piątek, 17 października 2014

Shit, shit, shit!

Są takie chwile, kiedy mam ochotę usiąść na najwyżej gałęzi najwyższego drzewa i krzyczeć na całe gardło.


Nie pisałam na blogu, bo postanowiłam, że kolejną notkę poświęcę informacji, że kupiłam już bilet do Kanady i lecę tego to a tego dnia. Okazuje się, że decyzję tę musiałam odłożyć w czasie...Jak w ogóle do tego doszło?

Zaraz po otrzymaniu wizy przeszłam ponowną rozmowę przedkwalifikacyjną na Skype. Pani pośredniczka z Toronto po krótkiej rozmowie stwierdziła, że oczywiście kwalifikuję się do programu, jestem super, mam świetne referencje i ona wysyła dalej moje CV, a ja mam czekać na rozmowę kwalifikacyjną już z konkretnym pracodawcą. 


Czekałam na wiadomość i przy każdym powiadomieniu o nowym mailu dostawałam mikrozawału. W między czasie załatwiałam inne sprawy, poszłam do ginekologa, dentysty itd. itd. Czekanie na interview przedłużało się, a ja popadałam w coraz większą melancholię i bez powodu wybuchałam płaczem. 

Zaczęłam się bać. Nie miałam za bardzo z kim o tym pogadać, bo wszyscy moi znajomi chcieli odwieść mnie od pomysłu wylotu i moje obawy brali za dobrą monetę. Coraz częściej więc leżałam w łóżku i rozmyślałam o tym jak strasznie boję się tego, że będę w tej Kanadzie sama jak palec i do tego na moje życzenie, bo często separuję się od ludzi. Swoje przemyślenia pisałam na blogu, ale nie publikowałam tego. Wzmacniały mnie tylko książki i blogi samotnych podróżniczek, które podziwiam i darzę ogromną sympatią.

Od Kanady odwodził mnie nawet mój pracodawca, który...zaproponował mi podwyżkę i awans, co początkowo mnie zdziwiło, a potem nawet uradowało, bo w końcu miałam niezłą wymówkę, żeby jeszcze nie lecieć...W każdym razie, po miesiącu czekania i jednym ponagleniu podjechałam do J. (polskiego pośrednika) z myślą, że coś jest stanowczo nie tak i trzeba  to rozwiązać. 

J. zapytał uprzejmym tonem, w czym może mi pomóc, bo ja to już chyba wszystko mam gotowe? Powiedziałam, że owszem, mam wszystko, oprócz pracy. J. na to zdziwiony! Że jak to nie mam pracy! Przecież ponoć już mam wszystko! (tu do tej pory zbieram szczękę z podłogi, jak można tak olać klienta i nie interesować się jego sprawą). 


Co się okazało. Pośredniczka z Toronto zwolniła się z pracy i nikt nie przejął mojej aplikacji, a na ten sezon nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem (teraz to nawet brzmi zabawnie ;)). Mogę na siłę lecieć i pracować jako sprzątaczka, ale wiem, że szukałabym innej pracy, a nie po to przecież płacę ciężkie pieniądze żeby nie być zadowoloną z pracy. Postanowiłam więc rozwiązać umowę i poszukać czegoś na własną rękę i wylecieć w przyszłym roku (a to czy rozwiążę to druga sprawa, bo oczywiście pośrednicy nie są tak chętni żebym zrezygnowała).

Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem, ale intuicja mi podpowiada, że nie jestem jeszcze psychicznie gotowa na daleką i długą podróż samemu. Na szczęście łatwiej mi będzie przezimować w Polsce mając awans i podwyżkę ;).

czwartek, 25 września 2014

Cholera, nie mogę

Przerosły mnie wątpliwości i strach. Nie jestem już w stanie publikować tego co czuję. Powiększająca się lista "wersji roboczych" jest tego dowodem.


Jesień (jesieni, jesienio??), dlaczego tak na mnie źle wpływasz?


I przepraszam, nie mam dziś wesołej anegdotki do opowiedzenia, ani nastroju na zabawnego gifa. W wersjach roboczych same filozofowania. 

środa, 10 września 2014

Nie fizoluj

Kanada swoje, a życie swoje. Dziś trochę tego i tego. Wypiłam w pracy kawę i się ożywiłam, więc trochę Ci poopowiadam.

