Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 kwietnia 2014

Przyczyna bólu duszy

Korepetycje mi się kończą, z A. od dawna nie spotykam się, ani nie rozmawiam, pracy jak nie miałam tak nie mam, ambasada nadal milczy...a ja? Zaczynam odczuwać kryzys egzystencjalny.

W środę przyszłam do swojej psycholki i ledwo usiadłam, a ta zapytała co to za mina. A minę miałam zapewne z lekka zblazowaną. Od dłuższego czasu nic mnie nie emocjonowało, a zakończenie relacji z A. nie wydawało mi się nawet godne opowiedzenia.


Historia z ambasadą spowodowała jedyne, że się niemiłosiernie wkurwiłam, a potem oklapłam i z apatyczną miną zaczęłam dalej czekać na dalszy rozwój wypadków, a że wpływu na to żadnego nie mam, zaczęłam czuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie.

Z tego wszystkiego zastanawiałam się dokąd zmierzam i "kim ja się kurwa stałam", aż doszłam do momentu w którym stwierdziłam, że nie wiem jaki jest sens mojego życia. To się nazywa weltschmertz i podobnie jak niemieccy poeci z epoki romantyzmu, którzy nie mieli niczego lepszego do roboty, zaczęłam rozważać różne tematy egzystencjalne, filozoficzne itp. W końcu mam dużo czasu, nie?

Wiesz, trudne dla takiej osoby jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie jest wyjątkowa, posiadająca wzniosłe myśli, ani ciekawe przemyślenia, tylko po prostu...nudzi się. A nuda to coś złego, jest źle postrzegana, przecież "tylko nudni ludzie się nudzą". Ja nie mogę się nudzić!

Niewykluczone, że moje huśtawki nastrojowe związane z M. oraz równie dziwna relacja z A. spowodowana była tym, że jestem młoda i potrzebuję wielu bodźców, rozrywki, emocji i wyzwań, które moja poprzednia praca od jakiegoś roku mi nie zapewniała, a zakończenie jej po prostu dobitnie mi to pokazało, bo oprócz braku comiesięcznej wypłaty, niewiele zmieniło się w moim życiu.

Wiadomo, dla każdego ważne jest coś innego, ale to co nas łączy to upodobanie do wyzwań. Ja od jakiegoś roku żadnych realnych wyzwań nie mam, a mój zmęczony nic-nie-robieniem mózg wymyśla farmazony, byle nie zlasować się.

Najgorsze było jednak przede mną. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że jestem niemiłosiernie znudzona, to stwierdziłam, że potrzebuję natychmiast pracy zajmującej mi te 8 godzin dziennie. Niestety...zostałam zmuszona do zejścia z piedestału moich ambicji i obniżyć wymagania dotyczące stanowiska pracy za średnią krajową i aplikować do...sklepów.


To koniec butnej i zarozumiałej Ciam. Zaraz idę na pogrzeb własnej dumy.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Psychopata to może za duże słowo...

Wrócę na chwilę do M. (od razu informuje co bardziej nerwowe jednostki, że nie - dalej z nim nie piszę ;)). Któregoś pięknego dnia, zagaiłam go o to, dlaczego jest tak nieufny do ludzi, czemu podaje możliwie najmniej informacji o sobie i ze wszystkim jest mocno enigmatyczny. Powiedział mi w końcu, że kiedyś miał do czynienia z wariatką, która go prześladowała.

Stwierdziłam wtedy, że przesadza i wymyślił tę historię, żeby wyglądać bardziej tajemniczo. Po poznaniu A. zrozumiałam M. także pod tym względem.


Zerwałam z A. chociaż on ciągle do mnie wypisuje i prosi o to, żebym wróciła. Na początku nawet biłam się z myślami i stwierdziłam, że może faktycznie wrócić, a potem jakoś to będzie? Dobrze, że wygrała myśl, że bardziej egoistyczna bym nie mogła być.

A. próbuje wszystkich chwytów: prośby, subtelne groźby, mówi, że czuje się strasznie i cierpi niewysłowione katusze, by chwilę później proponować mi "układ" mówiąc, że wszystko co do tej pory powiedział było grą, bo on tak naprawdę nie ma uczuć.

Odkąd zwyzywał mnie od suk i kazał "spadać na szczaw", przestałam się odzywać, bo stwierdziłam, że polubownie i bez ofiar nie da się z nim zerwać. Dziś rano z kolei na Facebooku pojawił się nowy filmik, na którym zostałam oznaczona. Był to A. który deklamuje inwokację do mnie.


