Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2015

Na cierpienie, smutek i odrzucenie

Góry i lasy są moim panaceum na wszelkie utrapienia życia doczesnego. Nie wiem co bym zrobiła gdybym nie miała wyjścia i musiała siedzieć całymi dniami w domu.

Dziś miałam jechać nad jezioro z nowo poznaną przez ogłoszenie na Facebooku koleżanką z Włoch, jednak ta rano stwierdziła, że nie jedzie. Potem Mason ogłosił, że na tydzień leci do Vancouver, Polacy z hotelu również pojechali na wycieczkę, której nawet mi nie zaproponowali, a ja poszłam robić pranie, usiadłam przed pralką podobną do naszej poczciwej Frani i zapłakałam gorzko. Jak płakać to tylko w malowniczej scenerii.


Nie potrafię zintegrować się z tutejszymi Polakami, Filipińczykami ani w ogóle z nikim z hotelu. Momentami czuję się jak w liceum, tyle, że nawet wtedy miałam swoją bratnią duszę siedzącą wiernie ze mną w tej samej ławce.

Co tydzień publikuję wiadomości na Facebooku o nowym pomyśle poniedziałkowej wycieczki, jednak już mi się najzwyczajniej w świecie nie chce. Moi "hiking buddies" skojarzyli mi się z jednorazowymi kochankami, którzy najpierw Ci mówią, że jesteś piękna i cudowna, razem przeżywacie wspaniałe chwile, a potem nigdy więcej nie widzicie się.

Kiedy Frania zakończyła cykl prania, rozwiesiłam ciuchy, otarłam łzy, przebrałam się w odpowiednie ciuchy, zabrałam plecak, sprej na niedźwiedzie i wsiadłam na rower by zaliczyć w końcu Healy Creek - trasę będącą od chyba dwóch miesięcy na mojej liście must-do.


Zabłocone po wczorajszym deszczu i kamieniste Healy Creek to trasa rowerowa znajdująca się w lesie. Podjazdy powodowały niezłą zadyszkę, za to zjazdy - zawał serca żeby tylko nie wyrąbać się w błoto albo spaść prosto na kamienie. Wróciłam do domu ubłocona i zachwycona.

wtorek, 28 lipca 2015

Co jest trudniejsze od wyjazdu do Kanady?

Góry skaliste, śniegi po pachy, pająki i niedźwiedzie grizzli - to nic w porównaniu z byciem w związku.

Znowu z weekendowych planów nici, Mason rozchorował się. Oczywiście jak na dorosłą, gotową na związek i zrównoważoną psychicznie kobietę płakałam prawie całą noc, że na bank już mnie nie chce i wymyślił chorobę żeby nie spotkać się. Smarkając w chusteczki obiecałam sobie, że następnym razem pochwalę się, że mam kogoś dopiero na ślubnym kobiercu.


Mason w między czasie napisał mi, że przyjedzie w niedzielę rano i ma nadzieje, że do tego czasu tabletki pomogą. Ja jednak wiedziałam już swoje i zaplanowałam wyjście w góry.

Sulphur Mountain to jedna z niższych gór w tej okolicy (niecałe 1,5 tys. m.), trasa szeroka jak autostrada, po drodze pełno turystów, więc zagrożenie spotkania niedźwiedzia niewielkie. Wchodziłam na szczyt rozkoszując się widokiem i od czasu do czasu spoglądając na telefon w nadziei na SMS. Po dojściu na szczyt i upewnieniu się, że zasięg jest wciąż obecny już chciałam coś mu napisać, że przecież obiecał, że przyjedzie itd., ale Mason mnie ubiegł.

Okazało się, że choroba nie minęła, gorączka, zapalenie, cuda wianki. Endorfiny po wejściu na szczyt dały o sobie znać - odpisałam, żeby nie przejmował się, bo tak myślałam, że nie przyjedzie i poszłam w góry. Widzimy się w takim razie za tydzień.

Jak na prawdziwą samicę alfa przystało nie potrzebuję faceta do bycia szczęśliwą ;). Mason za to stwierdził, że powinnam znaleźć sobie pracę w Calgary żebyśmy mogli częściej widywać się. Zresztą mogłabym tu żyć jakbym chciała.