Niedawno dostałam maila od faceta z pośrednictwa pracy z pytaniem czy nagrałam film z autoprezentacją (o czym pisałam tutaj). Film ten zmontowałam pół roku temu i od razu mu wysłałam, więc ciśnienie skoczyło mi ze 120 do 220 w dwie sekundy, że koleś jakiś nieogarnięty i w tym tempie jak on zajmuje się moją sprawą, to ja do tej Kanady w przyszłym roku wylecę.

(kocham tę dziewczynkę. Jeśli miałabym dziecko, to tylko ją!)

Managerka moja z pracy za to dowiedziała się o Kanadzie przez przypadek. Koledze opowiadałam o planach emigracyjnych i przebojach z serii "od pomysłu do realizacji", a ta wpadła do mojego pokoju w pół zdania. Kolega nie wiedział, że ona nie wtajemniczona i zapytał przy niej: "no i co, straciłaś pracę i postanowiłaś lecieć do Kanady?" Managerka zdziwiła się i musiałam już wszystko wszystkim powiedzieć. Odwrotu nie ma. Potem tylko kolega mnie przeprosił za klasyczne podpierdolenie ;). Na szczęście nic się nie stało, mam tylko powiedzieć szefostwu o wylocie wcześniej niż na dzień przed.

Tyle o Kanadzie. Jak widać żyję przyszłością i czekam z utęsknieniem na wylot, który wyzwoli mnie z marazmu teraźniejszości. A co w teraźniejszości? Imam się różnych zajęć, byle tylko czymś zająć się. Napisałam o tym wielkiego posta, ale nie wiem, może innym razem opublikuję ;).

A teraz coś zupełnie z innej beczki.

Wczoraj zagadał na GG pewien podstarzały amant, lat ok. 45. Amant ów zadał krótkie pytanie: wolę kino czy shopping? Raczej nie odpisuję na tego typu zaczepki, ale stwierdziłam, że dobra tam, pytanie jest tak kretyńskie, że może chociaż będzie z czego pośmiać się.

Po upewnieniu się, że chodzi o to co myślałam, zapytałam amanta, co dzieje się z dzisiejszymi dziewczętami, że żadna nie chce darmowych zakupów i sponsorzy sami muszą szukać chętnych. Amant przyznał mi rację, że kiedyś było łatwiej. Wygląda na to, że mamy koniec kryzysu gospodarczego, skoro dziewczęta nie potrzebują już dżinsów za loda. Rozmowa dalej ciągnęła się w tym tonie, moje zaintrygowanie rosło, bo niecodziennie jest rozmawiać ze sponsorem, ale ten nagle przerwał twierdząc, że nie chce mu się ze mną gadać, bo filozofuję. Cóż, jestem w takim stanie mentalnym, że nawet sponsorzy nie chcą ze mną gadać.


Ps. Czy wszyscy mnie rozumieją? Bo od nadmiaru rozmów ze sobą, zaczynam stosować niezrozumiałe skróty myślowe.

piątek, 5 września 2014

Praca w Kanadzie, czyli jak Ciam się sfrajerowała

Kanada po tygodniu oczekiwania wysłała Złote Runo, św. Graala i Arkę Przymierza w jednym, czyli POE Letter of Introduction.

POE (Port of Entry) Letter of Introduction to właściwie mały świstek z kodem kreskowym, numerem i datą ważności, który trzeba pokazać urzędnikowi na granicy (czyli na lotnisku), a on na jego podstawie ma wydać pozwolenie na pracę. Na ten świstek czekałam około pół roku i przez cały ten czas nieco zmienił się mój stosunek do tematu.


Na początku była oczywiście euforia związana z impulsywną decyzją wylotu za wielką wodę. No może nie do końca impulsywną, bo od powrotu trzy lata temu z USA rozmyślałam nad kolejną destynacją i padło na Kanadę. Od tamtej pory każdy zaoszczędzony grosz odkładałam "na Kanadę", chociaż przez te trzy lata trochę też defraudowałam swoje środki (np. na operację oczu, o czym przeczytasz min. tutaj.)

Kiedy zostałam zwolniona z poprzedniej pracy, stwierdziłam: jestem wolna. Mogę robić cokolwiek. O mój Boże! Kanado, nadchodzę! Wtedy też szybko poleciałam do biura pośredniczącego pracy i podpisałam umowę myśląc, że bez tego nie da rady szybko wszystkiego ogarnąć. W ogóle nawet nie wpadłam na to, że mogłabym sama cokolwiek załatwić.