Wiesz, dla osoby postronnej, nie znającej A. ani nie siedzącej w mojej głowie, to może być proste. A. to wariat, Ciam powinna go rzucić i będzie problem z głowy. Inni z kolei mogą stwierdzić: Boże! Ciam! On Cię strasznie kocha! Drugiego takiego nie znajdziesz!

Dlaczego dla mnie jest to tak trudne? Bo uczucia kłębiące mi się w głowie są sprzeczne. Staram się powiedzieć, że w relacjach międzyludzkich nic nie jest czarno-białe. Z kolei w toksycznych relacjach nie ma stuprocentowych ofiar, ani stuprocentowych katów. Od dłuższego czasu jestem uwikłana w trójkąt dramatyczny: ofiara-kat-wybawca. Na czym to polega?

Raz wchodzę w rolę ofiary, raz kata, a innym razem wybawcy. Rola ofiary może przeistoczyć się w rolę kata, bo będąc ofiarą mogę kimś manipulować, będąc wybawcą mogę być katem, bo uzależniam kogoś od siebie, a będąc katem mogę być jednocześnie ofiarą, bo staram się bronić. Można się bawić do utraty tchu.


Wracam ponownie do pytania: dlaczego weszłam w relację z A? W końcu niemal od początku miałam znaki, że A. normalny do końca nie jest. Tłumaczyłam to sobie, że może to jednorazowy wyskok, a potem, że i tak wylecę z Polski, więc jakoś to się rozejdzie po kościach. A wiadomo, że jak człowiek zaczyna drugiego tłumaczyć, to ma w tym jakiś cel...Wydaję mi się, że problem tkwi w tym, że mam tak niskie poczucie własnej wartości, że ogromne zainteresowanie A. było znacznie podnoszące moje ego. Po zerwaniu poczułam się tak samotnie, że miałam ochotę zadzwonić do niego i powiedzieć, żeby wrócił.

Nie zrobiłam tego jednak, bo jestem świadoma, że A. ponowne zerwanie strasznie by przeżył, a ja - ogromna egoistka, która chce by każdy mnie lubił - stwierdziłam, że nie chcę żeby A. źle mnie wspominał.


Oczywiście mój boski plan diabli wzięli, bo możliwe, że A. i tak będzie się na mnie mścił. Nawet teraz czuję sprzeczne uczucia. Z jednej strony normalne przerażenie, bo co jak zacznie mnie nachodzić? Z drugiej: wyrzuty sumienia i złość na siebie, że sama tego chciałam, a z trzeciej...satysfakcja? Patrzcie: on tak się na mnie zafiksował, że nawet nagrywa dla mnie filmik...

czwartek, 10 kwietnia 2014

Single again?

To był straszny dzień. Zaczął się od pobudki o 5 rano, a skończył na katastroficznej wizji ciężarnej Ciam żyjącej w patologicznych warunkach bytowych. W międzyczasie wypełniałam w panicznym pośpiechu wniosek wizowy do Kanady i...nie zdążyłam.

Prawdę mówiąc lepiej żebym tego dnia nie wstawała z łóżka. Wiadomo było, że o godzinie 16 ma zostać otwarta inicjatywa na 2014 rok. Właściciel firmy, która miała mi pomóc z Kanadą, oświadczył, że wniosków wizowych będzie mniej niż w zeszłym roku i jak chcę to mogę sama spróbować, bo to trudne nie jest, trzeba tylko trzymać rękę na pulsie. No to uwierzyłam w siebie i stwierdziłam, że dam radę.

Od godziny 15.30 siedziałam z zakasanymi rękawami przed komputerem i czekałam błagając boga prądu żeby mi psikusa nie zrobił. Taa...skończyło się na tym, że odświeżałam nie tę podstronę ambasady co trzeba, później serwery zostały przeciążone i ostatecznie znalazłam się na liście rezerwowej. Przede mną jeszcze 27 osób.


Dwa miesiące żyłam w myślach w Kanadzie. Niby nie zbierałam na jej temat informacji, nie udzielałam się na forach tematycznych, nie szukałam kontaktu z podobnymi do mnie osobami, ale i tak wizja pracy w Kanadzie tak mnie pochłonęła, że całe swoje życie dostosowałam do niej. Powoli zamykałam polskie sprawy, a te, które trudno było zamknąć (czytaj: A.) miały same rozwiązać się po wyjeździe. Oczywiście teoria swoje, praktyka swoje...

