jakiś czas dopadała mnie. Czas zatrzymywał się i po prostu chłonęłam atmosferę miejsca.
Mimo względnego i wręcz zaskakującego spokoju, wczoraj poczułam lekką panikę. Boję się, że coś pójdzie nie tak, szef okaże się mafiozą i wywiezie mnie do burdelu, zadźgają mnie maczetą w Nowym Jorku, albo podłożą narkotyki na lotnisku, już nie mówiąc o katastrofie lotniczej. Uspokoiłam się dzięki oddychaniu przeponowemu i rozmowie z przyjaciółmi.
Przyjaciele są dla mnie najważniejsi. Kit z chłopami, obym znalazła w Kanadzie bratnią duszę.
Cóż, następny post już będzie z Kanady. Życzę Ci wesołych świąt!
Ten tydzień był czasem pożegnań. Żegnałam nie tylko znajomych i przyjaciół, ale też miejsca, trasy i widoki Wrocławia. Wiele rzeczy celebrowałam z myślą, że to ostatni raz. Ostatnia jazda do pracy, ostatni rzut oka na siłownię, ostatnia jazda tramwajem, ostatnia przechadzka po rynku...
Pierwsze ukłucie w sercu poczułam jednak już w lutym zeszłego roku kiedy wpadłam na pomysł wylotu do Kanady. Wracałam wtedy do swojego wynajmowanego mieszkania, włożyłam klucze do zamka i pomyślałam, że wkrótce opuszczę to miejsce na zawsze. Melancholia potem co jakiś czas dopadała mnie. Czas zatrzymywał się i po prostu chłonęłam atmosferę miejsca.
Mimo względnego i wręcz zaskakującego spokoju, wczoraj poczułam lekką panikę. Boję się, że coś pójdzie nie tak, szef okaże się mafiozą i wywiezie mnie do burdelu, zadźgają mnie maczetą w Nowym Jorku, albo podłożą narkotyki na lotnisku, już nie mówiąc o katastrofie lotniczej. Uspokoiłam się dzięki oddychaniu przeponowemu i rozmowie z przyjaciółmi.
Przyjaciele są dla mnie najważniejsi. Kit z chłopami, obym znalazła w Kanadzie bratnią duszę.
Cóż, następny post już będzie z Kanady. Życzę Ci wesołych świąt!
wtorek, 31 marca 2015
Kanadyjscy drwale
Ostatnie dni do wylotu są nieco wolniejsze. Prawie wszystko mam już pozałatwiane, wydrukowane, sprawdzone i dopięte na ostatni guzik.
Dziś mam ostatni dzień w pracy, dostałam mnóstwo prezentów, życzeń i dobrych rad (pamiętaj o gazie pieprzowym na niedźwiedzie!). Po imprezie pożegnalnej cały dzień leczyłam kaca. Ahh...pożegnania są trudne.
Teraz została część bardziej przyjemna, czyli jakieś tam zakupy i...szukanie znajomych w Kanadzie.
Jeśli chodzi o zakupy to po szybkim researchu cen w kanadyjskich sklepach dochodzę do wniosku, że niczego na zapas nie kupuję i biorę ze sobą stare, napoczęte kosmetyki do wykończenia, a potem zacznę stosować kanadyjskie. Ciuchy, plecak trekkingowy i jakiś nowy laptop też sobie darowałam, bo w Kanadzie ceny są w miarę podobne (albo mniejsze).
Co do nowych znajomości to tutaj pełno niespodzianek. Nie mogę jeszcze mówić o jakichś różnicach kulturowych, bo za krótko z Kanadyjczykami rozmawiam, ale wszyscy są dla mnie bardzo mili i chętni do pomocy. Generalnie w ciągu dwóch tygodni znalazłam z dziesięciu ochotników do podwózki mnie z lotniska, na szczęście sam boss po mnie przyjedzie więc muszę odmawiać.