Od tamtej pory zostało mi tylko czekanie, które wydłużyło moje niezałapanie się na listę uczestników programu International Experience Canada (ilość wolnych miejsc rozeszła się w ok. 25 minut). Z jakiego powodu możesz przeczytać tutaj. (uwaga, post zawiera opis niewyobrażalnych wydarzeń, w które byłoby mi ciężko uwierzyć, gdyby nie to, że one faktycznie miały miejsce...)

Teraz, kiedy mam już wszystko co trzeba, mogę w każdej chwili wsiąść w samolot i zacząć pracować na terenie Kanady jak długa i szeroka. A ja dalej czekam. Wczoraj ponownie wypełniłam wewnętrzne dokumenty firmy pośredniczącej oraz wskazałam trzech pracodawców, którzy mnie interesowali i trzy stanowiska pracy. Jakie stanowiska? Wiadomo, że nie kierownicze ;). Były do wyboru różne oferty, w zależności od umiejętności językowych, więc od zwykłych boyów hotelowych, pomoc sprzątającą, przez sprzedawców po recepcjonistów, a nawet pracowników biurowych. Ja mierzę wysoko, więc aplikuję na recepcjonistkę i pracownika biurowego w dziale HR, a co z tego wyjdzie to będzie wiadomo po rozmowach kwalifikacyjnych. Jest to pewne ograniczenie i mogę w ogóle nie dostać żadnej pracy, bo zestresuję się i powiem tylko: me want to work :D.

Wyjazd z firmą pośredniczącą ma wiele zalet, ale i coraz częściej dowiaduję się o wadach. Po pierwsze - cena. A chodzi o kilka tysięcy, które wydajesz na to, że masz zapewnioną pracę, pomoc przy sporządzaniu dokumentów i zakwaterowanie, ubezpieczenie oraz ew. pomoc z dojazdem.

Kiedy w lutym poleciałam do tego biura nie wpadłam na pomysł, że mogę pracodawcę sama znaleźć. Okazuje się, że nieprawdą jest, że nie podpiszesz umowy nie będąc jeszcze w Kanadzie (tak przynajmniej twierdzą ludzie na forach i blogach). Od tego jest Skype żeby przejść rozmowę kwalifikacyjną. Również papierologią, która mnie przerażała i z radością chciałam ją oddać komuś innemu, sama w efekcie się zajęłam.
O transporcie i ubezpieczeniu nawet się nie wypowiadam, bo to akurat jest dla mnie najmniejszym problemem ;).

Ogromnym plusem, którym się pocieszam jest pewność pracy oraz zakwaterowanie. W USA nie miałam zakwaterowania i po tygodniu w hotelu prawie wylądowałam na plaży ;). Poza tym dla mnie dużym plusem jest miejsce pracy. Prawdopodobnie wyląduje w małym, cichym miejscu turystycznym, czyli nie Vancouver ani Toronto, w którym mogłabym zginąć marnie ;). Małe miasteczka, w których pracują uczestnicy programu, mają tę ogromną zaletę, że będzie łatwo integrować się.

Teraz czekam na terminy rozmów kwalifikacyjnych i tu pojawia się kolejna wada pośrednictwa pracy. Nie mogę przebierać w ofertach i mam mieć maksymalnie dwie rozmowy kwalifikacyjne. Na szczęście nie jest tak jak w Polsce, że żeby znaleźć pracę trzeba przejść kilka takich rozmów, ale i tak tylko dwie szanse nie nastrajają mnie optymistycznie ;).


piątek, 29 sierpnia 2014

Final decision

O wszystkich procedurach dotyczących wyjazdu do Kanady piszę trochę z doskoku i chaotycznie.

W sumie nie wiem czy jest sens pisać dokładnie jak to wygląda, zwłaszcza, że poradników jest milion, a i chyba nikt tutaj nie czyta tego bloga żeby wiedzieć jak dostać pozwolenie na pracę. Dla mnie najlepszym źródłem informacji jest sama strona Ambasady oraz to forum. Problem polega na tym, że procedury zmieniają się co roku i panuje pewien chaos informacyjny.


Przykładowo nie mogłam dojść, czy powinnam drukować i podpisywać formularze, czy wysyłać wypełnione online. Samo wypełnianie wniosków to nie lada wyzwanie. W każdym razie cholernie bałam się, że coś pójdzie nie tak. I poszło.

Tydzień temu dostałam wiadomość z Ambasady, że mam dosłać oryginał zaświadczenia o niekaralności (wysłałam samo tłumaczenie przysięgłe). Nie zastanawiając się za długo uploadowałam co trzeba, coś tam poklikałam i czekam. Jeden dzień, drugi, cały weekend, poniedziałek...a ci dalej, że dokument nie został submitted. Noż kurrr...