Podczas schodzenia z góry humor całkowicie mi się poprawił. Przepiękne, zapierające dech w piersi widoki, łatwa trasa, nawet nie padało. No i Mason, który coraz częściej wspomina, że powinnam wyprowadzić się do Calgary.


Budowanie związku skojarzyło mi się z ciążą. W pierwszym trymestrze istnieje największe zagrożenie poronienia dlatego wszystkie objawy psucia się relacji traktuję jak zwiastun najgorszego. Do tego mam PMS (stąd te irracjonalne płacze ;))

wtorek, 14 lipca 2015

Mount Rundle

Jak zwykle przed poniedziałkiem - świętym dniem wolnym Ciam - nerwowo szukałam kolejnej trasy i towarzysza podróży. Napisałam do Jamesa czy ma jakiś plan na poniedziałek. Jego odpowiedź zwaliła mnie z nóg. Poinformował mnie, że...znalazł nowego górskiego partnera.

Pierwsza reakcja? Oczywiście ból, upokorzenie, miliony pytań (co ja mu zrobiłam, co złego powiedziałam? Może za wolna jednak jestem?) i ciamajdowata odpowiedź: Ok, dzięki za wcześniejsze wycieczki, było super.


Zwierzyłam się koledze z pracy, że straciłam kolejnego górskiego towarzysza i co mi napisał James. Ten wybuchnął śmiechem i stwierdził, że mój towarzysz to dzieciak z przedszkola, który mówi obrażony: Nie chcę się teraz z Tobą bawić, bo znalazłem nowego przyjaciela. Czemu kurna wcześniej na to nie wpadłam? A ja cipa zamiast dać upust złości to schowałam się znowu w skorupce potulności i za zasłonką biednej ofiary. Wkurza mnie to, że nie potrafię wyzwolić w sobie czystej furii i złości, bo ona w ogóle do mnie nie dociera. Ktoś może być dla mnie totalnym dupkiem, a ja...nic. Cóż, znikąd to się nie bierze, ale nie czas na psychoanalizę.


Upokorzona i zrozpaczona wrzuciłam ogłoszenie na lokalnym fanpejdżu i stwierdziłam, że jestem żałosna, bo szukam przyjaciół w internecie. Okazało się jednak, że nie jestem żałosna, tylko...fantastyczna. Dostałam wiele odpowiedzi, lajków, wszyscy zachwyceni moim podejściem do tematu i ostatecznie umówiłam się z dwoma dziewczynami na Mount Rundle.


Jak zwykle wyszło lepiej niż się spodziewałam. Dziewczyny okazały się fantastycznymi towarzyszkami podróży i doszłam do wniosku, że dobrze, że James mnie olał. Podczas wspinania się miałam też czas na przemyślenia na temat kobiecości (post na ten temat znajdziesz tutaj.) Żaden facet tak radośnie nie ekscytuje się przed wyprawą jak kobiety. Dzięki postowi na facebooku poznałam fantastyczne osoby - Brytyjkę i Kanadyjkę - pełne zapału, pasji i emanującej siły oraz jednocześnie ciepłe i radośnie pomagające innym górołazom. Jedyną "wadą" były długie postoje (co mi się nie zdarzało z Jamesem) i jeszcze dłuższe rozmowy co spowodowało, że wycieczka trwała niecałe...9 godzin. Ale to nic, Mount Rundle było nasze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.

środa, 1 lipca 2015

Przeraża mnie

Coraz częściej opowiadam kanadyjczykom o Polsce. Kanadyjskie truskawki to NIC w porównaniu z polskimi, nie mówiąc już o chlebie, serze białym i szynce.

W końcu zrozumiałam, że zaczęłam tęsknić. Podczas coponiedziałkowego hikingu James ze współczuciem zapytał czy po raz pierwszy jestem na emigracji? Myślę, że nie chodzi o samą emigrację, ale o to, że to pierwszy wyjazd na tak długo i bez konkretnego terminu powrotu.