Poza tym nasłuchałam się tyle komplementów, że obrosnę w piórka. Od takiej ilości słów uznania idzie zgłupieć i zastanawiam się czy Kanadyjczycy mają inny gust (w sensie lepszy), Polacy są wybredni, czy po prostu nasi rodacy nie są tak skorzy do komplementowania. Zresztą temat urody jest dla mnie bardzo ryzykowny i staram się nie przywiązywać do komentarzy na swój temat większej uwagi, chociaż komplementy są tak miłe...
Poza tym podrywy kanadyjskie wyglądają czasem równie topornie jak polskie. Wiadomości od napaleńców mają podobnie jak w Polsce różną postać, od bardziej dosadnych w stylu: "ładna jesteś, ruchałbym Cię", po bardziej subtelne: "czeka tu na Ciebie coś twardego do potrzymania".
Na szczęście wśród tego tłumu znajdują się perełki, które dodają mi otuchy, że w Kanadzie na pewno sama nie będę i zawsze mogę liczyć na ich pomoc i wsparcie.
sobota, 28 marca 2015
Co się dzieje z Ciam?
Długo, bardzo długo nie pisałam. Wszystko nagle przyspieszyło. Dostałam pracę w Kanadzie i wylatuję 6 kwietnia do Alberty.
Pracę znalazłam sama. Wysyłałam dzień w dzień po kilka(naście) aplikacji i przeszłam kilka rozmów kwalifikacyjnych w tym jedną od pośrednika. Tego samego dnia, kiedy rozmawiałam przez Skype'a z hotelem złapanym przez pośrednika, dostałam maila od mojego pracodawcy, że z chęcią ze mną porozmawia.
Po bardzo krótkiej rozmowie zszokowana usłyszałam, że za chwilę dostanę na maila kontrakt do podpisania i mam przylatywać jak najszybciej. Wręcz wybłagałam żebym mogła zostać w Polsce do świąt. Łaskawy pracodawca przystał na to :).
Niemal natychmiast wpadłam w wir przygotowań, zakupów, zamykania różnych spraw, szykowania imprezy pożegnalnej itd. W między czasie wyjechałam na weekend do Londynu, trenuję i chodzę do psycholki. Pozamykałam konta bankowe, kupiłam ubezpieczenie, poszłam do dentysty, dałam wypowiedzenie w pracy...
U psycholki doszłam do wniosku, że naprostowałam to co miałam do naprostowania. Czuję się silniejsza i gotowa na przygodę. Minęły wątpliwości i strach, teraz po prostu skupiam się na załatwianiu wszystkiego. We wtorek mam ostatni dzień w pracy i może wtedy dotrze do mnie, że naprawdę wyjeżdżam...
Trener Ł. pieje z zachwytów i mówi (uwaga, cytuję!), że jestem chuda jak nigdy! Trochę boję się, że od syropu klonowego przytyję, ale w mieście do którego jadę będzie siłownia, więc możliwości są.
Postaram się informować na bieżąco. Przede mną niezłe wyzwanie. Przesiadka w Nowym Jorku i wylot do Kanady z innego lotniska niż przylot. Lecę dolce kupować i drukować możliwe sposoby dojazdu (wg Tripadvisora będzie ciężko...)
Swoją drogą ile par skarpetek spakować na roczny wyjazd? :D
Pracę znalazłam sama. Wysyłałam dzień w dzień po kilka(naście) aplikacji i przeszłam kilka rozmów kwalifikacyjnych w tym jedną od pośrednika. Tego samego dnia, kiedy rozmawiałam przez Skype'a z hotelem złapanym przez pośrednika, dostałam maila od mojego pracodawcy, że z chęcią ze mną porozmawia.
Po bardzo krótkiej rozmowie zszokowana usłyszałam, że za chwilę dostanę na maila kontrakt do podpisania i mam przylatywać jak najszybciej. Wręcz wybłagałam żebym mogła zostać w Polsce do świąt. Łaskawy pracodawca przystał na to :).
Niemal natychmiast wpadłam w wir przygotowań, zakupów, zamykania różnych spraw, szykowania imprezy pożegnalnej itd. W między czasie wyjechałam na weekend do Londynu, trenuję i chodzę do psycholki. Pozamykałam konta bankowe, kupiłam ubezpieczenie, poszłam do dentysty, dałam wypowiedzenie w pracy...