Moją pierwszą reakcją na niezałapanie się na wniosek to była oczywiście rozpacz. Poczułam się oszukana i zdradzona, do tego A. mnie wkurwiał durnymi pocieszeniami, że razem polecimy do Anglii czy Holandii i wszyystko będzie dobrze.

Dupa tam. Kanada mnie nie chce, a ja z tego bólu i rozpaczy rozpije się, a potem stoczę do rynsztoku i już o mnie nie usłyszysz nawet w programie Uwaga, bo byłabym zbyt klasycznym przypadkiem utraconych nadziei na lepszą przyszłość. Myśl, że miałabym załatwiać wizę do innego państwa, albo wylądować w jakimś mieście europejskim tak mnie przygnębiła, że z tego wszystkiego popłakałam się.


Dla A. z kolei najważniejszym pytaniem tego dnia było, czy ja coś do niego czuję, bo wygląda na to, że zamierzałam go kopnąć w dupę po wylocie. Wahałam się długo czy wyznać mu prawdę, ale w końcu odważyłam się przyznać, że to raczej nie to i chyba powinniśmy się rozstać.

Reakcja A. była wbrew pozorom spokojna, a on sprawiał wrażenie jakby się tego spodziewał. Najgorsze było jednak przede mną. Kiedy stałam już w kurtce i praktycznie gotowa do opuszczenia jego mieszkania, on nagle poprosił mnie żebym usiadła, bo ma mi coś ważnego do zakomunikowania.

Tu muszę na chwilę przystanąć i napisać kilka słów wyjaśnienia. Otóż mam wrażenie, a czasem oczywiste podstawy do tego, by uważać, że A. to mitoman i wierutny kłamca, który myśli, że polecę na czułe słówka obietnic bez pokrycia. Jego intencje (manipulowanie mną) są aż nadto widoczne i jeszcze bardziej mnie rozsierdzają. Usiadłam więc koło niego szykując się na kolejny pokaz operowych emocji mający na celu wzbudzenie we mnie poczucia winy. Bylebym tylko została.


Co A. miał mi do powiedzenia? Stwierdził, że on ma intuicję, dobre oko, jest dobrym psychologiem i widzi, że mam...pierwsze objawy ciąży. Wg niego tymi objawami była huśtawka nastrojów (no heloł, huśtawki to ja mam odkąd zaczęłam dojrzewać) i wzmożony apetyt (??Raz stwierdziłam, że w sumie to jestem głodna). Na koniec oświadczył, że on mnie przeprasza, że wcześniej mi tego nie mówił, ale raz nam...gumka pękła.

Moja wizja dziadowania to nic w porównaniu z obrazem patologicznej rodziny z Ciam - matką bez instynktu macierzyńskiego i A. - człowiekiem, który dużo gada i mało robi. Z tego jego gadania wynikało, że on zabrania aborcji, w razie czego dziecka nie wyprze się i będzie ślub. A wszystkie te rewelacje były okraszone bananem na jego twarzy i rosnącym moim przerażeniem. Wieczór zakończyłam spacerem do sklepu po test ciążowy i mamrotaniem pod nosem, że moja dusza obumrze od takiego zamknięcia w klatce i braku niezależności.

Serio, wiem, że ktoś może mnie posądzić o bycie samolubną (wszyscy jesteśmy, deal with it), ale brak strachu o byt drugiej istoty i nie przejmowanie się zanadto przyszłością są dla mnie ogromnymi atutami. Mogę spać pod mostem, wracać pijana do domu wężykiem, albo nie wracać wcale i w ogóle żyć z dnia na dzień, a przy dziecku i z mężem na karku widzę tylko złowróżbny napis na tle krwistoczerwonego zachodzącego słońca: ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Dziecko wymaga stałej opieki, a wystarczy, że spojrzysz, albo powiesz nie tak, za rzadko przytulisz, czy cokolwiek i już trauma na całe życie gotowa.

Rano pomyślałam, że A. blefuje z tą gumką, ale i tak zrobiłam test, który wyszedł oczywiście negatywny. Zabrałam się i poszłam słysząc jęki i zawodzenie: "Nie zostawiaj mnie!". Jestem znowu singielką.