Kiedy pomyślę o tym co zrobię po skończeniu terminu ważności wizy kanadyjskiej czuję ekscytację pomieszaną ze strachem, bo wiem, że na Kanadzie się nie skończy. Mam tyle pomysłów, możliwości i pragnień, że czasem mnie to przeraża. Jak każdy normalny człowiek szukam spokoju i poczucia komfortu, ale pieprzone owsiki w tyłku ciągle dają się we znaki (w sensie nie dosłownie, wiesz o co mi chodzi ;)) i diabeł szepczce do lewego ucha: Ciam! Chcesz w tej dziurze spędzić CAŁY rok? A nie lepiej sezon zimowy w innym regionie? Pouczyć się jeżdżenia na nartach? Snowboardzie? No i już ciśnienie lekko podniesione, bo trzeba będzie znowu pakować się, szukać pracy, mieszkania, znajomych, same problemy...

Zresztą tutaj i tak muszę się spieszyć, bo mam sporo gór do zdobycia. Przed każdym poniedziałkiem (święto Ciam - cały dzień wolny!) nerwowo wysyłam wiadomości do znajomych z pytaniem kto ma czas na wspólne zdobywanie szczytów, bo sama w lesie nie czuję się jeszcze pewnie. Poza tym rodzą się plany campingowe, wyjazd do Jasper, gdzieś w oddali wycieczka po Stanach, a jeszcze dalej Australia, Nowa Zelandia i Chiny...kiedy wrócę? Nie wiadomo.

Wizja niezależnego podróżowania po świecie ekscytuje mnie i napawa lękiem, bo docelowo nigdzie nie zagrzeję miejsca na dłużej niż rok. Wszystkie relacje i znajomości będą miały charakter tymczasowy, a znając życie pewnie i tak będę szukała księcia z bajki. Zresztą nawet nie chodzi o tymczasowość znajomości, tylko, że czasem będę polegać na ludzkiej życzliwości i wyciągać rękę po pomoc.


czwartek, 18 czerwca 2015

W Parku Narodowym Yoho

Miała być Mount Edith, a wyszło Paget Peak. Też dobrze. Chociaż znowu ekstremalnie.

James (nie ten) stwierdził, że pogoda nam nie sprzyja i nie ma czasu na wielkie wspinaczki, bo istnieje zagrożenie burzy z piorunami. Jako, że jeszcze niespieszno nam na drugi świat, wybraliśmy mniejszy szczyt z możliwością przedłużenia wspinaczki o kolejny (w zależności od pogody).

Widok z Paget Lookout

Weszliśmy na szeroki, wygodny szlak, który skończył się po wejściu na Paget Lookout. Po krótkim odpoczynku (szybko, szybko, musimy zdążyć przed burzą!) zaczęliśmy ostrą wspinaczkę po skałach. W między czasie zaliczyłam dwa kryzysy. Rzucałam pod nosem kurwami i zastanawiałam się po cholerę tak się męczę i co ja takiego widzę w tych pieprzonych górach. James nie słyszał, bo wybył daleko do przodu.

Wspinaczka po górach skalistych jest trudna. Po raz kolejny pokaleczyłam sobie dłonie (koniecznie muszę kupić rękawiczki do wspinaczki!), stąpasz po chwiejących się skałach, łapiesz wielki kamor, który zaraz się wywraca i zlatuje z hukiem. Smaczku dodają różne dziwne stworzenia i oczywiście możliwość skręcenia sobie kostki tudzież karku.


Po wejściu na szczyt James stwierdził, że mam wybór, albo zostaję, kontempluję widok, albo idę z nim na drugi szczyt Mount Bosworth. Oczywiście stwierdziłam, że idę dalej, chociaż wejście na kolejny szczyt również przypłaciłam zachwianiem wiary w swój zdrowy rozsądek. James wybył znowu daleko w przód po tym jak rzucił krótką informację gdzie mam iść (widzisz ten szczyt tam daleko, daleko?) a ja po zejściu z Paget Peak stwierdziłam, że...nie wiem gdzie dalej iść. Na szczęście znalazłam świeże ślady na śniegu...

Zachwyt na szczycie Mount Bosworth również nie trwał za długo (widzisz tę mgłę tam? To deszcz, lepiej żeby nas nie złapał na skałach). Znowu pytanie do Ciam: idziemy z powrotem tą samą drogą, czy schodzimy z drugiej strony, chociaż nie ma tam szlaku? Pełna entuzjazmu stwierdziłam, że chcę zobaczyć jak wygląda druga strona góry. Więc poszliśmy.