U psycholki doszłam do wniosku, że naprostowałam to co miałam do naprostowania. Czuję się silniejsza i gotowa na przygodę. Minęły wątpliwości i strach, teraz po prostu skupiam się na załatwianiu wszystkiego. We wtorek mam ostatni dzień w pracy i może wtedy dotrze do mnie, że naprawdę wyjeżdżam...
Trener Ł. pieje z zachwytów i mówi (uwaga, cytuję!), że jestem chuda jak nigdy! Trochę boję się, że od syropu klonowego przytyję, ale w mieście do którego jadę będzie siłownia, więc możliwości są.
Postaram się informować na bieżąco. Przede mną niezłe wyzwanie. Przesiadka w Nowym Jorku i wylot do Kanady z innego lotniska niż przylot. Lecę dolce kupować i drukować możliwe sposoby dojazdu (wg Tripadvisora będzie ciężko...)
Swoją drogą ile par skarpetek spakować na roczny wyjazd? :D
sobota, 21 lutego 2015
Przerywając ścianę milczenia
Obiecałam sobie, że następny post będzie radosną nowiną na temat wyjazdu do Kanady. Miał być zwieńczeniem długiej drogi ku realizacji marzenia. Trochę się pokomplikowało...
Kilka tygodni temu otrzymałam wiadomość z Kanady, że są już nowe oferty pracy i mam im przesłać zaktualizowane CV. W te pędy wysłałam czego potrzebowali i...cisza. Upominałam się z lekka, ale Kanada każe czekać.
Żeby przetrwać tę niepewność narzuciłam sobie szybsze tempo życia. Oprócz treningów, codziennej bieżni i wszystkiego co i tak pochłaniało większość mojego dnia, zaczęłam wychodzić z ludźmi z pracy na imprezy i spotykać się z nowo poznanymi osobami. Poszalałam tak kilka tygodni, aż z wycieńczenia padłam na łóżko i zrozumiałam, że tak dalej być nie może jak obudziłam się o drugiej w nocy i nie mogąc zasnąć sprawdzałam pocztę w nadziei na odzew z Kanady.
Jest cholernie ciężko. Boleśnie odczuwam swój strach i żeby mnie nie przerósł czytam cały czas o samotnych podróżniczkach, mówię sobie, że dam radę, jestem dzielna, tak daleko zaszłam...
Wątpliwości nigdy mnie nie opuszczą. Strefa komfortu kusi, nęci, oplata rękoma moją szyję. Czasem sobie myślę - skoro tyle z tym problemów, może to naprawdę nie jest to?
Kilka tygodni temu otrzymałam wiadomość z Kanady, że są już nowe oferty pracy i mam im przesłać zaktualizowane CV. W te pędy wysłałam czego potrzebowali i...cisza. Upominałam się z lekka, ale Kanada każe czekać.
Żeby przetrwać tę niepewność narzuciłam sobie szybsze tempo życia. Oprócz treningów, codziennej bieżni i wszystkiego co i tak pochłaniało większość mojego dnia, zaczęłam wychodzić z ludźmi z pracy na imprezy i spotykać się z nowo poznanymi osobami. Poszalałam tak kilka tygodni, aż z wycieńczenia padłam na łóżko i zrozumiałam, że tak dalej być nie może jak obudziłam się o drugiej w nocy i nie mogąc zasnąć sprawdzałam pocztę w nadziei na odzew z Kanady.
Jest cholernie ciężko. Boleśnie odczuwam swój strach i żeby mnie nie przerósł czytam cały czas o samotnych podróżniczkach, mówię sobie, że dam radę, jestem dzielna, tak daleko zaszłam...
Wątpliwości nigdy mnie nie opuszczą. Strefa komfortu kusi, nęci, oplata rękoma moją szyję. Czasem sobie myślę - skoro tyle z tym problemów, może to naprawdę nie jest to?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