Ps. Wbrew wcześniejszej rozpaczy, z Kanadą nic straconego. Jestem stosunkowo wysoko na liście rezerwowych i prawdopodobnie dostanę się przy pierwszym odrzucie wniosków wizowych (bo ktoś nie zapłaci, źle wypełnił, podał błędne dane itp.) Jak to moja koleżanka stwierdziła: Kanada Cię nie odrzuca, tylko uczy cierpliwości.

piątek, 4 kwietnia 2014

Jestem z psychopatą, ale za to nie muszę się już odchudzać

Nie muszę się już odchudzać. Przynajmniej według niektórych. Ja jednak staram się trzymać fason i chociaż dbać o to, żeby nie przytyć.

Jakiś czas temu siedziałam u A. w mieszkaniu. Jego współlokatorka wyraźnie potrzebowała towarzystwa, więc siedziała razem z nami i opowiadała o swoich imprezach (21-latka, dajmy jej się wyszaleć :)). Nagle wpadła na pomysł żeby zamówić pizzę. Ja stanowczo powiedziałam, że pasuję, bo się odchudzam (taaa...bliżej prawdy jest to, że jem zdrowo, niż że się odchudzam). Ona popatrzyła na mnie z nieukrywanym szokiem i zapytała: Ciam, ale po co ty się odchudzasz??

Matko święta, dawno czegoś takiego nie słyszałam. W to, że mam nadwagę (albo i otyłość) to nikt nie wątpi, ale niektórzy uważają, że i tak świetnie wyglądam.

Podobnie zresztą mój kolega. Znam go kilka ładnych lat (dziesięć?) i nawet nieśmiało proponowałam coś więcej ze trzy lata temu, ale on wtedy zręcznie mi odmówił. Teraz za to lata za mną i daje wyraźnie do zrozumienia, że chciałby porandkować, poflirtować, ale ja z kolei nie jestem zainteresowana. Kiedy mu w końcu wytknęłam to, że odrzucił mnie kilka lat temu, on stwierdził, że wtedy wyglądałam jak mały chomik. Teraz za to gwiazda.

Cóż, mój kolega został dowodem na to, że będąc sporo grubsza, nie miałabym za wiele szans u innych. No przynajmniej u większości, nie generalizujmy :). U większości też bałabym się przytyć, bo chomików jak widać odrzuca się bez zastanowienia.

Pewnie też zastanawiasz się co z A. Rzucenie go jest trudniejsze niż myślałam i wygląda na to, że nie skończy się na jego nadszarpniętej dumie, a zranionym sercu i zszarganych nerwach. W tym moich. Wczoraj zirytowałam się z jego powodu i rzuciłam słuchawką mówiąc, że idę spać, jutro na spokojnie się zobaczymy, a do mnie nawet niech nie próbuje jechać, bo śpię i mu nie otworzę. Dodam tylko, że nie krzyczałam, nie byłam zdenerwowana, bardziej śpiąca i zniecierpliwiona.

Zaraz po zakończeniu rozmowy dzwonił, a właściwie WYDZWANIAŁ. Bałam się, że przyjedzie do mnie, wybije okno (mieszkam w domu na parterze), zrobi z siebie idiotę przy sąsiadach, albo coś podobnego. Potem w okolicach 23 napisał mi na Facebooku, że jedzie do mnie, ale ja wyciszyłam telefon i...zasnęłam.

Rano zobaczyłam miliard nieodebranych połączeń do mniej więcej północy, a potem od 7 rano. Zadzwoniłam do niego i usłyszałam radosny głos, że właśnie je śniadanie i zaraz jedzie na jakieś spotkanie. Potem tylko wspomniał o ciężkiej nocy i że mnie przeprasza. Oczywiście opieprzyłam go, że nie myśli logicznie, że może wyciszyłam telefon, albo po prostu nie chcę gadać i mnie do niczego nie zmusi. Ten tylko uspokoił mnie, że krzywdy by mi nie zrobił (czyli co? Wyczuwa mój strach?), tylko co najwyżej przyjechałby i śpiewał mi pod oknem. W jego oczach to romantyczne, w moich po prostu...straszne.

Prawdę mówiąc, że A. nie jest typem faceta o mocnych nerwach, wiedziałam już wcześniej. Czasem pokazuje swoje drugie ja - psychopatyczne, zaborcze i...zatrważające. Widzę jego reakcje na odrzucenie i krytykę, które łagodnie mówiąc - nie są spokojne. Wiem zresztą z jakiego powodu, ale to nie zmienia faktu, że nie chcę być z kimś mówiąc wprost - nieobliczalnym. Ok, może jestem Drama Queen i mam bogatą wyobraźnię. Nie sądzę, żeby A. był typem faceta, który w napadzie szału zrobi mi krzywdę i potem już tylko usłyszysz o mnie w programie Uwaga, ale mimo wszystko czasem boję się.