Wchodzę znowu na tę samą aplikację, sprawdzam czy uploaded, wszystko niby gra, ale dalej not submitted. Zjeżdżam paskiem w dół...i nagle okazuje się, że nie kliknęłam "dalej", nie podałam hasła, ani nie potwierdziłam sto razy, że na pewno chcę ten dokument wysłać. Nagle eureka! Dokument uploaded, a nawet submitted. No to czekam dalej...

Gwoli wyjaśnienia - jak cokolwiek zmienia się w aplikacji, to wysyłają maile. Na forum jednak przeczytałam, że dobrze jest samemu wszystko sprawdzać, bo czasem maile nie dochodzą, czasem jakieś informacje się zapodzieją, najgorsze, że POE (list potwierdzający udział w programie) też potrafi im się zawieruszyć. A bez niego nie dostaniesz pozwolenia na pracę.

Ok, nieważne. Wczoraj wchodzę na swoją aplikację i patrzę, a tam: Application Status: Closed. Trochę się wystraszyłam, ale zjeżdżam na dół, a tam: A final decision has been reached: This application has been approved.


Od wczoraj świętuję. Dziś sprawdzam pocztę, a tam Kanada informuje mnie o zmianie statusu. Cóż, mogę świętować dalej ;).


piątek, 22 sierpnia 2014

Pasmo rozczarowań

"Życie to niekończące się pasmo rozczarowań" - napisała Ciam swojej przyjaciółce, która na początku tego roku zostawiła ją w potrzebie i wyemigrowała za miłością do UK.

O. zarzuciła Ciam wielką hałdą marudzeń, że praca nie ta, że placki nie wyszły (bo w tej naszej Polsce to są inne ziemniaki - czyt. lepsze), że jej G. nie odpisał na wiadomość na Facebooku, chociaż "przeczytał" i na dodatek wszystko wskazuje na to, że @ się zbliża...


Do tej wiązanki Ciam mogła tylko dodać: No jak żyć?! Kanada jeszcze (!) nie poinformowała, że skoro biedna ja chce do nich przyjechać i tak mi dobrze z oczu patrzy to powinni mnie przyjąć, zaopiekować się, zapłacić podwójną (albo i potrójną) stawkę i jeszcze dodać dobrodusznego drwala (bogatego, wtedy wystarczy podwójna stawka) i kota do towarzystwa. 

Dobrze chociaż, że wyniosłego milczenia Kanady nie biorę do siebie, bo bym zupełnie utonęła w łzach rozpaczy. Jak oni mogą?


A teraz na poważnie.

Takie grafomańskie pitu-pitu, pomarudzimy o wymyślonych problemach egzystencjalnych, których nikt nie bierze na poważnie, są - wbrew pozorom - w moim przypadku oznaką równowagi psychicznej, bo ironia to jedyna ma broń w walce z trudami życia dnia codziennego. I wcale nie mówię o takich trudach jak chora matka, guz mózgu, siostra narkomanka i ojciec alkoholik. Mówię o swoich problemach życiowych, które od wyprowadzki do rodziców zaczęły mnie znowu przytłaczać. Przestałam umiejętnie radzić sobie z emocjami, które tak mnie zalewają, że mogę tylko leżeć zapłakana i myśleć, że to koniec świata i nic dobrego mnie już w życiu nie spotka.


Dawno, dawno temu, jak jeszcze rozmawiałam i spotykałam się z M. (trochę więcej o moich perypetiach z nim znajdziesz tutaj, tutaj i tutaj), ten kiedyś stwierdził, że moje problemiki go wkurzają i w ogóle cała go wkurzam. Ja mu na to ze zdławionym z rozpaczy głosem odparłam: to są do kurwy nędzy moje problemiki i dla mnie są cholernie ważne!

Teraz to dla mnie głupie i śmieszne (jak cała historia z M.), ale umiejętność bronienia swoich problemików pozwoliła mi na spojrzenie na nich z boku (wiesz, jakbym stwierdziła, że M. ma rację to bym jeszcze bardziej się zdołowała, że ło Jezu, jestem beznadziejna i z głupimi problemami). Tak to, jak już obroniłam swoje racje, popłakałam sobie, poużalałam się, ulżyło mi, to przyszła pora na pannę z kpiącym uśmieszkiem: Ironia. Mi ironia (o ironio! ;)) pozwala trzeźwym okiem spojrzeć na swoje życie. 