Znowu śnieg. Dużo śniegu. Bardzo dużo puchatego śniegu w który właziłam po kolana, a nawet uda. Dwa razy tak wdepłam, że ledwo udało mi się wykopać nogę. Wtedy do mnie dotarło, że jestem szalona, a do tego w towarzystwie drugiego szaleńca. Czy ja chcę wyczynowo popełnić samobójstwo?

Po przejściu kilometra w śniegu z radością wgramoliłam się na skały, po których hasałam jak koza-paralityk. Wbrew pozorom wchodzenie na skały jest dużo prostsze od schodzenia, a to i tak nic w porównaniu ze schodzeniem po pokruszonych kamieniach i piasku. Wkurwiona niemiłosiernie nie odzywałam się prawie w ogóle, ale humor nieco poprawił mi się, jak w końcu doszliśmy do lasu, a ja prawie obeschłam po pływaniu w śniegu. James rzucił, że jakby co ma nóż na niedźwiedzie i pumy, ja dodałam informację o swoim gazie pieprzowym na niedźwiedzie i dziarsko weszliśmy w las gwizdając i przyśpiewując (nie wiem czemu, ale do głowy przychodziły mi najpierw piosenki Queen, a potem Myslowitz, Długość dźwięku samotności. James nie komentował polskich przyśpiewek).


Po znalezieniu szlaku oszaleliśmy z radości. Podczas spokojnego spaceru wzdłuż jeziora rozmyślałam nad tym co mnie popchnęło do ponownego zejścia ze szlaku (to nie mój pierwszy raz niestety...) i czy szukanie nowych wrażeń nie poszło za daleko. James z kolei stwierdził, że jest pod ogromnym wrażeniem, że mam jeszcze siłę iść, a ja dumna z siebie pomyślałam, że kondycję jednak dalej mam dobrą (panicznie boję się przytycia i utraty formy). W sumie wyprawa trwała 9 godzin. Deszczu z burzą nie było.

Oh tak, lubię, pociąga i kręci mnie ryzyko pod różną postacią. Myślałam, że szczęście pomyliłam z euforią, albo i fazą maniakalną, ale spokojne szczęście czuwa gdzieś głęboko we mnie przykryte chmurą niestabilności. Wczoraj na zmywaku kucharz stwierdził, że jestem cute, bo dużo się śmieję. Myślę, że odnajdywanie radości w każdej sytuacji, w tym w małych, codziennych rzeczach jest moim sposobem na szczęście w życiu.


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Norymberga

Wczoraj pojechałam zorganizowaną wycieczką na jarmark świąteczny do Norymbergi. 1 w nocy wyjazd, 9 rano zwiedzanie, 19 powrót. W międzyczasie ból dupy od twardych siedzeń w autokarze.

Pojechałam z dwoma koleżankami - K.- głośną, pewną siebie i mającą odjechane pomysły ekscentryczką i - E. - osobą ze złamanym sercem i będącą bardziej zrównoważona, dbająca o dobre maniery, wygląd itd. Taki miks mógł zakończyć się wojną, albo co najmniej niezłą mieszanką wybuchową.


Samej 8-godzinnej jazdy autokarem wole nawet nie wspominać, bo do tej pory czuję ból lędźwi. Na szczęście znalazłam podwójne wolne siedzenie, więc mogłam rozkładać się do woli na tych twardych siedziskach. E. w między czasie obraziła się, że nie zapytałyśmy jej, czy nie chce iść z nami podczas przerwy na siku, K. ogłosiła, że E. to księżniczka, E. z kolei przypomniała sobie o swoim bólu w sercu i oczy jej zaszkliły się od wspomnień swojego byłego, generalnie czułam się jak między młotem a kowadłem. Na szczęście wszystkie doszłyśmy do wniosku, że dobry humor jest najważniejszy i zakopałyśmy topór wojenny.

Po dojechaniu na miejsce, wstaniu i po minięciu pierwszej fali szczęścia obolałego tyłka, Norymberga...nie powaliła. Nawet czułam lekkie zawiedzenie swoimi punktami docelowymi (katedra i zamek), bo w nich krótko zabawiłyśmy. Cóż, mogłam jechać z entuzjastami sztuki. Po kilku metrach z przewodnikiem czułam, że potrzebuję jakichś wrażeń. Przewodnik z grupką ludzi gdzieś poszedł, a my...zgubiłyśmy ich.