Wczoraj śpiąc u niego miałam koszmar. Śniło mi się, że idę w jego stronę wkurzona z jakiegoś powodu, a on wygina się jak opętany przez samego rogatego i błyska białkami oczu, a ja stoję i krzyczę przerażona...

Może to po prostu wyrzuty sumienia?

piątek, 28 marca 2014

Boję się samotności

Kilka osób z mojego kręgu znajomych zastanawia się dlaczego wciąż jestem z A. W końcu to gapa, ciapa i niewypał w jednym. Do tego jest przygłupi.

Po raz pierwszy w życiu widziałam ludzi, którzy autentycznie próbowali mi robić psychoanalizę - dlaczego Ciam nie rzuca w cholerę A? Ciamka to w końcu fajna babka nieźle radząca sobie w życiu, do tego mega kurewsko inteligentna (hyhy - sorki, ale moje ego niebotycznie wywindowało i teraz osiąga szczyt Mount Everest :P), piękna i stać ją na kogoś lepszego. Teraz, kiedy sprawa stała się publiczna, zaczęłam sama ostrożnie dobierać słowa, bo jeszcze ktoś mi wytknie coś na temat mojej podświadomości ;).


Sama zastanawiam się nad tym. W końcu A. mnie nieraz wkurwia, często nie mogę się z nim dogadać i autentycznie czuję, że on nie jest dla mnie.

Z drugiej strony, dzięki niemu, wiele nauczyłam się o sobie. Przy A. czasem czuję się lepsza, mądrzejsza, bardziej doświadczona i ogarnięta życiowo, a na niego nieraz patrzę z góry.

Poza tym okazuje się, że potrafię być dla kogoś uszczypliwa, sprawiać komuś przykrość (bez ukłucia w sercu) i najzwyczajniej w świecie...nie szanować. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam zastanawiać się, czy nie jestem toksyczną stroną w tej relacji.


Skąd mi to w ogóle przyszło do głowy? Ostatnio oglądałam program na temat relacji damsko-męskich i w nim pewna profesorka powiedziała, że każdy związek osoby, która nie jest ze sobą pogodzona i nie kocha siebie, będzie toksyczny. Po prostu będziemy zakochiwać się w swoich katach, którzy będą realizować nasze podświadome potrzeby bycia gorszym.

A. na pewno nie jest pogodzony ze sobą. Często udaje kogoś innego by mi zaimponować, a zamiast zdobywać moje serce, stale je tym studzi, ja z kolei zamiast mu to powiedzieć wprost - trzymam się go kurczowo czasem rzucając zjadliwy komentarz na jego temat. Oto piękny konkurs zadawania sobie ran.

Znowu okazuje się, że jestem słaba. Zazdroszczę kobietom, które nie robią niczego wbrew sobie i potrafią powiedzieć facetowi - nie kocham Cię, bo są silne i mają mocne charaktery.


A ja? Ja po prostu boję się samotności.

sobota, 22 marca 2014

Jestę ekspertę od związków

Z rana pisze do mnie na Facebooku dawna sąsiadka. Jest ona ode mnie o 2 lata starsza, a zachowuje się jakby była o 10 lat młodsza. To tak gwoli wstępu.

A. znowu ma problem z facetem. Najpierw była cała rozpromieniona jak go poznała, zmieniła od razu swoje zdjęcie profilowe (oczywiście dodała z nim), ale jak zapytałam co to za mężczyzna, to stwierdziła, że nic nie powie, bo nie chce zapeszyć (mam nadzieję, że dostrzegasz absurd).


2 miesiące później A. znowu do mnie pisze, a ja już wiem, że chce się wyżalić (no taki typ kobiety). Jako, że Ciamka nie ma co robić, to wysłucha :).

Po narzekaniu na pracę (a właściwie jej brak) przeszłam do konkretów: - A jak tam ten twój facet się sprawuje? 

Pytanie to było jak woda na młyn.

- Bo widzisz Ciamku, oczekuję od niego inicjatywy, a on ciągle zapracowany i zmęczony...

- I co, rzadko się widujecie? (Ciam już wie o co chodzi, w końcu nie na darmo odrobiła lekcje z M.)

- Tak raz na 7-10 dni, czasem 2 razy w tygodniu.