Gorzej jeśli ktoś, komu opowiadasz z ironią o złamanym paznokciu i nadprogramowej marchewce nie rozumie, że to tylko (aż) ironia...

Dobrze, że jest internet. Ulżyło mi :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rower zbawieniem grubej dupy?

Od kilku ładnych lat jeżdżę niemal codziennie na rowerze. Dziennie mogę zrobić nawet 30 kilometrów po mieście, a średnio ok. 10 km. (do pracy i z pracy).

Kiedy czytam o tym co robi jazda na rowerze, to zastanawiam się czy mój organizm jest jakiś lewy, czy redaktorzy żyją w alternatywnej rzeczywistości. Ponoć rower pomaga schudnąć, poprawia krążenie, wzrok, koncentrację, metabolizm, a nawet usuwa cellulit i koi nerwy (szkoda, że nie pomaga na łamliwe paznokcie i zmarszczki, chociaż...kto wie? ;)).


Żyjąc w dużym mieście mogę powiedzieć, że z roku na rok jeździ coraz więcej rowerzystów, a w sezonie jest ich nawet więcej niż pieszych. Uważam, że to bardzo dobrze, że jazda na rowerze stała się trendy. Teraz nikt nie wstydzi się jeździć rowerem zamiast samochodem (ekologicznie!). Grubasy również zawzięcie pedałują. Czy przypadkiem jednak nie oczekujemy zbyt wiele od tego rodzaju - jakby nie było - sportu?

Do przemyśleń na temat roweru skłoniły mnie pewne nieoczekiwane wydarzenia. Niedawno spotkałam swojego byłego. Tak, tego mitycznego byłego sprzed wieków, o którym już dawno zapomniałam i wyparłam z pamięci.


Wspomnianego dnia były mój (J.) jechał na rowerze co mnie nie zdziwiło, bo on uwielbiał rower. J., jak później przyznał, poznał mnie po nosie, który ponoć ma szlachetny, lekko zadarty profil. Mam zresztą nadzieję, że nie poznał mnie od razu, dlatego, że pamięta mnie jako osobę grubszą niż teraz, a nie dlatego, że tego felernego dnia ubrałam się jak lump...no, ale do rzeczy. J., mimo, że zawzięcie jeździ od lat na rowerze, jaki był przy kości, taki jest. Po tym naszym krótkim spotkaniu zaczęłam przyglądać się rowerzystom i zauważyłam, że pulchnych ludzi szorujących kolanami po brzuchu jest bardzo dużo. Obawiam się, że każdy z nich po cichu myśli, że od tego kręcenia kołami schudnie i utrzyma wagę.

Cóż...nic bardziej mylnego. Sama jestem tego idealnym przykładem. Jestem osobą dosyć ruchliwą i lubiącą sport. Bez problemu można mnie wyciągnąć w góry, na rower czy basen. Ruchliwość moja jednak w niczym nie przeszkadza odkładającej się tkance tłuszczowej.


Nie jestem wyjątkiem. Jakiś czas temu czytałam artykuł o biegaczce, której udało się ukończyć Bieg Rzeźnika (80 km. po Bieszczadach). Kiedy pomyślę o morderczych treningach i codziennym bieganiu widzę tylko sportową, seksowną sylwetkę, może nawet lekko żylastą. Biegaczka ta jednak (sorry, nie pomnę imienia) boryka się z nadwagą, mimo, że nie obżera się (zresztą przy bieganiu nie da rady się obżerać) i je zdrowo.

Przyznaję, ten wywiad mną wstrząsnął. Nie traktuję go jako wymówka, bo sport lubię i nie zamierzam z niego rezygnować. Co do diety...wydaje mi się, że lekarze nie odkryli jeszcze wszystkich możliwych powodów otyłości. Takich klasycznych grubasów, którzy się obżerają i całymi dniami leżakują, znam może kilku. Nie każdy też choruje na tarczyce, albo ma ukrytą nietolerancję glutenu. Niekoniecznie też "czyste" jedzenie przynosi natychmiastowe efekty ("czyste", czyli nieprzetworzone, bez cukru, soli, śmiercionośnego chleba :P). W ogóle odchudzanie to skomplikowana sprawa ;).


Ps. Wszystkie dokumenty wysłane, Urząd imigracyjny potwierdził, że otrzymał moją aplikację. No to czekamy...