(taka sówka na jarmarku :))

Niektórzy wyznają zasadę, że najważniejsze są w życiu emocje i jeśli ich nie przeżywasz, to tak jakbyś nie żył. Myślę, że blisko mi do tej filozofii, dlatego pomysł K. wyjścia poza turystyczny teren i przejścia się po jakieś dzielnicy został przyjęty z mojej strony pomyślnie. E. lekko protestowała, ale ostatecznie poszła z nami.

Weszłyśmy do nieznanej nam dzielnicy, bez map i wiedzy co tam zastaniemy, za to z kilkoma godzinami w zapasie do odjazdu naszego autokaru. Zapaliła nam się czerwona lampka jak zobaczyłyśmy, że w większości mijają nas patrzący spod byka Turcy. Żeby nie wracać tą samą drogą zawyrokowałam, że przejdziemy na drugą stronę ulicy i na kolejnym skrzyżowaniu zawrócimy. I to był błąd, bo zobaczyłyśmy wiadukt i nie było jak zawrócić.

Szłyśmy jakiś czas rozglądając się niespokojnie na boki, potem wyszłyśmy z tej dzielnicy, skręciłyśmy tak, że wydawało mi się, że wracamy, ale po dłuższym marszu stwierdziłam, że nie ma co, pytamy ludzi i nieważne, że żadna z nas nie mówi najlepiej po niemiecku ;).

(po drodze znalazłam to...)

Podeszłam do starszego pana i łamaną niemczyzną pytam jak dojść do dworca. Pan zaczął opowiadać i pokazywać rękoma, że prosto prosto, a potem zuruck. Ucieszyłam się z tego "prosto", ale nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi z tym zuruck... Idziemy tak dalej, wszystkie zastanawiamy się po co mamy zawracać, więc zapytałam przechodzącą obok panią z dzieckiem. Pani zrobiła bezradną minę i mówi znowu, że prosto i zuruck. Widząc nasze zdziwione miny powiedziała, że nam pokaże. I pokazała...metro. Okazało się, że zaszłyśmy tak daleko, że piechotą byśmy wracały ponad godzinę do dworca.

W metrze K. była zachwycona, bo to był jej pierwszy raz U-Bahnem, E. starała się nie wkurwić za wydane bez sensu 1,75 euro, a ja łamaną niemczyzną rozmawiałam z babką, która została poproszona przez miłą panią z dzieckiem żeby nam pokazała na którym przystanku wysiąść. 

Kiedy dojechałyśmy do dworca, postanowiłyśmy, że coś zjemy, usiądziemy i odpoczniemy. Odpoczynek nasz jednak nie trwał długo, bo chwile potem podszedł tajemniczy jegomość o mało tajemniczym zapachu, który wręczył K. prezent - czekoladowego mikołaja, a po jakimś czasie dał prezent E. - jakieś czekoladki.


Rozmawiałyśmy lekko zdenerwowane, co tu robić, jegomość zachowywał się coraz dziwniej, podchodził do innych stolików i po prostu patrzył, aż nagle stanął przede mną i zaczął coś pytać po niemiecku. E. powiedziała, że zapytał chyba jak się mam, więc powiedziałam zdenerwowana, że gut. Ten nagle wyraźnie poruszony pyta już po polsku czy jestem Polką, na co skamieniałam, a potem zawyrokowałam: dziewczyny, zwijamy się.

Wstałyśmy jak jeden mąż i zaczęłyśmy iść, ale jegomość nie odpuszczał i pytał gdzie idziemy i czemu tak szybko. Byłam trochę zła na dziewczyny, że mu odpowiedziały, ale trudno. Szłyśmy po różnych miejscach mając nadzieję, że znudzi mu się mało rozmowne towarzystwo, jednak ten nie odpuszczał. Zaczęłam zastanawiać się jak tu zagadać niemieckiego policjanta i czy mówi po angielsku, aż wpadłam na pewien pomysł.,,

Jegomość szedł chwile przodem, ja zobaczyłam schody na dół, więc powiedziałam szybko: dziewczyny! zgubimy go! Wiejemy na schody!


Zanim jegomość się spostrzegł, nas już dawno nie było, wtopiłyśmy się w wolno idący, niczego nieświadomy tłum przechodniów...