Dalej zaczynają się wspomnienia z początku znajomości:

- W styczniu się poznaliśmy i powinnam być dalej w skowronkach i nie mieć wątpliwości. Początek był piękny...normalnie ogień! Jednak miesiąc minął i nagle zastój.

Potem było już tylko gorzej, a A. jak to każda "za dobra" kobieta, zaczęła go tłumaczyć:

- Pytałam go czy wszystko OK, ale w sumie to chyba rozumiem w czym problem. Dzisiejsi mężczyźni nie starają się tak o kobiety jak kiedyś. Na początku znajomości starają się, a potem osiadają na laurach. (co baba wymyśli, żeby wytłumaczyć faceta...) Poza tym on jest chyba nieśmiały i wycofany (Uwaga! Czerwona lampka dla Ciam! Nie ma czegoś takiego jak nieśmiałość u faceta, jeśli naprawdę mu zależy to atakuje swoją zdobycz bez pardonu!).


Żeby nie zranić A. i nie podeptać jej biednego, kruchego serduszka, w łagodny sposób powiedziałam jej, że facet ma ją gdzieś. O tym dlaczego, dowiedziałam się już w dalszej rozmowie...Otóż na pierwszej randce A. przygotowała swojemu M. obiad, potem jeździła do niego kiedy on chciał, a jak stwierdził, że musi się wyspać do pracy, to w nocy potulnie wychodziła od niego i wracała do siebie...

I ja ją rozumiem! Przecież sama jeździłam do swojego M. z jedzeniem, zmywałam mu gary i starałam się przypodobać mu. Też tłumaczyłam M., że może został kiedyś zraniony, że jest ekscentryczny, niespokojny duchem i inne pierdoły. Teraz będąc z A. widzę jakie to było głupie.

Przy facecie, któremu zależy, ty nie masz co do jego intencji żadnych (absolutnie ŻADNYCH) wątpliwości i nie musisz nic robić, a już na pewno nie gotować mu obiadu. On jest zachwycony tym, że jesteś. Nie musisz tłumaczyć sobie jego zachowania, nie masz rozterek czy do niego zadzwonić (bo sam to zrobi), ani co tu porobić wieczorem, bo sam wyleci z kilkoma propozycjami, a jak pokręcisz noskiem to wymyśli jeszcze kilka więcej.

Problem niestety polega na tym, że facet stara się, bo widzi, że nie zdobył serca kobiety. Czy w związkach naprawdę zawsze jednej stronie zależy bardziej? I czy jest możliwe zbudowanie związku, w którym obu stronom równie mocno zależy?


Jaka jest dla mnie idealna miłość? Wolna. Wolna od potrzeb, które w większości wykształciły się w dzieciństwie (np. kobieta czuje przymus ratowania alkoholików, bo sama ma ojca alkoholika, którego nie udało się wyprostować, więc odtwarza na nowo trudne sytuacje z dzieciństwa żeby im w końcu sprostać), od lęku samotności, biedy, od konieczności sprostowania ambicjom rodziców, czy swoich, może nawet od potrzeb biologicznych. Czy jest to w ogóle możliwe?

wtorek, 18 marca 2014

Po przerwie poćwiczyłam

Prawie dwa miesiące żyję bez pracy i utrzymuję się właściwie z korepetycji i tego, co do tej pory uzbierałam. Oszczędzam na czym się da, w tym na fitnessie.

Od niemal trzech tygodni nie ćwiczę. Nie wspominam nawet o mojej diecie, bo to jest dwumiesięczna katastrofa. Na szczęście mam jakiś ruch, jeżdżę rowerem, codziennie gdzieś wychodzę. Dziś jednak spojrzałam w lustro i przeżyłam szok: gdzie moje mięśnie??


Oczywiście można się wściekać, albo można zacisnąć pasa, zmrużyć oczy i zrobić zdeterminowaną minę. Do cholery! Chcę moje mięśnie z powrotem!

Karnetu na fitness nie wykupię, bo są ważniejsze wydatki (jak czynsz...), ale za to poćwiczyłam w domu zestaw ćwiczeń, który miałam na treningu funkcjonalnym w klubie. Po nim poczułam taki przypływ pozytywnych emocji, jaki dawno nie odczuwałam. Tego mi było trzeba.

Do poprawy diety jeszcze się nie zabrałam. Trudno jest kupować łososie i oleje kokosowe, kiedy mam widmo kredytu na wyjazd (oby nie!). Zazwyczaj też jem obiadki u mamy, albo u A.


To pewnie zabrzmi kuriozalnie, ale wbrew temu, jak to wygląda (bezrobotna, niewiedząca czego chce od A. i totalnie zamotana), po wizycie u psychologa doszłam do niespodziewanego wniosku, że znowu zaczęłam mieć kontrolę nad swoim życiem. Nie jestem uwikłana w toksyczne znajomości, z A. czuję się komfortowo i bezpiecznie. Jest on moją przystanią i z nim psychicznie odpoczywam. Mam sprecyzowany plan na przyszłość, a z A. pewnie samo się wyjaśni (najpewniej nie poleci ze mną, bo nie ma odpowiedniej ilości środków, a poza tym ma za dużo zobowiązań w Polsce).

W każdym razie teraz chyba mam chwilę odpoczynku od ekscytacji i możliwość zaczerpnięcia oddechu przed kolejnym biegiem za szaleństwem ;).



hyhy - nie mogłam się zdecydować na jeden obrazek, więc wkleiłam wszystkie :D

sobota, 15 marca 2014

Kanada, A. i dieta

Moja Kanada ruszyła z kopyta. Nagrałam wideo CV, zdobyłam rekomendacje od byłych pracodawców i...odbyłam rozmowę pre-interview z kanadyjskim menadżerem programu.

Na koniec rozmowy menadżerka powiedziała, że ten etap przeszłam śpiewająco, a ona by mnie wysłała do małego pensjonaciku w parku narodowym, gdzie pracowałabym w obsłudze klienta. Teraz czekamy na wizę, bo dalej ambasada nie wydała wniosków. Potem będę miała rozmowy kwalifikacyjne z konkretnymi pracodawcami.


To szokujące miesięczne opóźnienie ambasady jest zastanawiające. Również dlatego, że A. wciąż ma szansę starać się o wizę, ale jak zwykle same problemy, bo on nawet jeszcze paszportu nie ma. 

Cały czas zastanawiam się, czy ja w ogóle chce z nim lecieć. Czy to jest osoba odpowiednia dla mnie. Czy jest wkurwiająco głupi, czy ujmująco gapowaty. Czy go uwielbiam, czy jest mi obojętny. Waham się i co jakiś czas wymyślam nowe problemy i powody dlaczego nie chcę/nie mogę z nim być. I pomyśleć, że M. dokładnie taki był wobec mnie. Też wyglądał na osobę, która się waha, a ja starałam się go do siebie przekonać. Na szczęście ten etap już za mną :).

W czasie znajomości z A. dwa razy postanawiałam z nim zrywać, albo przynajmniej stopniowo ochładzać stosunki. Ostatnio plan miałam taki, że pomogę mu w znalezieniu nowej pracy (bo on chce znaleźć inną) i jakoś tak nim zakręcę, że będzie musiał zostać w Polsce, bo praca, mieszkanie i generalnie on się z niczym nie wyrobi. A potem nagle lecę z nim do Urzędu Wojewódzkiego i pomagam w wyrobieniu paszportu...


Takie schizofreniczne postępowanie to u mnie norma, do czego doszłam u psychologa. Właściwie to chodziło o mój brak pewności siebie. Zadała mi pytanie, w co u siebie nie wierzę, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że...nie wiem. Wtedy zaczęła mówić to co robię, jaka jestem i że to nijak ma się do tego, co ja o sobie myślę. 

A. zresztą to samo powiedział o mnie. Że mam wahania nastroju, mówię jedno, robię drugie, a myślę trzecie :P Psycholog na szczęście nie stwierdziła u mnie rozdwojenia jaźni, tylko określiła mnie, jako osobę o naturze refleksyjnej. Cokolwiek to znaczy.


Ps. No tak, blog o diecie, a ja pieprze o facetach. Tak, dieta zarzucona, jem kebaby, piję piwo, świętuje Kanadę winem, A. piecze mi pizzę i karmi czekoladkami. Generalnie powinnam teraz ważyć 100 kg. i nie mieścić się w żadne ciuchy. Codziennie wkładam spodnie z lękiem, że się nie dopnę i dopadnie mnie jo-jo. Jeśli chodzi o drogę mojego odchudzania, to właśnie przystanęłam i zrobiłam krok w tył. Pocieszam się myślą, że odpoczynek od diety przyda się każdemu, że przecież i tak od roku walki waga mi stoi, ale oczywiście napawa mnie lękiem myśl, że przytyję i szlag trafi całe moje odchudzanie. Potrzebuję chyba bodźca...

czwartek, 6 marca 2014

Jestem facetem

Miałam różne przygody z facetami. Do tej pory to ja zamartwiałam się, płakałam w poduszkę i denerwowałam niepewnością. Teraz czas na związek, w którym pełnię rolę faceta. Jemu zależy bardziej.

Na początku spotkań z A. było świetnie. Czułam się odurzona, zachwycona jego zachwytem, opływałam się w komplementach, karmiłam upojnym szczęściem, jego troską i zaangażowaniem, które caaały czas mi okazywał, ale po kilku dniach przyszedł czas na myślenie. No, ale od początku.


To prawda, znam A. krótko. Prawdą jest też to, że jestem infantylna i zachowałam się bezmyślnie rozmawiając z nim na temat "dalszej przyszłości", o której zresztą wspomniał bardzo szybko. A. bardzo szybko się zaangażował dając temu wyraz wpadając w panikę kiedy zgubiłam telefon.

Cały czas podkreśla, że potwornie mu na mnie zależy, że najchętniej to by zamieszkał ze mną (ma własne mieszkanie) i że razem polecimy do Kanady, bo on też chce. Zastanawia się gdzie razem polecimy na wakacje, co zrobimy na rocznicę (!!!!!) i daje mi do zrozumienia, że to mega ważny związek, który - jak wszystko dobrze pójdzie - zakończy się ślubem (co nie skomentowałam, bo bez jaj...O_o)

Nagle zrozumiałam M. i wszystkich facetów, z którymi łączyła mnie jakaś relacja. Zrozumiałam dlaczego oni mnie odrzucali. Nie dlatego, że jestem brzydka, gruba, czy głupia. Po prostu zachowywałam się podobnie jak A. Desperacja drugiej osoby może naprawdę odrzucić...


A ja? Ja pojechałam do koleżanki i zastanawiałam się przez chwilę jak się go pozbyć. Potem przypomniałam sobie rozmowę z psychologiem, która powiedziała: "czy Pani wie, dlaczego zakończyła relację z M? Bo zrobiła Pani bilans zysków i strat. Wyszło więcej strat niż zysków."

Przykro mi o tym pisać, bo chciałam zachować w sobie romantyzm, który mnie niejako określał. Nigdy nie sądziłam, że będę robić chłodne kalkulacje w stosunku do kogokolwiek. Zrobiłam jednak szybki bilans zysków i strat związku z A. i z ulgą podjęłam decyzję.

Lubię A., uwielbiam z nim rozmawiać, przebywać, dobrze się przy nim czuję. Wahania nastroju minęły. Nie denerwuję się niepewnością, o której pisałam, że ciężko ją znoszę. Powiem mu tylko żeby przystopował i żeby nie wspominał o planach dalekosiężnych, bo niestety, ale nie jestem jeszcze jego pewna.

niedziela, 2 marca 2014

Sprawę komplikuje brunet wieczorową porą

Już sama nie wiem co myśleć. Zapomnij o wszystkich facetach, o których do tej pory mówiłam. Poznałam takiego, który w niewyjaśnionych okolicznościach sprawił, że...nie jestem już singielką?

A. jest męską wersją Ciam. Nieokrzesany, zabawny, czasem sprawiający wrażenie przygłupa i słonia w składzie porcelany. Jest nawet głośniejszy ode mnie! Ma tubalny głos, niesamowicie wyrazistą osobowość, jest wrażliwy i ma miękkie serce. 

Wygląd nie jest priorytetem, ale dodam, że jest mega zajebiście wysoki (ma prawie 2 m. więc ja ze swoim 164 wyglądam przy nim jak pokurcz :P), przystojny i nosi białe okulary, które strasznie mi się podobają.

Jako, że często do mnie dzwoni to czuję się...dziwnie. Odzwyczaiłam się od tych wszystkich rzeczy, które dla ludzi w związkach są normą. Chodzenie za ręce, dzwonienie, opowiadanie jak minął dzień, częste spotkania...

Czasem w środku buntuję się. Myślę, że to chyba za szybko na związek (i w ogóle ja nie wiem jak to się stało, że mnie tak usidlił!!), zastanawiam się co dalej i że już nie powinnam flirtować z innymi facetami. A przecież dopiero się rozkręcałam...

Poza tym ja mu jeszcze o Kanadzie nie powiedziałam...